Siquijor – zaczarowana wyspa.

Spędziliśmy na Filipinach raptem miesiąc, ale gdybyśmy mieli tam kiedyś wrócić i zostać na dłużej to na pewno wybralibyśmy właśnie tę wyspę — Siquijor*. Działa jak magnes, jak już postawisz na niej stopę, to robisz wszystko, aby jej nie opuścić. Całkowicie odcina myślenie o rzeczywistości, zakrzywia czasoprzestrzeń, sprawia, że człowiek czuje się szczęśliwy. Tak jakby znalazł kawałek raju na ziemi. Siquijor może nie ma najpiękniejszych plaż czy zdumiewających zabytków, jest skromna i spokojna, ale w moment w sobie rozkochuje i to bez pamięci. Ot taka zaczarowana wyspa…

Jak dostać się z Bohol na Siquijor…

W naszych planach Siquijor miała być krótkim przystankiem. Jeszcze nie wiedząc, co nas na niej czeka, skróciliśmy swój pobyt na Bohol i ruszyliśmy na nią wcześniej, niż to było zaplanowane. Ostatnia relacja z Filipin skończyła się w momencie, kiedy czekaliśmy na otwarcie kasy i kupno biletów z Tagbilaran (Bohol) do Lareny (Siquijor), było o tym w poście „Atrakcje wyspy Bohol”. Prom lini LITE FERRY na tej trasie pływa w poniedziałki, środy i soboty o godzinie 20:00. Kasa z biletami otwiera się o godzinie 18:30. Prom kosztuje 215 peso (około 16 zł) za miejsce siedzące i 280 peso (około 20 zł) za miejsce leżące. Każdorazowo należy zapłacić dodatkowe 20 peso opłaty promowej. Rejs trwa 3 lub 3 i pół godziny.

Kiedy kupowaliśmy bilety, zdziwiło nas, gdy pan w kasie zapytał, czy wybieramy opcję siedzącą, czy leżącą. No bo komu potrzebne leżenie na trzygodzinnej trasie? Wybraliśmy więc miejsca siedzące. Chwilę później okazało się, że jako jedni z nielicznych. Prócz nas tylko garstka spóźnialskich niedobitków zakupiła miejsca na niewygodnych, drewnianych ławkach. Cały środek pokładu to rzędy piętrowych łóżek, na których rozłożyły się całe rodziny.

O Siquijor jest mało w przewodnikach. Więcej można znaleźć na blogach i dzięki relacjom mieszkających na wyspie rodaków. My najpierw zaglądnęliśmy do Wikipedii. Przeczytaliśmy tam, że na Siquijor są czary i szamani, że Filipińczycy uważają wyspę za przeklętą i rzadko kiedy z własnej woli tam przypływają. Brzmiało ciekawie, ale nijak miało się do pełnego po brzegi promu. Nikt, prócz kogutów zamkniętych w wiklinowych koszach, nie wyglądał na przerażonego. Zaraz po tym, jak prom ruszył, większość ludzi zapadła w sen. My położyliśmy się na twardych ławkach, zazdroszcząc Filipińczykom tego komfortu, który można było posiąść za niecałe 4 złote więcej.  Prom bujał, a my ukołysani rumem i szumem fal odpłynęliśmy… w sen.

 

Prześpij się w szałasie…

W środku nocy, kiedy prom dobił do portu w Larenie, wzięliśmy trycykla (kierowcy czekali w porcie) i poprosiliśmy o zawiezienie do Das Tram Guest House. Na bookingu mieli tam wolne pokoje. Przejazd 10 kilometrów kosztował nas 300 peso (22 złote za cztery osoby). Kierowca zapukał do zamkniętego już budynku i wytłumaczył, że potrzebujemy się przespać. Okazało się, że wszystkie pokoje są zajęte i Pani bardzo grzecznie oświadczyła nam, że niestety nie może nas przenocować. Był środek nocy, zbierało się na burzę, a my byliśmy padnięci… poprosiłyśmy więc o możliwość przespania się na kawałku podłogi. Właścicielka niestety nam odmówiła, ale widząc nasze błagalne spojrzenia, przypomniała sobie, że obok głównego budynku ma małe, drewniane domki, które są wolne i nieużywane.

Domki to złe słowo, to raczej były małe filipińskie chatki o kształcie ośmioboku, w których znajdowały się tylko łóżka i kawałek półki. Same łóżka stanowiły część ścian, były zbite z desek z położonych na nim cienkim materacem. Same ściany to także zbite ze sobą deseczki, przez które prześwitywało światło. Łazienka z muszlą klozetową i rurą od prysznica stała obok, kiedy zapaliliśmy światło, uciekło z niej kilka karaluchów. Standardowo woda była zimna. Jednak cały ten uroczy klimat kosztował nas 500 peso, czyli jakieś 9 złotych za osobę.

Tak szczerze to Das Tram był jednym z bardziej uroczych i klimatycznych noclegów w trakcie naszej podróży po Filipinach. Gdyby nie dobre serce właścicielki to zapewne przez resztę nocy szukalibyśmy dachu nad głową. Domki stały nieużywane, być może dlatego, że ich niski standard nie spełniał oczekiwań turystów. Dla nas były jednak idealne. Nawet był pomysł, aby zostać w nich na dłużej. Jedyne czego nam tam brakowało to widok na plażę.

San Juan i nocleg w The Bruce

Rano ruszyliśmy w stronę San Juan w poszukiwaniu tego właściwego noclegu. Pomagał nam kierowca, który najpierw opowiedział nam historię swojego życia i pokazał nam swój dom, po czym przestawił nam całą rodzinę, a na końcu ruszył z nami w drogę, twierdząc, że zna miejsca, które mogą nam się spodobać. Po krótkich poszukiwaniach stanęliśmy przed noclegiem naszych marzeń… Mały drewniany domek z cudownym tarasem stał na skraju plaży i czekał na nas. Z tarasu rozpościerał się widok na morze. Był tam stół, przy którym można jeść śniadania i ławka z miękkimi poduszkami, na których można się wylegiwać.

I ten domek tak stał, a my wiedzieliśmy, że czeka tylko na nas. Tak właśnie trafiliśmy do The Bruce. Wynajęcie domku, w którym mogło pomieścić się sześć osób kosztował 2200 peso za dobę (ok. 157 zł). W tej cenie prócz cudownego tarasu i widoku mieliśmy także kuchnię i łazienkę z ciepłą wodą. Jedyny problem polegał na tym, że domek mogliśmy wynająć tylko na dwie noce, później dwie noce musieliśmy spędzić gdzieś indziej i ponownie mogliśmy do niego wrócić.

Jedną noc spędziliśmy w domku trzyosobowym (z dodatkowym materacem) również w The Bruce. Koszt takiego noclegu to 1600 peso (ok. 115 zł). Kolejną noc spędziliśmy w pokoju wieloosobowym w hostelu The Silvia, za który płaciliśmy 300 peso od osoby (ok. 21 zł). The Silvia to bardzo fajny i czysty hostel, jest tak naprawdę tańszą częścią The Bruce. Ma internet i zimną wodę, nie ma dostępu do plaży, ale można korzystać z plaży The Bruce. Za to ma genialne jedzenie.

Co robić w raju?

Jak to co? Odpoczywać 🙂

Sporą część czasu spędzonego na Siquijor poświęciliśmy na nic nierobienie. Siedzieliśmy na tarasie i gapiliśmy się w horyzont. W międzyczasie gotowaliśmy i jedliśmy. Dlatego też nie poruszam tematu jedzenia na Siquijor. Mieliśmy całkowicie wyposażoną kuchnię więc sami przygotowywaliśmy posiłki. Tutaj mała uwaga: na wyspie, poza większymi miastami jest problem z zakupem np. mięsa czy nabiału. Samochód – jarzyniak przejeżdżał przez mniejsze miejscowości co kilka dni. Kiedy już udało nam się znaleźć plac z warzywami to był bardzo dobrze zaopatrzony.

Czas upływał nam na całkowitym lenistwie (a to do nas niepodobne). Na wyspie zdarzały się braki w dostawie prądu, a ten fakt potęgował w nas tylko stan bezczynności. O Siquijor trzeba powiedzieć jeszcze jedną rzecz: mieszkają na niej niesamowici ludzie, nigdzie indziej, na całych Filipinach nie spotkaliśmy się z taką dawką sympatii i uśmiechu. Na każdym kroku miało się wrażenie, że mieszkańcy naprawdę szczerze cieszą się z tego, że odwiedziliśmy właśnie ich wyspę. Nie ważne czy szliśmy czy jechaliśmy na skuterze, czy było to na wybrzeżu czy w głębi lądu – każdy się z nami witał i każdy się do nas uśmiechał.

Zdarzały nam się takie momenty, kiedy wsiadaliśmy na skuter i ruszaliśmy zobaczyć wyspę. Pożyczenie skutera to koszt 350 peso na dobę (25 zł). Przez te siedem dni pobytu na Siqujor zrobiliśmy kilka fajnych rzeczy: zanurzyliśmy stopy w naturalnym Fish SPA pod najstarszym na wyspie drzewem, znaleźliśmy kilka przepięknych wodospadów ukrytych w dżungli, zeszliśmy pod ziemię, wędrując po jaskiniach i kąpiąc się w podziemnych jeziorach, odwiedziliśmy szkołę, obejrzeliśmy najpiękniejszy zachód słońca na Filipinach, straciliśmy jeden z aparatów i złapaliśmy dwie gumy (w tym jedną w środku dżungli). O tym, co warto robić na Siquijor, będzie jednak w osobnym poście. Teraz tylko mała, fotograficzna zapowiedź…

 

Podsumowanie kosztów:

  • Prom Bohol – Siquijor – 215 – 280 peso (+20 peso opłaty promowej)
  • Nocleg w Das Tram Guest House – 300 peso
  • Nocleg w The Bruce – 2200 i 1600 peso (są też tańsze pokoje)
  • Nocleg w The Silvia – 300 peso za osobę w pokoju wieloosobowym
  • Wypożyczenie skutera – 350 peso za dobę
  • Trycykl z Lareny do Siquijor – 300 peso za 4 osoby
  • Zakupy (jedzenie i picie) na śniadanie dla 4 osób – 220 peso
  • Paczka papierosów – 60 peso
  • Pranie w The Bruce (z tygodnia) – 230 peso
  • Butelka paliwa – 100 peso
  • Naprawa opony w skuterze – 240 peso (z czego 150 peso to koszt dętki)
  • Koszty zwiedzania poszczególnych miejsc w kolejnym poście 🙂

 

*  Nazwę wyspy Siquijor wymawia się [sikihor]

    • Anita, Sierpień 1, 2017, 10:24 am

    Odpowiedz

    Ojej jak magicznie <3 Aż zapragnęłam tam pojechać 😀

    1. Odpowiedz

      Trzymamy kciuki aby to się udało 🙂

    • Joanna, Lipiec 31, 2017, 10:24 pm

    Odpowiedz

    No pewnie, że to Wy! :)) Tzn…tak mi się wydaje 😉 Przyszłyście kiedyś posiedzieć przy naszym domku na kieliszek rumu – dobrze kojarzę? 😉
    Pozdrawiam.

    1. Odpowiedz

      🙂 tak, dokładnie TO MY. Bardzo miło mi Was ponownie spotkać, ciesze się, że trafiłam na Wasz blog. Nic się nie chwaliliście. Co do pieska to dzielnie go karmiliśmy przez cały nasz pobyt, zresztą prawie non stop była pod naszym domkiem. Aż żal było ją zostawiać. Mam nadzieję, że następni goście też się nią opiekują. Pozdrawiamy Was serdecznie.

    • Dorota, Lipiec 30, 2017, 11:03 am

    Odpowiedz

    Cudne zdjęcia – ty to masz farta tak podróżować. Urocze wnętrze apartamentu:)

    1. Odpowiedz

      No tak… apartament był wyjątkowy 🙂 A co do podróżowania… kiedyś też o nim marzyłam. Teraz już spełniam to marzenie. Tobie życzę tego samego.

    • Anita, Lipiec 30, 2017, 9:40 am

    Odpowiedz

    Cudowne zdjęcia! Wygląda jak rajska bezludna wyspa. Chciałabym tam pojechać.

    1. Odpowiedz

      dziękujemy i trzymamy kciuki aby się udało 🙂

    • Monika, Lipiec 30, 2017, 9:04 am

    Odpowiedz

    Raj! <3 Już o dłuższego czasu marzy mi się wycieczka do Azji Południowo-Wschodniej. Nie mogę się jeszcze zdecydować na kierunek, tyle pięknych miejsc do odwiedzenia 🙂

    1. Odpowiedz

      Najlepiej byłoby pojechać np na rok. Zobaczyć kilka krajów, podróżować powoli, wszystko na spokojnie obejrzeć… marzenia. Mamy ten sam dylemat co Ty. Dlatego planujemy kolejne wyprawy. Na liście są: Wietnam, Kambożdża, Laos, Birma, Indonezja… Daj znać jaki kraj Ty wybrałaś.

    • Irmina, Lipiec 30, 2017, 8:43 am

    Odpowiedz

    Zdjęcia zapierają dech w piersiach..sa piękne. Najbardziej urzekła mnie butelka pepsi. Pamiętam jak u nas były podobne albo nawet takie same

    1. Odpowiedz

      A w tej butelce pepsi było… paliwo. Dziękujemy za te miłe słowa, jeżeli zdjęcia się podobały to zapraszam na kolejną porcję w poście http://1000krokow.pl/atrakcje-siquijor/

  1. Odpowiedz

    Pięknie! Wspaniała przygoda i na pewno niezapomniane przeżycia 🙂

    1. Odpowiedz

      Dokładnie tak. Przeżyliśmy na Siquijor naprawdę fajne chwile. O kilku można przeczytać w tej relacji http://1000krokow.pl/atrakcje-siquijor/. Zapraszamy.

  2. Odpowiedz

    Pięknie tam, zupełnie inny świat! Super zdjęcia.

    1. Odpowiedz

      Też uważamy, że Filipiny to piękny kraj. Tam właśnie, na tym małym Siquijor znaleźliśmy taki fajny kawałek innego świata.

    • Klaudia, Lipiec 27, 2017, 10:37 am

    Odpowiedz

    Piękne zdjęcia! Indonezja to nie mój kierunek podrózniczy, ale zachęciłaś mnie odrobinę 😉 Pozdrawiam

    1. Odpowiedz

      W Indonezji jeszcze niestety nie byliśmy, ale Filipiny leżą dosłownie „rzut beretem”. Między tymi krajami jest też sporo tanich lotów. Nieważne który kraj i tak jest tam pięknie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

CAPTCHA