SINGAPUR… czyli jak wypić drinka w chmurach

Turyści lub też podróżnicy, którzy chcą dostać się w miejsca ogólnie niedostępne dla przeciętnych odwiedzających, dzielą się na trzy grupy. Pierwsza z nich ma podejście: „przepraszam czy mogę? a… nie mogę, rozumiem… a to przepraszam raz jeszcze”, po czym potulnie odchodzą tam skąd przyszli. W zasadzie ich próba od razu skazana jest na niepowodzenie, a to dlatego, że rzadko wykazują pewność siebie i od razu po ich minach widać, że nie są przekonani czy tak naprawdę chcą dostać się do środka.

Druga grupa to osoby posiadające wypchany portfel lub też jedną, ale za ta złotą kartę kredytową, która otwiera większość drzwi (i też wind). Pieniądze te sprawiają, że nie istnieją dla nich miejsca niedostępne, są w stanie zapłacić za każdy hotel, każdą atrakcję, każdą restaurację. Na ich korzyść działa też ich wygląd, na pierwszy rzut oka widać, że są u siebie, panowie machają najdroższymi modelami telefonów, panie dumnie noszą swoje torebki z logami projektantów, do których sklepów nawet nie wchodzę. Nawet jeżeli mają na sobie japonki i wychodzone szorty to jakoś dziwnie widać, że pieniędzy im nie brakuje. Nie bez przyczyny mówi się, że złota karta kredytowa otwiera każde drzwi.

Jest też i trzecia grupa ludzi zwyczajnych, lekko szalonych, którzy za dobrą zabawę uważają próbę dostania się tam, gdzie nie do końca powinni się znajdować, lubią ten dreszczyk emocji, kiedy zastanawiają się, czy się uda, chce im się pokombinować, poprosić o pomoc, włożyć w to trochę wysiłku i uśmiechu. Nie mają za dużo pieniędzy lub cenią je sobie i starają się oszczędzać na tym, na czym można. Ktoś może zapytać, po co to wszystko? Nie stać cię na pokój w pięciogwiazdkowym hotelu to nie właź na bezczelnego do jego restauracji na dachu. My jednak mamy inne podejście, uważamy, że warto stanąć na dachach świata i zobaczyć miasta z tej perspektywy. Wszystko robimy zawsze w granicach zdrowego rozsądku i bez przekraczania zarówno zasad kultury, jak i przepisów prawa. Tyle w teorii, a w praktyce?

P1240241

Singapur ma jeden symbol, który kojarzy się z miastem zawsze i wszędzie — jest to hotel Marina bay Sands, w skrócie MBS. Nie dość, że wygląda, jakby przed chwilą statek kosmiczny osiadł na monumentalnych kolumnach, to jeszcze rozpościera się z niego wspaniały, panoramiczny widok. Hotel już na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie bardzo drogiego i nie pomyli się nikt, kto tak pomyśli. Jego wybudowanie kosztowało 6 miliardów dolarów, dzięki czemu koszt tego projektu przewyższył nawet budowę Emirates Palace Hotel w Abu Dhabi. MBS to trzy wieże połączone tarasem ułożonym na ich szczycie. Taras liczy hektar powierzchni, a największym wyzwaniem dla budowniczych było podniesienie 7 tys. ton żelaznego dachu i umieszczenie go na wieżach położonych na wysokości 245 metrów nad ziemią. Inspiracją dla architekta Moshe Safdie była podobno talia kart.

Hotel oraz jego najbliższe otoczenie stanowią kompleks, na który składają się: budynek hotelowy z 2561 pokojami, galeria handlowa z ekskluzywnymi sklepami, muzeum, kino, dwa duże teatry, centrum konferencyjne, lodowisko, dwa kryształowe, pływające pawilony, restauracje i największe na świecie atrium z kasynem utworzonym przez grupę Sands z Las Vegas. W kasynie znajduje się 500 stołów do gry i 1200 automatów, podobno wstęp dla obcokrajowców jest darmowy, za to Singapurczycy muszą za niego zapłacić 100 $, jest to element programu zniechęcającego lokalnych mieszkańców do gier hazardowych. Program chyba nie działa dobrze, bo kasyno przynosi ogromne zyski. Podobno zarabia w ciągu doby 2 mln SGD i jest bardziej dochodowe niż jego starsi bracia z Las Vegas i Makao. Fakt jest jeden, kasyno w MBS to jedyne miejsce w Singapurze, w którym bez obaw można zapalić papierosa.

To wszystko to jest nic, największym przedmiotem pożądania w MBS jest basen, który został umieszczony na ostatnim 57 piętrze hotelu. „Infiniti pool” zwany inaczej basenem bez granic, nieskończonym basenem czy basenem bez krawędzi nie jest najlepszym miejscem dla osób z lękiem wysokości. Co do samego obiektu to jest to najdłuższy na świecie podwyższony basen — znajduje się on na wysokości 245 metrów nad ziemią i ma 150 metrów długości, powierzchnię dziesięciu basenów olimpijskich i mieści 1424 m3 wody.

Niestety z basenu mogą korzystać tylko goście hotelowi, czyli szczęśliwi posiadacze karty wstępu, którą otrzymuje się w czasie zameldowania. Jeżeli ktoś chciałby zanurzyć się w bezkresnej przestrzeni „Infiniti pool” musi wynająć, choć na jedną noc pokój w MBS. W porównaniu do kosztów wybudowania hotelu cena za wynajęcie jednego z jego pokoi nie jest tak wygórowana. Wersja podstawowa to koszt około 1350 zł za dobę w pokoju dwuosobowym, do których należy doliczyć 7% podatku i 10% opłaty za obsługę. W zamian za to otrzymujemy pokój o powierzchni około 49 m2, czyli (o zgrozo) prawie dwa razy więcej niż nasze mieszkanie. Przeglądając stronę MBS widać, że wyposażenie nie różni się od tego, co oferują inne hotele tej klasy. Zaskakuje mnie tylko informacja o latarce na wypadek trzęsienia ziemi i fakt, że wystarczy podnieść napój stojący w lodówce, aby został on doliczony do rachunku jako wypity.

Aby w cenie pokoju dostać śniadanie, należy dopłacić kolejne 300 zł. Apartamenty liczą po około 97 m2 i mają osobną sypialnię, koszt takiego pokoju to 2464 zł. Goście mają do dyspozycji jeszcze wyższy standard pokoi, ich powierzchnia wynosi około 145m2, a oprócz między innymi śniadania i podwieczorka, dostępu do sali multimedialnej i bilarda mamy także obsługę osobistego lokaja. Ta przyjemność to koszt prawie 5000 zł za noc. Niezależnie od standardu pokoju, każdy gość otrzymuje kartę upoważniającą do wejścia na basen. Kiedyś można się było „doczepić” do gościa hotelowego i wejść jako jego osoba towarzysząca, ale od jakiegoś czasu wprowadzono indywidualne karty i każdy odwiedzający musi przy wejściu okazać swoją.

Powszechne jest wynajmowanie pokoi w MBS tylko na jedną noc w celu skorzystania z basenu i chyba nikogo już nie dziwi widok podróżników z plecakami, którzy z radością podążają do swoich „jednonocnych” pokoi, aby przebrać się w szlafrok i wjechać na dach hotelu. Czytałam też o tym, że z łatwością można w pokoju dwuosobowym przespać się większą ekipą, ale nie testowaliśmy więc trudno tę opcję polecać. Muszę przyznać, że przeszedł nam przez myśl szalony pomysł, aby wynająć pokój na jedną noc i doświadczyć wrażenia pływania na szczycie świata, jednak powstrzymała nas świadomość tego, że za te pieniądze możemy spać w Tajlandii przez trzy tygodnie i jeszcze zostanie trochę na jedzenie.

P1240286

Zostaje nam więc dostać się na dach, aby basen zobaczyć i usiąść w restauracji dla gości. Pod hotelem pojawiamy się jak na warunki naszego wyjazdu bardzo elegancko ubrani. Ja w sukience i nie sportowym obuwiu, a Wojtuś w długich spodniach i koszuli. Z doświadczenia wiemy już, że w większości tego typu miejsc obsługa zwraca uwagę na strój i osoby ubrane na sportowo nie są wpuszczane. W przypadku MBS nie jest to rygorystycznie pilnowane, gdyż restauracja z założenia obsługuje swoich gości więc trudno odsyłać ich do pokoju, żeby zmienili japonki na szpilki. Do hotelu wchodzimy wejściem od strony kładki Helix. Już przed budynkiem naszą uwagę przyciągają zaparkowane tam samochody. Domyślamy się, że to pewnie własność bywalców kasyna.

Przed wejściem do MBS trafiamy na grupę rodaków, którzy opowiadają, że właśnie byli na górze na płatnym tarasie widokowym, co kosztowało ich 20$ od osoby i wskazują nam stronę, w którą należy się udać. Po krótkiej chwili rezygnujemy z tej opcji i decydujemy się wejść do środka MBS i tutaj spotyka nas pierwsze zaskoczenie. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że główny hol w hotelach stanowi strefę dla gości i trudno się po nim poruszać nie wzbudzając zainteresowania obsługi. W przypadku tego hotelu hol stanowi przestrzeń ogólnie dostępną, wypełnioną recepcjami, kawiarniami i sklepami. Nasza obecność jest wręcz niezauważalna. Tyle że w takim układzie my też średnio się odnajdujemy i jesteśmy niczym dzieci we mgle. Ilość wind przekracza nasze oczekiwania, a ja usilnie próbuję sobie przypomnieć numer tej właściwej.

 

W tej samej chwili Anika mówi do mnie, że mężczyzna za nami właśnie powiedział do swoich znajomych, że zabiera ich do baru. Bez sekundy zastanowienia Anika pyta uprzejmego pana czy wskaże nam drogę do baru, na co on odpowiada, że tam właśnie zmierza, więc z przyjemnością nas zaprowadzi. Wsiadamy do windy w środkowym budynku (wieża numer dwa) i wjeżdżamy na 55, ostatnie możliwe piętro, po czym przechodzimy do windy po lewej stronie i jedziemy nią kolejne dwa piętra. Nasz przewodnik za każdym razem odbija swoją kartę, co utwierdza nas w przekonaniu, że bez pomocy gościa hotelowego nie da się tego zrobić. Po wejściu na taras, po prawej stronie znajdują się bramki na basen, a obok wejście do baru „Flight bar & lounge”.

 

Większość stolików jest zajęta lub zarezerwowana, kelnerka wskazuje nam wolne miejsce i przynosi kartę. Piwo lub whisky kosztują mniej więcej tyle, co wjazd na taras widokowy, należy pamiętać, że do ceny w karcie trzeba doliczyć podatek i opłatę za obsługę. A trzeba przyznać, że obsługa jest wyjątkowo miła i uczynna. Kelnerka pyta nas nawet czy zrobić nam wspólne zdjęcie. Widać wszyscy tam są przyzwyczajeni do tego, że bar i widok, jaki się z niego rozciąga stanowi nie lada atrakcję. Siedzimy na górze, popijając wyjątkowo powoli swoje piwo, delektujemy się widokami i dochodzimy do wniosku, że teraz należałoby dostać się gdzieś wysoko, w miejsce, z którego widać panoramę miasta wraz z bryłą MBS. Wybór pada na Swissôtel The Stamford, pięciogwiazdkowy luksusowy hotel znajdujący się w dzielnicy biznesowej.

Tą samą drogą opuszczamy restaurację i tym razem, chyba z grupą Azjatów zjeżdżamy na dół. Oba hotele dzielą od siebie dwa kilometry, które pokonujemy na piechotę ku mojej rozpaczy, bo nie dość, że kolano boli niemiłosiernie to malezyjskie podróbki Meliss za 30 PLN okropnie mnie obcierają. W hotelu Swissôtel The Stamford jest dziesięć restauracji i cztery bary, nas interesuje jeden: New Asia/Eqinox znajdujący się na ostatnim, 71 piętrze hotelu.

Na miejscu okazuje się, że bar dostępny jest tylko dla gości hotelowych, nie ma szans tego ominąć, bo aby dostać się do windy, należy przejść przez bramkę z ochroniarzami, którzy to dokładnie sprawdzają, gdzie mieszkamy. Po krótkiej wymianie zdań, w jakiś dziwny i niezrozumiały sposób, przekonujemy ich, aby nas wpuścili. Na nadgarstkach zostają przybite nam pieczątki, a my udajemy się do windy. Najpierw jednej, następnie drugiej i trzeciej — przy każdej przesiadce, jak i przy wejściu do samego baru pieczątki są skrupulatnie sprawdzane.

Na górze okazuje się, że tak naprawdę trafiamy na dyskotekę, gości jest mało, miejsca sporo, przy sąsiednich stolikach alkohol wart majątek leje się strumieniami, a my cieszymy się, bo trafiamy na promocję i w cenie jednego piwa (15$) możemy wypić dwa. Delektujemy się więc widokiem na zatokę i MBS, szczęśliwi, że zobaczyliśmy miasto z góry i to z dwóch różnych perspektyw. Zadowoleni z tego, że oboje jesteśmy tak szaleni i, że nam się chce. I zmęczeni całym długim i niezwykle intensywnym dniem w Singapurze. Plan zrealizowaliśmy, więc nie pozostało nam nic innego jak udać się do naszej hostelowej, klaustrofobicznej norki i odpocząć, choć kilka godzin przed następnym dniem, kiedy to mieliśmy zobaczyć całkiem inny Singapur…

  1. Odpowiedz

    Swietny artykul, sami lubimy sport, podobnie jak kazda aktywnosc fizyczna. Przy okazji polecamy takze: koszulki patriotyczne

    • Tomasz, Wrzesień 12, 2016, 9:00 am

    Odpowiedz

    Ładne zdjęcia 🙂

  2. Odpowiedz

    Że też nie trafiłam na Twojego bloga przed moją wizytą w SIN 😉 Wiedziałabym jak sprytnie załatwić wjazd na Infinity Pool- do spróbowania następnym razem! 🙂

    • monik, Wrzesień 7, 2016, 11:06 am

    Odpowiedz

    Fakt, hotel i basen robi wrażenie; można jednak przejść na basen nie będąc gościem hotelowym; Polak potrafi sprawnie obejść bramkę, przy której stoi ochrona; wystarczy zejść piętro niżej i po schodkach wchodzi się wprost na basen; przynajmniej tak było w maju 2016 w pierwszej wieży

  3. Odpowiedz

    Przypuszczamy, że bierze się to z tego, że osoby wypijały napoje, a później wkładali do lodówek to co odkupili w sklepach. System jest fajny, tylko niestety mało kto o tym wie, a później trzeba odkręcać przy wymeldowaniu rzeczy naliczone z barku bo ktoś chciał sobie tylko pooglądać. Basen jest super, ale jeszcze fajniejszy i z lepszym widokiem (choć nie taki duży) mieliśmy w Kuala Lumpur. Cena za pokój i popływanie w basenie na dachu była naprawdę symboliczna. Będzie o tym w kolejnym wpisie. Zapraszamy serdecznie do śledzenia 🙂

  4. Odpowiedz

    Bardzo ciekawy wpis, szczególnie zaintrygowała mnie ta ciekawostka o wypitym napoju w pokoju hotelowym, ciekawe skąd taki pomysłWidziałam zdjęcia z tego basenu, faktycznie nawet bez lęku wysokości chyba można by się bać, musi być niesamowity. Szkoda, że trzeba wynajmować cały pokój,choć gdyby wybrać w totka pobyt w takim hotelu na pewno poza basenem też byłby fascynującym przeżyciem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

CAPTCHA