27 października, 2019
Dolina Vinales – perełka Kuby. Co warto tam zobaczyć.
Vinales nazywana jest najpiękniejszą doliną Kuby. Czy jest tak w rzeczywistości? Jakie atrakcje wybrać będąc w Vinales? Czego nie można pominąć? Co warto tam zobaczyć? Dlaczego Kubańczycy boją się krów, co to są mogoty i gdzie jest nasz wózek? O wszystkim tym przeczytacie poniżej.
Kuba — największa wyspa Karaibów. Kojarzymy ją z cygarami, starymi samochodami, Fidelem Castro i rumem. Kraj o ustroju komunistycznym, który przez lata był mocno izolowany. Wielka, podróżnicza niewiadoma. Zanim lądujemy na Kubie, przeczytałam i usłyszałam o niej dużo złego. Zarówno o wyspie, jak i Kubańczykach. Że oszukują, chcą tylko zarobić, w turystach widzą tylko pieniądze. Po Kubie nie da się samemu podróżować, wynajem samochodu to koszmar, zresztą podobnie jak drogi, nic nie da się kupić, ludzie nie są zbyt mili, atrakcje są średnie, Hawana zdewastowana… im więcej takich informacji do mnie docierało, tym bardziej przerażał mnie ten wyjazd, a Kuba jawiła się jako jakiś podróżniczy koszmar. Ile z tego okazało się prawdą? Zapraszam do relacji z naszej podróży.
- Stare samochody – kolejny znak rozpoznawczy Kuby.
Kuba! Raj na ziemi czy podróżniczy koszmar?
O 20 z minutami lądujemy w Hawanie. Akurat Liwia śpi jak zabita. Przechodzimy kontrolę paszportową, zdjęcia, kontrole bagażu i idziemy pod taśmę. Nasze podręczne (które znacznie przekraczały rozmiarem bagaż podręczny i zawierały niedozwolone w podręcznym rzeczy) nadaliśmy jako bagaż główny, zgodnie z prośbą AirFrance i na ich koszt. Kto by nie skorzystał? Nadaliśmy też wózek, bo przesiadka w Paryżu była na tyle krótka, że nie chcieliśmy zawracać sobie nim głowy. Gdyby w Paryżu przyszło im do głowy wydać nam wózek na taśmie z bagażami, musielibyśmy ponownie przechodzić kontrolę bezpieczeństwa. Dlatego też uznaliśmy, że 1,5 godziny z Liwią na rękach jest do wytrzymania. W Paryżu jednak okazuje się, że nie dość, że nasz samolot z Warszawy przyleciał opóźniony o 20 minut, to jeszcze Ani zostawiła w nim swoją ortezę. Godzina w Paryżu nie starczyła na jej odzyskanie, a w efekcie czasu na zmianę terminala mieliśmy na styk.
Lot na Kubę ciągnął się niemiłosiernie. Mimo że AirFrance postawiła na komfort pasażerów. Dostajemy miejsce w pierwszym rzędzie, przed ścianką działową, na której załoga mocuje nam łóżeczko dla Liwii. Pierwszy raz mam możliwość zobaczyć jak to wygląda. Mnie się podoba, Liwce trochę mniej. Niestety odłożona do łóżeczka przesypia w nim tylko paręnaście minut, za to na moich rękach nawet dwie godziny. Lot jest długi i męczący, do tego w samolocie jest strasznie zimno.
Hawana – najgorsze lotnisko świata.
Kiedy wysiadamy z samolotu, Liwia śpi w najlepsze. Przechodzimy kontrolę i kierujemy się po bagaż. Pierwszy raz widzę, aby takie sceny działy się na lotnisku. Bagaży jest tyle, że aż spadają z taśmy. Wyjeżdżają jednocześnie na dwóch taśmach, ludzie biegają od jednej do drugiej, jest niemiłosiernie gorąco, nie ma klimatyzacji, ubranie zaczyna lepić się do ciała, Liwka niemiłosiernie ciąży. Wszystko trwa ponad godzinę. W końcu odzyskujemy nasze plecaki, ale wózka nadal nie ma. Nikt nic nie wie, mało kto mówi po angielsku. Widzę, jak inni odbierają swoje wózki, a naszego jak nie było, tak nie ma i szlag mnie trafia…
Ale gdzie jest nasz wózek?
Po dwóch godzinach czekania Wojtek odbiera SMSa od AirFrance, że nasz wózek nie doleci do Hawany i mamy się kontaktować z ich biurem. Kolejki do wyjścia z lotniska są ogromne, tylko jedna Pani odbiera kartki, które uzupełnialiśmy w samolocie (o tym, jakie przedmioty mamy ze sobą). Pchamy się z dziećmi na rękach, bo maluchy strasznie marudzą. Za wyjściem czeka na nas Alex, nasz kierowca. Pierwsze co widzę to jego uśmiech. Że też chciało mu się tu stać tyle czasu. Idziemy do AirFrance, ale biuro jest zamknięte. Na dole w kantorze wymieniany cześć pieniędzy. Alex mówi, że nie ma sensu wymieniać całości pieniędzy na lotnisku, że po drodze będziemy mieć kantory.
Alex pomaga nam jeszcze z ustaleniem co z wózkiem. Idzie z Wojtkiem do biura rzeczy zagubionych, ale nie dość, że tam też są dzikie tłumy to jeszcze, aby coś załatwić trzeba mieć kwitek od AirFrance. Ich biuro jest zamknięte więc nie mamy kwitka. Nikt nic nie wie i nikt nie pomoże. Alex mówi, że to Kuba i, że tu to normalne, że jakoś to będzie. Nie pozostaje nam nic innego jak jechać do Hawany, aby się przespać.
- Bardzo częsty widok na Kubie. Murale z Ernesto Che Guevarą – kubańskim bohaterem narodowym.
Niestety Alex nie może zabrać nas do stolicy, bo nie wolno mu wozić klientów z lotniska. Jeszcze tego nie rozumiemy: jak to nie wolno nam z nim jechać, jak to ktoś mu zabrania? Dopiero później, po kilku dniach Alex tłumaczy nam, na czym to dokładnie polega, a my zaczynamy rozumieć jakimi prawami rządzi się Kuba. Na razie wsiadamy do żółtej taksówki, Alex ustala z kierowcą cenę i tłumaczy mu, gdzie ma nas zawieźć. Za 25 CUC (95 zł) jedziemy do centrum Hawany.
Hawana i pierwsza noc na Kubie.
Nasz pokój nie ma okna. Ciasna zabudowa Hawany sprawia, że mieszkania są długie, wąskie i okna mają tylko od frontu. Tym samym nasz pokój ma tylko zasłonę, która imituje okno i ma nam dać poczucie przestronności. W pokoju jest gorąco i duszno. Wiatrak niewiele pomaga, klimatyzatora nie chcemy włączać. Noc jest ciężka, bo temperatura i brak powietrza nie ułatwiają odpoczynku. O 3 nad ranem budzimy się z Liwką wyspane. Jak tu dotrwać do rana?
Hawana – Casa Aimee.
Pokój zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce. Znaleźliśmy go na bookingu i wybraliśmy ze względu na dobrą cenę. Zarezerwowaliśmy jeden pokój dla naszej czwórki (plus dwoje dzieci). Na miejscu Pani pyta, czy nie będzie nam przeszkadzało, jeżeli dostaniemy dwa osobne pokoje. Oczywiście, że nie. Właścicielka jest bardzo miła, nie mówi po angielsku. Idę do niej zapytać o otwarty sklep, żeby kupić coś do picia. Niestety sklepy są już zamknięte. Daje nam butelkę wody przegotowanej, mówi, że to bezpieczne. Nie mamy wyjścia. Mineralną zostawiamy Liwce. Wojtek postanawia wyjść na miasto, ale jedyne co udaje mu się zdobyć to rum z colą.
Rano wita nas zastawiony stół. Ser, jakiś dziwny rodzaj wędliny, jajka, owoce… jeszcze nie wiemy, że ser i wędlina są towarami, o które na Kubie trudno. Śniadanie w Casie to koszt 5 CUC za osobę (20 zł), niemało, ale szybko orientujemy się, że to najlepszy sposób na rozpoczęcie dnia. O kawiarnie ze śniadaniami na Kubie nie jest łatwo, a kupując śniadania w miejscach noclegu, dajemy właścicielom możliwość dodatkowego zarobku. Gdyby ktoś był ciekawy gdzie śpimy to wrzucam link do Casa Aimee na Booking i TripAdvisor.
- Hawana jaką zobaczyliśmy zaraz po wyjściu z naszej casy.
Vinales.
W drodze do Vinales czyli gdzie jest nasz wózek c.d.
Rano przed casą czeka na nas Alex — nasz kierowca i jego 60-letni niebieski Chevrolet. Szybko pakujemy się do samochodu, ponieważ w Hawanie zaczyna się właśnie jakiś maraton. Po sekundzie jesteśmy na Bulwarze Malecon. Widok jak z „Szybkich i wściekłych”. Chyba w tym momencie dociera do mnie, że jesteśmy na Kubie. Objeżdżamy Hawanę i wracamy na lotnisko z nadzieją, że znajdzie się tam nasz wózek.
Szybko okazuje się, że biuro AirFrance jest znowu zamknięte. W biurze bagażów zaginionych nic o wózku nie wiedzą. Zresztą i tak dalej twierdzą, że trzeba mieć kwit z AirFrance. Szkoda nam czasu, odjeżdżamy bez wózka. Zaglądamy jeszcze do sklepu na lotnisku, ale nie ma tam ani wody, ani rumu. Kupujemy kubańską IceTea za 2 CUC i ruszamy do Vinales. Po drodze zaglądamy na stację benzynową, sklep niestety jest zamknięty. Kolejka do tankowania ciągnie się prawie kilometr mimo, że na stacji ropy nie ma. Nie ma i nie wiadomo kiedy będzie, ale kierowcy na wszelki wypadek czekają. Na Kubie właśnie trwa kryzys paliwowy.
O kubańskiej policji słów kilka…
Jadąc w stronę Vinales co jakiś czas widzimy policję. Alex mówi, że wszędzie na drogach są kontrole. Na Kubie policja nie jest przyjazna i nie jest dla ludzi, jest narzędziem władzy. Jest wykorzystywana przeciwko obywatelom. Jeżeli policjant coś każe, to nie ma z nim dyskusji, dlatego też wszelkie polecenia wykonuje się bez gadania. Kubańczycy są często kontrolowani i rewidowani przez policję. Nawet jeżeli nie łamią żadnych przepisów, są zatrzymywani i poddawani rewizjom. Policja szuka do momentu, w którym coś znajdzie. „Możesz być krystaliczny, ale jak będą chcieli, to zawsze się do czegoś przyczepią”. W przeciwieństwie do Kubańczyków turyści na Kubie są traktowani inaczej. Alex mówi, że jego jako porządnego obywatela strasznie to irytuje. Stwierdza, że gdyby on przyjechał do Polski jako turysta, to byłby w naszym kraju traktowany normalnie. Turysta na Kubie traktowany jest wyjątkowo.
- Nasza kontrola policyjna… podobno jechaliśmy za szybko. Policja na Kubie nie ma na wyposażeniu radarów…
Święte, kubańskie krowy…
Z Hawany do Vinales mamy do przejechania 183 kilometry. Jakieś trzy godziny drogi. Większość całkiem wygodną i pustą autostradą. Co chwile widzimy, jak samochody z naprzeciwka mrugają. Pytamy Alexa, czy takie ostrzeganie się przed policją jest na Kubie powszechne. Policją? – Alex wybucha śmiechem — oni nas ostrzegają przed krowami! Kubańscy kierowcy nie boją się niczego tak bardzo, jak krów na drodze. Dlaczego? Wynika to z tego, że każde duże zwierze na Kubie należy do rządu.
Nawet jeżeli Kubańczyk hoduje krowy, byki, konie to nie może ich zabić. Nikomu nie wolno zabić dużego zwierzęcia. Kubańczycy hodują krowy dla mleka, ale mleko mogą wykorzystać tylko dla siebie. Nie wolno mleka ani jego przetworów sprzedać nikomu (chyba że rządowi). Ci, którzy handlują przetworami mlecznymi (czasami widać ich przy drogach) w przypadku złapania zostaną surowo ukarani. Z tego też powodu Alex nie prowadzi samochodu po zmroku. Drogi na Kubie nie są oświetlone, a ryzyko wjechania w jakieś pasące się zwierze, za duże.
- Na Kubie powszechne jest uprawianie ziemi bez użycia jakiegokolwiek zmechanizowanego sprzętu.
20 lat za krowę?
Za zabicie krowy czy konia, na Kubie można spędzić w więzieniu 20 lat. Nie ma znaczenia, że było to nieumyślne (bo jak nazwać przejechanie krowy, która wbiegła pod koła?). Co dzieje się w przypadku, w którym zwierze umrze samo z siebie? Wówczas trzeba wezwać rządowego weterynarza, który musi oświadczyć, że zgon zwierzęcia nastąpił z przyczyn naturalnych. Takie zwierze nie zostaje jednak w gospodarstwie. Kiedy mięso jest dobre, to zwierzę zostaje zabrane. Mięso trafia do rządowego sklepu, gdzie można je kupić. Jest i tak za drogie, aby trafiło do zwykłych ludzi. Alex opowiada: najgorsze jest to, że krowy pasą się blisko dróg. Za ich potrącenie można mieć kłopoty. Alex kwituje naszą rozmowę o krowach stwierdzeniem, że wszystkie krowy na świecie marzą o tym, aby mieszkać na Kubie.
Valle de Vinales – najpiękniejsza dolina Kuby.
Dojeżdżamy na miejsce koło południa. Alex mówi, że najpierw, zanim pojedziemy do miasta, zabierze nas na punkt widokowy pod hotelem Horizontes Los Jazmines (Carretera a Viñales, Km. 23, Viñales, 22400 Pinar del Río). Czytałam o tym miejscu w przewodnikach, to właśnie stąd rozpościera się najładniejszy widok na Valle de Vinales — Dolinę Vinales. Co to właściwie za miejsce, dlaczego każdy tam jedzie i wszyscy o tym piszą? Sama, kiedy czytałam o Vinales, miałam spore problemy z wyobrażeniem sobie, jak ta dolina wygląda. Kiedy stanęłam na tarasie widokowym, zrozumiałam te wszystkie zachwyty.
Wyobraźcie sobie równinę pokrytą soczystą zielenią, taką, która przywołuje wspomnienie upalnego lata i wilgoć tropików. Gdzieniegdzie wsadźcie palmy, w końcu jesteśmy na Karaibach. Na tej równinie posadźcie pagórki, ale nie nasze polskie o łagodnych zboczach, ale takie jak z Avatara, o kształcie mocno ściętych trapezów. Pokryjcie je dżunglą, tak… gęstym, nieprzeniknionym lasem. I tak pionowe ściany uniemożliwiają, swobodne dostanie się na szczyty wzgórza. Nad tym wszystkim zawieście ciemne, napuchnięte od deszczu chmury i przebijające spod nich słońce. To właśnie Dolina Vinales. Na zdjęciu niżej zobaczycie jaki widok miałam przed sobą. (Dajcie znać czy tak to sobie wyobraziliście?)
- Dolina Vinales.
I znowu UNESCO.
Dolina Vinales to region w górach Sierra de los Organos. Słynie on z dwóch rzeczy: uprawy tytoniu i „mogotes”. Mogoty to ostańce kresowe, czyli stożkowate wzgórza o bardzo stromych zboczach (ich innym przykładem są Wzgórza Czekoladowe na Filipinach). Dolina jest długa na 11 kilometrów i szeroka na 4 kilometry. Pod nią znajdują się sieci korytarzy i jaskiń. Dzięki temu, że mogoty dają cień, ich podnóża stały się idealnym miejscem na uprawę między innymi tytoniu.
- Cygara produkowane w Dolinie Vinales.
Ma się wrażenie, że czas się tu zatrzymał. W dolinie nie zobaczy się ciężkiego sprzętu, a raczej woły, konie oraz pługi bowiem zachowała się tutaj tradycja ręcznej uprawy roli (zapewne w dużej mierze wynikająca z braku dostępności innego sprzętu). A samo miasteczko Vinales: naczytałam się, że to kiczowate miejsce zadeptane przez turystów. Chyba mamy szczęście, bo turystów jest jak na lekarstwo za to senne i leniwe Vinales od razu nam się podoba. Przypomina mi bardzo gwatemalską Antiguę, w związku czym od razu robi na mnie dobre wrażenie. Miasto nie jest duże, to kilka uliczek z parterową zabudową. Jest też malutki rynek z kościołem i główna ulica, która wieczorem zmienia się w dużą restauracje. Cała dolina od 1999 roku wpisana jest na światową listę dziedzictwa UNESCO.
Casa Nueva Luna
Nie mamy wybranego noclegu, dlatego też pozwalamy, aby Alex zawiózł nas do zaprzyjaźnionej casy, dzięki temu mamy sprawdzone i fajne miejsce. Casa to jeden z wielu domków w Vinales. Znajduje się gdzieś w bocznej uliczce (spacerkiem 10 minut od centrum miasteczka). Już widok tradycyjnych foteli wystawionych na ganku robi na nas dobre wrażenie. Właścicielka — młoda i bardzo ładna dziewczyna, oświadcza nam, że koszt wynajęcia jednego pokoju to 25 CUC, śniadanie 5 CUC. Proponuje też, że jeżeli byśmy chcieli wybrać się na wycieczkę po dolinie, to pomoże nam ją zorganizować. Sama Casa jest bardzo ładna i czysta, widać, że niedawno był remont. Tradycyjnie podrzucam link do Casy Nueva Luna i polecam z czystym sumieniem.
- My przed Casa Nueva Luna.
Dolina Vinales – czyli co warto tam zobaczyć?
Jaskinia Indianina – Cueva del Indio
Jeszcze tego samego dnia Alex zabiera nas na małą objazdówkę po okolicy. Jedziemy zobaczyć jedną z jaskiń, których w dolinie jest sporo. Największa jaskinia w Vinales to Cuevas de Santo Tomas, ale niestety my ją odpuszczamy. Jest za duża i za trudna do tego, aby wybrać się tam z Liwią. Tak naprawdę to największa jaskinia nie tylko na Kubie, ale w całej Ameryce Środkowej. Ma 45 km korytarzy, komnat i podziemnych jezior, a to wszystko na ośmiu poziomach. Turyści zwiedzają kilometr, obowiązkowo w towarzystwie przewodnika i z latarkami. Jest nam bardzo żal, że nie możemy się tam wybrać, bo po zwiedzaniu jaskiń na Filipinach (zwłaszcza tych w Sagadzie) wiemy, że jest to niesamowita przygoda.
- Podziemna rzeka w Jaskini Indianina.
- Wnętrze jaskini.
- Całkiem wygodne korytarze.
Nam zostaje odwiedzenie Jaskini Indianina. Kiedyś zamieszkiwali ją rdzenni mieszkańcy Kuby, teraz jest świetnie przystosowania do zwiedzania nawet z małym dzieckiem. Do przejścia jest kilka schodów i korytarz o długości około 200 metrów. Później wsiada się do łódeczki i przepływa 400 metrów podziemną rzeką. Bilet wstępu kosztuje 5 CUC. Cueva del Indio znajduje się 5 km na północ od miasteczka Vinales, czynna jest od godziny 9:00 do 17:30.
- Mało schodów.
- Płasko.
- Trochę wody.
- Czyli Cueva del Indio
- Cueva del Indio
Jaskinia San Miguel
Alex pokazał nam to miejsce jako ciekawostkę. To jaskinia i grota pod jedną z mogotes. U jej wejścia (lub też wyjścia) działa bar. Dawniej miejsce to służyło jako schronienie dla rdzennej ludności, a później dla zbiegłych niewolników. Zwiedzanie samej jaskini trwa jakieś 10 minut, my nie wchodzimy z uwagi na śpiącą Liwkę.
- Cueva de san Miguel
Mural de la Prehistoria
4 kilometry na zachód od Vinales znajduje się Mogote Pita. Jej pionowe zbocze zdobi 120-metrowe malowidło. Alex zawozi nas pod bramę. Mural widać już z drogi, ale aby podejść pod samą ścianę, trzeba zapłacić 3 CUC wstępu od osoby. Płacimy, ponieważ chcemy z bliska zrobić zdjęcia. Na pomalowanie ściany wpadł uczeń meksykańskiego malarza Diega Riviery (partnera Fridy Cahlo) – Leovigildo Gonzalez Morillo, który je zaprojektował i namalował wraz z innymi, osiemnastoma artystami.
- Mural de la Prehistoria
Szczerze? Nie wiem, jak to malowidło można nazwać dziełem. Na pewno Mural de la Prehistoria jest jednym z największych fresków na świecie znajdujący się na świeżym powietrzu. Przedstawia biogeologiczną przeszłość Kuby jako jednego z najstarszych, zamieszkałych regionów Karaibów. Widzimy więc ślimaka, morskie potwory, dinozaury i ludzi. Ot taki prymitywizm w sztuce. Zamalowanie skały zajęło cztery lata. Wcześniej trzeba było przygotować system kanałów, który odprowadza wodę z części skały pokrytej malowidłem, a później dokładnie ją oczyścić. Nad całym tym przedsięwzięciem czuwał oczywiście Fidel Castro.
- Mural de la Prehistoria – widok z drogi.
- Mural de la Prehistoria – widok z terenu płatnego.
A jak wygląda to w rzeczywistości? Dziwnie… z jednej strony mural oszpeca piękną okolicę, z drugiej jest dość ciekawym przykładem propagandowej sztuki w dziecięcym wykonaniu. No i czymś, co jest wizytówką Vinales.
Konno przez Dolinę Vinales
Następnego dnia rano czeka na nas kubańskie śniadanie. Jest skromnie: owoce, pieczywo, dżem, miód, jakiś ser, kawa, herbata i sok z guawy. O 8:00 niebieski bolid i Alex stoją już pod naszym domkiem. Ruszamy na konną wycieczkę po Dolinie Vinales. Dolinę można zwiedzać na różne sposoby i różnymi trasami. Najpopularniejsze są konne wycieczki, ale można też pożyczyć rower lub pojechać małym wozem zaprzężonym w konie. U nas problemem było towarzystwo dzieci i obawa o ewentualny upadek z konia. Czy na rowerze, czy na koniu dzieciaki byłyby zapięte w nosidła, ale każdy wie, że z roweru spaść jest trudniej. Jednak zarówno Alex, jak i nasi gospodarze przekonali nas, że konie są naprawdę spokojne, a jazda na nich nie wymaga żadnych umiejętności. No i się zdecydowaliśmy.
- Pierwsze chwile w siodle.
- Nie takie konie straszne…
Alex zawozi nas do jednego z gospodarstw, w którym czeka nasz przewodnik. Bez większego wstępu wsadza nas na konie. Zanim znajduję się w siodle, dowiaduje się tylko tego, jak mój koń ma na imię. Wojtek zabiera Liwie do nosidła. Jedyny problem to to, że musi najpierw wsiąść na konia, a później zapiać nosidło. Nasz przewodnik robi nam krótką instrukcję używania konia: prawo, lewo i stop. Szybko okazuje się, że konie są bezobsługowe. Wszystkie komendy wydaje jadący na końcu przewodnik. Nie wiem, czy jeździliście konno, ale dla mnie był to pierwszy raz. Tym trudniejszy, że boje się koni. Faktycznie zwierzęta były bardzo usłuchane, a ich prowadzenie proste. Znały drogę i nawet nie trzeba było nimi kierować. Jedynie mój koń, zamiast jechać, wolał jeść trawę i co chwilę się zatrzymywał.
- „Kabajoooo” (po hiszpańsku koń) najczęściej słyszane słowo tego dnia.
Atrakcja numer 1 – plantacja tytoniu bez tytoniu.
Po jakiś 30 minutach jazdy docieramy do plantacji tytoniu, na której produkuje się cygara. Plantacja to dwie stodoły i pola dookoła, które i tak są puste, bo sezon na tytoń się skończył. Zaglądamy do stodoły, w której schną liście tytoniu, pewnie to piękny widok i zapach, ale obecnie tytoń wisi na jednej żerdzi, a pod nim biegają kury. Młody chłopak opowiada nam o hodowli tytoniu i produkcji cygar. O tym jak liście moczy się np. w rumie albo w soku, aby nabrały aromatu.
Cygara na farmie zwija się ręcznie. Sprawnie pokazuje nam jak się to robi. Nigdy nie przypuszczałam, że cygaro to tak naprawdę jeden duży liść. Nie ma tam żadnego krojonego tytoniu. Prawdziwe cygara po zwinięciu sklepione są miodem, tak aby nie wykorzystywać żadnej chemii. Sam liść i miód. Nie ma też w nich włókien, które zawierają 70% nikotyny. 90% produkcji cygar z takiej farmy trafia do kubańskiego rządu. Resztę plantatorzy mogą sprzedać.
- Suszący się tytoń.
- Ręczna produkcja cygar na terenie Doliny Vinales.
- Ręczna produkcja cygar na terenie Doliny Vinales.
Na farmie cygaro kosztuje 3 CUC. W Vinales widzimy takie za 2 CUC. Chłopak z farmy ostrzega nas, że często turystom sprzedaje się cygara z liści np. bananowca i trzeba uważać, żeby nie dać się oszukać. Nie powiedział nam jednak jak to rozróżnić.
Atrakcja numer 2 – plantacja kawy i produkcja rumu.
Wsiadamy z powrotem na konie. Liwia śpi podczas gdy ja podejmuję próbę wejścia na konia razem z nią zapiętą w nosidle. Ruszamy dalej. Sama jazda Doliną Vinales jest niesamowitym doświadczeniem. Tam jest po prostu pięknie. Ogromne połacie łąk i pól rozłożone między porośniętymi bujną zielenią górami. Do tego cisza i spokój. Prócz nas w dolinie nie ma nikogo. Dopiero pod koniec trafiamy na inne wycieczki. Nasz przewodnik zawozi nas na kolejną farmę. Tu możemy spróbować lokalnego rumu, miodu i kawy. Słuchamy historii o tym, jak produkuje się te dobra. Rum, który jest wytwarzany w Dolinie Vinales w 90% trafia do kubańskiego rządu, resztę plantatorzy mogą sprzedać lub wypić. My kupiliśmy miód, bo wytwarzany jest z kwiatów kawowca. Uwierzcie — jest przepyszny. Na farmie można też wypić kawę lub kokosa.
- Jazda przez Dolinę Vinales.
Atrakcja numer 3 – jeziorko z widokiem na góry.
Ruszamy dalej i po jakiś 30 minutach dojeżdżamy do małego jeziorka, w którym można zażyć kąpieli. Miejsce to zaznaczone jest na Google maps jako Yolanda Lagoon and Luis. Woda jest mało przejrzysta i średnio zachęcająca. Wojtek zadowala się Cuba Libre, a Liwka zmoczeniem stóp. To ostatni punkt wycieczki. Dochodzę do wniosku, że wszystkie te atrakcje mogłyby nie istnieć, bo sama jazda na koniu i podziwianie widoków, są najlepszymi rzeczami, jakie w dolinie Vinales można robić. Te przerywniki są potrzebne dla odpoczynku i relaksu naszych czterech liter, bo dla niewprawionych siedzenie w siodle szybko staje się męczące. No i wiadomo ludzie mieszkający w dolinie w dużej mierze utrzymują się z wizyt turystów. Może cała te relacja z konnej wyprawy nie brzmi zbyt interesująco, ale uwierzcie mi, jest to naprawdę niesamowite doświadczenie. A na zachętę dodam, że nie wyobrażam sobie, aby do tych miejsc dostać się rowerem czy wozem.





































