Zamknij

Zimbabwe — pierwszy oddech Afryki w Victoria Falls

Pierwsze obrazy z Victoria Falls.

Podróż: październik 2024.

Afrykańska podróż zaczęła się od lotnisk, przesiadek i małej niespodzianki w samolocie. Skończyła pierwszy dzień przy basenie w Victoria Falls. Pomiędzy jednym a drugim zdążyłam poczuć i ogromną radość, i tę znajomą myśl: na pewno dobrze to wszystko wymyśliliśmy?

Długa droga do Victoria Falls

Do Victoria Falls dotarliśmy zmęczeni, mimo że lot był naprawdę przyjemny. Na dłuższym odcinku trafił nam się upgrade do klasy biznes. Rozkładany fotel okazał się skuteczniejszy niż wszystkie sposoby na zasypianie. A jednak po przylocie organizm i tak upomniał się o swoje: pierwszej nocy przespałam prawie dwanaście godzin.

We wtorek o 20:10 wylecieliśmy z Warszawy do Etiopii z międzylądowaniem w Wiedniu. Padłam zaraz po starcie… te rozkładane do pozycji leżącej fotele są magiczne. Wstałam zjeść kolację i wróciłam spać. Obudziłam się przed samym lądowaniem w Afryce…

Rano (już w środę) wysiedliśmy w Addis Abeba – stolicy Etiopii. Mieliśmy niewiele ponad godzinę czasu. Kontrola bezpieczeństwa (tak, mimo, że nie opuściliśmy budynku lotniska) i kolejny samolot. Już bez luksusów jakie daje biznes klasa ale naprawdę leciało się wygodnie. I muszę przyznać, że jedzenie w ekonomicznej było bardzo dobre. Byłoby też cudownie gdybym nie wylała na siebie całego kubka coli

Pierwszy oddech Afryki i pierwszy mały kryzys

I w końcu wysiadka w Victoria Falls w Zimbabwe. Ten moment kiedy wciągasz do płuc ciepłe powietrze pachnące czymś orientalnym, nowym, nieznanym… Na lotnisku czekał już gość, od którego wypożyczaliśmy samochód. Nie wybraliśmy dużej wypożyczalni ale lokalnego człowieka, który pożycza auta. Wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy do miasta ogarnąć kilka niezbędnych spraw… patrzyłam przez szybę na bezlistne drzewa, czerwoną ziemię, równinę az po horyzont i zastanawiałam się czy damy radę na takich pustkowiach?

Uderzenie upału, widok niczego, brak planu, brak internetu, oblewające gorąco nieprzyzwyczajonego organizmu, zmęczenie… wszystko to spowodowało, że wpadłam w „afrykański kryzys pierwszych godzin po lądowaniu”. Uczucie obezwładniającej paniki pomieszanej z radością i przerażeniem. Czułam jak rośnie we mnie strach i poczucie, że to było totalne szaleństwo. Na szczęście jest to uczucie szybko przemijające i zastępowane przez masę pozytywnych emocji. Wiele razy słyszę pytania czy się nie boję jechać w taką podróż i to z dzieckiem? Sami widzicie. Boję sie… tylko głupiec by się nie bał.

Tym razem wybieramy odpoczynek

Załatwiliśmy papiery do samochodu, kompresor, zakupy i pojawiło się pytanie: co dalej? Decyzję podjęła Liwka oświadczając, że chce do hotelu. Kiedyś pędziłabym przed siebie, bo szkoda byłoby mi każdej godziny – dziś siadłam przy zimnym piwie i pomyślałam, że nie ma się gdzie spieszyć… i tak zostaliśmy w Victoria Falls. W knajpie złapaliśmy internet, żeby znaleźć jakiś nocleg i tak trafiliśmy do White House Lodge. Śpimy w domu w kolonialnym stylu. Nocleg ze śniadaniem kosztował nas 350 zł. Teraz jedyne co musimy zrobić to odpocząć po podróży żeby jutro ruszyć w stronę Botswany… ciekawe czy uda się nam dotrzeć do Namibii?

Podziel się linkiem:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *