Kuala Lumpur – u stóp Petronas Towers

Malezja — państwo pomiędzy turystyczną Tajlandią a kosmopolitycznym Singapurem. Mało kto wie, że jego spora część leży na wyspie Borneo. Kraj trochę omijany przez turystów, mało znany i często nielubiany m.in. przez to, że w większości jest krajem muzułmańskim. Za to Malezja jest krajem ukochanym przez podróżników m.in. za przepiękną przyrodę, rewelacyjne jedzenie, oryginalną architekturę i ogromną ilość wspaniałych miejsc do nurkowania. Malezji można nie znać i nie kojarzyć, ale na pewno każdy z nas wie, jak wygląda jej symbol — wieże Petronas Towers. Przepiękne, bliźniacze, lśniące w słońcu stalowe konstrukcje jednego z najwyższych budynków świata. Malezja słynie też z oryginalnego sposobu ratowania rozpadających się małżeństw: parom takim oferuje się bezpłatny, „drugi miesiąc miodowy” w celu odbudowania nadwątlonych relacji partnerskich. Patrząc na piękno tego kraju, wydaje się to skutecznym rozwiązaniem. Nie było możliwości, aby być tak blisko Malezji i tam nie zajrzeć… no i szkoda byłoby nie zobaczyć Petronasa, tego przepięknego symbolu malezyjskiego rozwoju. Dlatego też nie było innego wyjścia i będąc w Tajlandii musieliśmy skorzystać z okazji i ruszyć na szybki podbój Kuala Lumpur…

Kto śledził wcześniejsze wpisy, ten już kojarzy, skąd pojawił się pomysł na ten city break, czyli weekendowe zwiedzanie Kuala Lumpur i Singapuru. Gremialnie uznaliśmy, że warto zrobić sobie przerwę w zwiedzaniu tajskich plaż i dla odmiany zobaczyć kawałek betonowego świata. Padło na Singapur, lecz szybko policzyliśmy, że dokładając około 150 złotych, możemy zobaczyć nie jedno miasto, a dwa. Grzechem więc byłoby z tego nie skorzystać i dlatego, któregoś pięknego ranka, o godzinie 6 rano, zamiast otwierać oczy i myśleć o pięknych plażach w okolicy Ao Nang, jechaliśmy na lotnisko w Krabi. Tam uroczym samolocikiem linii Air Asia udaliśmy się na krótki trip po Kuala Lumpur.

Lot trwał niecałe półtorej godziny, tak więc nikt nawet nie zdążył się wyspać. Lotnisko KL International Airport oddalone jest od miasta o około 50 kilometrów. Trasę tą można pokonać na kilka sposobów, między innymi koleją, Express Rail Link, która kursuje codziennie od godz. 5:00 do 1:00 w nocy, a podróż trwa 30 minut. Bilet dla osoby dorosłej kosztuje około 55 MYR, czyli trochę ponad 50 zł. Dla Naszej czwórki przejazd kosztowałby ponad 200 zł, szybko przeliczyliśmy, że w takiej sytuacji opłaca nam się znaleźć taksówkę, która dowiezie nas pod adres naszego noclegu. I tu dopadła nas malezyjska mafia taksówkowa. Szybko okazało się, że wszyscy kierowcy na całym lotnisku mają takie same ceny i żadna z nich nas nie satysfakcjonowała. Co gorsza, żaden nie chciał się też z nami targować. Oczywiście mówię tu o tzw. taksówkarzach niezrzeszonych, takich wolnych strzelcach, którzy polują na klientów. Należy pamiętać, że oficjalnie w Kuala Lumpur pasażerów lotniska mogą obsługiwać tylko kierowcy „airport taxi”, miejskie taksówki z Kuala Lumpur nie mogą wozić klientów lądujących w stolicy Malezji. Koszt przejazdu w oficjalnym cenniku kształtuje się od około 70 – 90 zł. Nasza podróż dla czterech osób kosztowała 120 złotych, ale w tej cenie taksówkarz zawiózł nas w miejsce wynajętego na tę noc mieszkania, więc zaoszczędziliśmy nie tylko kilka groszy, ale też czas, który musielibyśmy poświęcić na dostanie się z centrum miasta.

NOCLEG

Kuala Lumpur to jedno z nielicznych miejsc, w których mieliśmy już wcześniej zarezerwowany nocleg. Padło na BEST KL City View at Regalia Residence. Miejsce to wybraliśmy z uwagi na okazyjną cenę i jeden ogromny atut… ale o tym będzie później. Po przybyciu pod wskazany adres okazało się, że nasze mieszkanie znajduje się w nowym kompleksie wieżowców, na 37 piętrze i bliżej mu do apartamentu niż mieszkania. Składało się z dużego pokoju, aneksu kuchennego i łazienki. Było przestronnie, czysto i bardzo przyjemnie. Koszt noclegu: 50 zł za osobę w pokoju czteroosobowym (rezerwowane wcześniej przez booking). Zachwyceni miejscówką i tym, co czekać nas tam będzie wieczorem, zrzuciliśmy z siebie plecaki i ruszyliśmy w miasto.

ŚWIĄTYNIA SRI MAHAMARIAMMAN

Złapaliśmy kolejną taksówkę i przez dobrych kilka minut próbowaliśmy wytłumaczyć kierowcy, aby zawiózł nas pod największą w Kuala Lumpur świątynię hinduską — Sri Mahamariamman. Problem polegał na tym, że nasz kierowca nie dość, że średnio znał język angielski, to jeszcze był innego wyznania i kompletnie nie ogarniał się w żadnych świątyniach, a w hinduskich to już w szczególności. Był jednak bardzo miły i chciał być pomocny… Przywiózł nas pod pierwszą świątynie hinduską, jaką kojarzył, stanął kawałek dalej tak, abyśmy nie byli pewni czy to właściwe miejsce i tam nas wysadził, twierdząc, że jest to świątynia, której szukamy. Kiedy się zorientowaliśmy, że to nie to miejsce kierowcy już dawno nie było. No cóż, jak się później okazało, nasza świątynia znajdowała się jedyne dwa kilometry dalej. Nie pozostało nam więc nic innego jak ruszyć na spacer po Kuala Lumpur. Upał był niemiłosierny, beton dookoła potęgował to wrażenie, marzyliśmy o zimnej wodzie i czymś do jedzenia, a przyszło nam zmagać się z dwupoziomowymi skrzyżowaniami i wielopasmowymi drogami, których w żaden sposób nie dało się przejść. Planując zwiedzanie miasta, zwłaszcza w okolicy Wielkiego Meczetu należy pamiętać o tym, że ulice są tam zaplanowane z całkowitym pominięciem ruchu pieszego i aby dostać się na ich drugą stronę, trzeba nadłożyć kilka kilometrów lub narażać życie pokonując kilka pasów szybkich dróg.

Kiedy wreszcie dotarliśmy do świątyni, Wojtuś oświadczył, że zostanie popilnować butów, czyli zaczeka na nas, siedząc na zacienionym krawężniku. Faktycznie większość chodnika przed świątynią zajmowały buty, ale spokojnie można tam zostawić swoją parę, dotychczas nie słyszałam o przypadku, aby buty zniknęły spod miejsca kultu. Sri Mahamariamman jest najstarszą hinduską świątynią w Kuala Lumpur. Została wybudowana w roku 1873 przez Thambusamiego Pillaia i tamilskich emigrantów i przez pierwsze lata była prywatną świątynią rodziny założyciela. Otwarta dla wiernych została w 1920 roku i od tamtej pory stała się najważniejszym miejscem religijnym, kulturowym i narodowym dla Hindusów mieszkających w Kuala Lumpur. Nie da się jej nie zauważyć, gdyż od strony ulicy zdobi ją pięciowarstwowy, prawie 30 metrowy gopuram (brama wejściowa) ozdobiony wizerunkami bóstw hinduskich. Plan świątyni przypomina kształtem leżącego człowieka, gopuram jest jego stopami, główny ołtarz — głową. Na zewnątrz świątyni panuje uliczny chaos, ale po przekroczeniu jej progu wchodzi się w strefę ciszy. Różnica pomiędzy tym, co na zewnątrz a tym, co w środku jest tak zauważalna, że mówi się, iż gopuram jest progiem pomiędzy materialnymi duchowym światem. Wstęp jest bezpłatny, wchodząc do świątyni, należy pamiętać o ściągnięciu butów i okryciu nóg i rąk.

CHINATOWN

Następnie ruszyliśmy uliczkami Chinatown, jednej z najstarszych dzielnic Kuala Lumpur i trafiliśmy na Petaling Street, ulicę, która w całości zamieniona jest w sklep typu „Wszystko za 1 złoty”. Główna część deptaka jest zadaszona, co sprawia, że można tam robić zakupy niezależnie od pogody, całość ulicy oczywiście jest licznie ozdobiona lampionami. Tutaj można sprawdzić swoje umiejętności targowania, teoretycznie powinno być tanio i okazyjnie, faktycznie ceny są średnie jak na takie miejsce, a z targowaniem też nie jest tak łatwo. Sprzedawcy zdecydowanie trzymają się swoich cen i trudno przekonać ich do ich spuszczenia. My pospacerowaliśmy, oglądając stragany z wszelkimi możliwymi podróbkami, zakupiliśmy magnesy, po czym usiedliśmy w barze za rogiem. Idąc do stolika, nasi panowie zauważyli otwarte drzwi do kuchennego zaplecza, nic nam nie mówiąc, usiedli i jakoś dziwnie okazali się mało głodni. Wykręcając się na różne sposoby, nie zamówili nic do jedzenia. My niczego nieświadome wzięłyśmy dania z ryżu i równie nieświadome zjadłyśmy je ze smakiem. O tym, co zobaczyli w otwartych drzwiach kuchni, powiedzieli nam dopiero po posiłku. Cóż zasada jest jedna: lepiej nie patrzeć na zaplecze i nie zastanawiać się nad warunkami przygotowania dań, gdyż nawet największy twardziel może przy tym wymięknąć. Przekonałam się już nieraz, że jedząc na ulicy, nie wolno myśleć o warunkach, w jakich jedzenie jest przygotowywane. To, że lokal wygląda gorzej niż nasza kuchnia, a sanepid zamknąłby go z prędkością światła, wcale nie oznacza, że się w nim otrujemy. Wręcz przeciwnie, jedzenie w Azji, mimo że przygotowywane często w prowizorycznych warunkach jeszcze nigdy nam nie zaszkodziło.

MERDEKA SQUARE

Mniej lub bardziej najedzeni ruszyliśmy w dalszą drogę, naszym celem jest Petronas Towers. Nie bierzemy taksówki, uważamy, że najwięcej miasta zobaczymy, przemierzając je pieszo. No i tak wędrujemy przez miasto, w którym upał jest tak ogromny, że człowiek zaczyna stapiać się z otaczającym go betonem. Kuala Lumpur to architektoniczny chaos, nowa część miasta z ogromami wieżowcami, przeplata się ze starszymi, malezyjskimi zabytkami. Najbardziej znaną ulicą miasta jest Dataran Merdeka, plac, na którym 31 sierpnia 1957 roku ogłoszono niepodległość federacji Malajów od Wielkiej Brytanii. Początki tego placu sięgają czasów Brytyjczyków, kiedy to zadecydowali oni, że z przyczyn higienicznych najważniejsze urzędy w mieście powinny znajdować się na zachód od rzeki. Okoliczne bagna osuszono i przekazano policji jako poligon. Później teren ten przerobiono na… boisko do krykieta. Kiedy nie odbywały się na nim mecze, teren używano jako miejsce parad i imprez. W dniu 31 sierpnia 1957 roku na znajdującym się tam maszcie po raz pierwszy zawisła flaga Malezji. Stojąc na tej zielonej łące Merdeka Square w samym sercu miasta, przypominają mi się nasze krakowskie błonia. Różnica polega na tym, że tutaj z każdej strony znajduje się jakiś ważny budynek: Sultan Abdul Samad Building — obecnie siedziba Ministerstwa Informacji, Komunikacji i Kultury Malezji, gmach Sądu Najwyższego, kompleks Royal Selangor — miejsce spotkań wysokich rangą członków kolonialnego społeczeństwa brytyjskiego, Kuala Lumpur City Gallery z bogatymi zbiorami pokazującymi historię miasta. A my jak dzieci najbardziej cieszymy się ze zraszaczy powietrza i chłodu fontann. Spacerując po Kuala Lumpur, doszłam do wniosku, że to miasto mnie nie zachwyca. Piękne kolonialne budynki giną w cieniu nowych biurowców, meczety nie robią takiego wrażenia jak świątynie buddyjskie czy hinduskie, ruch uliczny jest ogromny. Mijaliśmy budynki, które były polecane do zobaczenia, a w rzeczywistości okazywało się, że albo są w opłakanym stanie, albo w remoncie, a jak już były dostępne to daleko było im do zachwycających zabytków ze stron przewodnika.

PETRONAS TOWERS

Po przejściu kolejnych kilometrów dotarliśmy wreszcie pod wieże Petronas Towers i stanęliśmy u stóp najwyższego budynku w Malezji, który jeszcze dwanaście lat temu był najwyższym budynkiem świata (aktualnie zajmuje zaszczytne piętnaste miejsce). Petronas Towers do tej pory dzierży jednak tytuł najwyższych na świecie wież bliźniaczych i w tej kategorii nikt mu nie zagraża. Wybudowane w 1998 roku wieże zostały zaprojektowane przez argentyńskiego architekta Césara Pelli. Wieżowiec powstał w miejscu, w którym pod powierzchnią ziemi znajduje się twarda skała, wykorzystano ją jako naturalne fundamenty i w ten sposób Petronas Towers jest chyba jedynym budynkiem na świecie, którego fundament sięga 150 metrów. Wysokość wież to 452 m, budynki mają 88 pięter (każde po 4 metry), na wysokości 58 metrów od ziemi znajduje się most, który łączy obie wieże. Jest to najwyżej położony, dwupoziomowy most na świecie. Sama budowla to konstrukcja ze szkła i stali, która ma w swojej strukturze nawiązywać do islamskich i malezyjskich tradycji. Wieże zaprojektowano na planie Rub el Hizb muzułmańskiego symbolu, który wygląda jak dwa nałożone na siebie kwadraty.

Wieże można zobaczyć od wtorku do niedzieli w godzinach od 9:00 do 21:00, do środka i na most zostaje wpuszczonych tylko 1000 osób dziennie, istnieje możliwość wcześniejszego zakupu biletów. My jednak pod Petronasem jesteśmy późno i nawet nie sprawdzamy, czy jest możliwość wjazdu na górę, gdyż mamy inny szatański plan — wieże chcemy zobaczyć z wieżowca obok. Nie interesuje nas sama panorama miasta, chcemy mieć wieże na wyciągnięcie ręki. Tak więc nasze kroki kierujemy do znajdującego się obok wieżowca Petronas Tower 3, gdzie na 57 piętrze znajduje się najwyżej położona restauracja w Malezji. Do środka wchodzimy na pewniaka i mówimy pięknej pani ubranej w nieskazitelny mundurek, że chcieliśmy udać się do baru. Pani na to, w niebywale uprzejmych słowach, oświadczyła nam, że bardzo będzie im miło nas gościć, ale w lokalu obowiązuje dress code, w który się obecnie nie wpisujemy i dla jasności wręczyła nam ulotki z dokładnym opisem tego, jak powinniśmy się ubrać. Z miną zbitego psa wyszliśmy na malezyjski upał, popatrzyliśmy na siebie i stwierdziliśmy, że w całych naszych bagażach nie ma nawet jednego ubrania, które spełniałoby zasady obowiązujące w lokalu. W pierwszej chwili ze smutkiem godzimy się, z tym że planu nie zrealizujemy, jednak już po sekundzie wpadamy na szalony pomysł: co to za problem zdobyć eleganckie ubranie? Już po chwili byliśmy w Suria KLCC — ogromnym centrum handlowym położonym u stóp Petronasa. W niecały kwadrans zamieniłam szorty i koszulkę na całkiem elegancką sukienkę ze znanej i u nas sieciówki, a sportowe sandały na malezyjskie podróbki Meliss. (Uwaga! W malezyjskich sklepach z odzieżą dla kobiet mężczyzna nie może wejść do przymierzalni damskiej, nawet kiedy chce zobaczyć, jak wygląda jego partnerka. Sprzedawca wypraszał nawet tych mężczyzn, którzy chcieli usiąść na sofach przed przymierzalniami). Wojtek ubrał jasne, długie spodnie i elegancką koszulę z długim rękawem. Wiedzieliśmy już, że te ubrania przydadzą nam się na następny dzień w Singapurze, gdzie chcieliśmy zrobić powtórkę z dostania się do eleganckiego lokalu. (O tym można przeczytać TU). W każdym razie do dziś się zastanawiam, jak Wojtek wytrzymał na zewnątrz w tych długich ubraniach. Pół godziny później weszliśmy elegancko ubrani i uczesani do lobby budynku, z torbami na zakupy wypchanymi naszymi turystycznymi ciuchami i z pewnością siebie graniczącą wręcz z zarozumialstwem oświadczyliśmy miłej pani, że przyszliśmy na drinka. Ona z tym swoim uprzejmym uśmiechem poinformowała nas, że zabierze nasze torby, abyśmy nie musieli ich pilnować, kiedy będziemy rozkoszować się zimnymi napojami i przepięknym widokiem. Bingo! Udało się! Pani oddała nas w ręce uprzejmego lokaja, który odprowadził nas do windy i zawiózł na 57 piętro do Marini’s, lokalu, który już samym swoim wyglądem zapierał dech w piersiach. Panorama miasta, która rozpościera się przez przeszklone ściany restauracji i baru, jest niesamowita, podobnie jak bliskość oświetlonych wież Petronasa, które faktycznie wyglądają tak, jak gdyby znajdowały się na wyciągnięcie ręki. Niestety na posiedzenie w lokalu mieliśmy bardzo ograniczony czas, goniła nas jeszcze jedna nocna atrakcja. Zdążyliśmy jednak wypić piwo, które kosztowało 20 PLN, nasycić oczy przepięknym widokiem i rozkoszować się wspaniałą obsługą. Czego jednak można się spodziewać po restauracji, w której imprezują mistrzowie Formuły 1?

Na dole zdążyliśmy się jeszcze załapać na nocny pokaz fontann, którego fragment oglądaliśmy jeszcze z góry budynku, po czym złapaliśmy taksówkę i udaliśmy się do miejsca naszego spoczynku, gdzie czekała na nas ostatnia atrakcja Malezyjskiej stolicy: nocna kąpiel w basenie na dachu apartamentowca z widokiem na rozświetlone Kula Lumpur i Petronas Towers. Chyba nic więcej o tym nie muszę pisać…

 

    • kasia, Listopad 6, 2016, 10:05 pm

    Odpowiedz

    możesz napisać nazwę hotelu ? widok jest zjawiskowy

    1. Odpowiedz

      Oczywiście, że tak choć nazwa jest w tekście: BEST KL City View at Regalia Residence. To są apartamenty/mieszkania. A tu proszę link do bookingu: http://www.booking.com/hotel/my/best-kl-city-view-studio-at-regalia.pl.html. Warto trafić na jakąś promocję. Bardzo polecam to miejsce przede wszystkim z uwagi na wspaniały widok z basenu. Poza tym wszystko inne bez zarzutu.

    • anna, Październik 25, 2016, 7:41 pm

    Odpowiedz

    Cudowna relacja, cudowne zdjęcia, zwłaszcza te z „domami” ze szkła i stali. Absolutnie moje klimaty.

    1. Odpowiedz

      Dziękuję serdecznie, bardzo mi miło, że się podobało.

    • Waldek, Październik 25, 2016, 1:10 pm

    Odpowiedz

    Bardzo fajna relacja.

    1. Odpowiedz

      Dziękuję.

  1. Odpowiedz

    Piękne zdjęcia. Zderzenie jaki następuje w Malezji jest spore między: industrialnością, a taka egzotyką 🙂

    1. Odpowiedz

      Tym bardziej dla nas, europejczyków azjatyckie miasta są bardzo egzotyczne. U nas nie widać tak różnicy pomiędzy tym co nowoczesne, a biedą jaka panuje na obrzeżach (a czasami też i w centrach) takich miast. Nie wspominając już nawet jak żyje się daleko od dużych miast, pośród jeszcze dzikiej przyrody.

    • Magda-Lekka Zmiana Mamy, Październik 23, 2016, 9:49 pm

    Odpowiedz

    Piękne zdjęcia, robią wrażenie. Zwłaszcza – świątynia oraz Petronas Towers. Wisienką na torcie jest widok z basenu :))

    1. Odpowiedz

      Dziękuję bardzo. Cieszę się, że zdjęcia się podobają.

  2. Odpowiedz

    „Malezja słynie też z oryginalnego sposobu ratowania rozpadających się małżeństw: parom takim oferuje się bezpłatny, „drugi miesiąc miodowy” w celu odbudowania nadwątlonych relacji partnerskich. ”

    To jakiś oficjalny program rządowy? Jeśli tak – to super podejście, bardzo mi się podoba 🙂

    1. Odpowiedz

      Dokładnie tak, program rządowy i pokrywany z pieniędzy państwa. Został on wprowadzony w stanie Terengganu, każda z par składających tam pozew o rozwód dostawała propozycje wyjazdu na drugi miesiąc miodowy. Oczywiście wszystko to za darmo. Nie dowiedziałam się jednak tego, gdzie te wakacje miały by się odbywać. Zapewne na terenie Malezji.
      Z innych ciekawostek: w tym samym stanie wprowadzono też inny pomysł: wspólne szkolne toalety. Wspólne oczywiście dla uczniów i nauczycieli. Wszystko po to aby dzieci czuły z nimi więź i poczucie, że wszyscy są równi w szkole. Cóż, u nas pewnie by to nie przeszło.

  3. Odpowiedz

    Pamiętam, że bar Marini’s On 57 też zrobił na nas ogromne wrażenie. Mają tam dobre jedzenie i świetne drink, no i te widoki. 🙂

    1. Odpowiedz

      My niestety nie zdążyliśmy spróbować jedzenia. Tego typu restauracje słyną ze swojej kuchni na całym świecie, zresztą w Marini’s On 57 szefem jest jakaś znana persona, która szczyci się wspaniałą opinią w środowisku kulinarnym. Ponadto lokale w których stołują się gwiazdy mają naprawdę menu zapierające dech w piersiach (czasami podobnie bywa patrząc na ceny). My jesteśmy zwolennikami jedzenia na ulicy, często też w ramach niskobudżetowych wyjazdów, decydujemy się tylko na coś do picia i rezygnujemy z drogich posiłków. Na szczęście w większości takich lokalów wystarczy zamówić coś do picia. Przepiękny widok jest w cenie drinka 🙂

    • Ewa, Październik 22, 2016, 1:27 pm

    Odpowiedz

    Tajlandia jest na liście moich miejsc do odwiedzenia, a te piękne zdjęcia jeszcze bardziej mnie w tym utwierdzają 🙂

    1. Odpowiedz

      Kuala Lumpur jest stolicą Malezji, która sąsiaduje z Tajlandią. Niby to blisko, ale jednak kraj obok. Myślę, że zwiedzając Tajlandię, o której też piszemy, warto zajrzeć na chwilę do Malezji. Cieszę się bardzo, że zdjęcia się podobają. Niedługo pojawią się nowe posty o Tajlandii więc zapraszam do śledzenia strony i czytania 🙂

    • Judyta, Październik 21, 2016, 3:09 pm

    Odpowiedz

    Piękne zdjęcia! Świątynia Sri Mahamariamman, wieże Petronas są niesamowite, mimo, że zupełnie inne to ich skala robi wrażenie. Człowiek wydaje się maleńki przy nich. Zazdroszczę tej kąpieli na dachu. Widok musiał być cudowny!

    1. Odpowiedz

      Dziękuję bardzo, cieszę się, że zdjęcia się podobają. Zabytki Kuala Lumpur faktycznie robią olbrzymie wrażenie, zwłaszcza Petronas Towers.

  4. Odpowiedz

    Z wielką przyjemnością bym tam pojechała, bo każdy rodzaj architektury mnie zachwyca a Twoje zdjęcia są po prostu czadowe. Chciałabym ustać przy jednej z takich wież i poczuć się taaaaka malutka 😉 Co prawda chaos i hałas nie są moimi przyjaciólmi a tam na pewno jest tak właśnie, to jednak chyba te dwie rzeczy nie zepsułyby wyprawy.
    Basenu z widokiem na miasto zazdroszczę. Zwłaszcza, że widać, iż w nocy widoki zapierają dech w piersiach.

    1. Odpowiedz

      Cieszę się, że zdjęcia się podobają, ale też z tego, że wpis zachęca do zwiedzania i sprawia, że choć jedna osoba ma ochotę się tam znaleźć. Ten chaos i hałas mają swój urok, są inne niż w naszych miastach, Jesteśmy przed wyjazdem na Filipiny i ogromnie ciekawi mnie jak wygląda Manila, która przecież słynie ze swoich slumsów i gangów narkotyków. Zapraszamy więc do kolejnych relacji.

  5. Odpowiedz

    Jak zupełnie inny świat… Strasznie chaotyczny i głośny 😉 A kąpieli w tym basenie to zazdroszczę!

    1. Odpowiedz

      Wszystko się zgadza 🙂 ale ten chaos ma swój urok

  6. Odpowiedz

    Pływaliście w tym basenie na szczycie wieżowca?
    Niesamowita wyprawa!

    1. Odpowiedz

      Tak pływaliśmy. Mieliśmy dostęp do basenu w cenie wynajmu mieszkania. Genialne wrażenie pływać tak na dachu i skraju budynku.

  7. Odpowiedz

    Cóż ja mam Ci powiedzieć poza tym, że strasznie zazdroszczę. W ogóle kręcą mnie te wszystkie większe, azjatyckie miasta, w których styka się nowoczesna architektura z tymi klasycznymi, azjatyckimi zabudowaniami. Nic tylko usiąść i robić zdjęcia – przede wszystkim ludziom. Oj tak… takie małe marzenie! 🙂

    1. Odpowiedz

      Życzymy z całego serca tego, aby to marzenie się spełniło. Azja jest piękna, a ludzie interesujący i różni od Europejczyków. Ja osobiście nie mam śmiałości do robienia obcym zdjęć. Rzadko więc zdarza mi się robić portrety. Muszę nad tym popracować.

  8. Odpowiedz

    Super ten BEST KL City View at Regalia Residence 🙂 Chyba zdecyduje się na niego jak będziemy w Malezji. Jak oceniacie jego lokalizację, chyba nie jest najlepsza?

    1. Odpowiedz

      BEST KL City View at Regalia Residence znajduje się trochę ponad dwa kilometry od Petronas Tower, nie jest to daleko od centrum, ale trasę tą pokonywaliśmy taksówkami. Koszt przejazdu nie był duży, ale nie pamiętam już dokładnie ile wynosił. Widok z basenu i warunki jakie były w mieszkaniu są warte tej odległości. Wiem, że w KL są podobne miejsca bliżej centrum, ale ceny tam były zdecydowanie nie na naszą kieszeń.

  9. Odpowiedz

    Wow! Niesamowite! O Malezji słyszałam bardzo mieszane opinie – jedni są zachwyceni, inni narzekają na straszny bród. Z Twojej relacji wynika, że raczej jest się czym zachwycić – szczególnie wieczorne atrakcje szczególnie mi się spodobały. I te niesamowite widoki na panoramę miasta! Ja jestem oczarowana!

    1. Odpowiedz

      Jeżeli chodzi o czystość Kuala Lumpur to nie zauważyłam aby odstawało od innych miast. Z pewnością nie jest tak sterylnie jak w centrum Singapuru, ale stert śmieci nie widziałam. Na pewno nie jest to moje ulubione azjatyckie miasto, ale ma swój urok i uważam, że jest warte zobaczenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

CAPTCHA