Zamknij

Włochy — Mediolan, Garda i Werona z przymrużeniem oka

Ostatnia Wieczerza w refektarzu Santa Maria delle Grazie.

Podróż: sierpień 2024.

Tanie bilety do Mediolanu, przerwa w przedszkolu i pomysł, żeby zobaczyć kawałek północnych Włoch. Brzmiało niewinnie. Potem były wielkie dzieła sztuki, mały domek na campingu, kolejki górskie i korki nad Gardą. Na szczęście także widoki, dla których można to wszystko wybaczyć.

Mediolan: Duomo, sztuka i spacer po mieście

Mediolan… Milano… Miasto mody, Duomo i Leonarda da Vinci, którego jakoś do tego czasu nie miałam okazji zwiedzić. Wiele osób ostrzegało mnie, że jest mało ciekawe, tłoczne i brudne. Postanowiłam się o tym przekonać osobiście, a pomogło to, że bilety lotnicze, w samym środku sierpnia, na trasie Kraków – Mediolan, kosztowały niecałe 400 zł. Do tego Liwia miała akurat przerwę w przedszkolu i bardzo chciała „pojechać gdzieś na wakacje”. No więc trafił się Mediolan i pomysł zwiedzenia nie tylko miasta, ale też znajdujących się w jego pobliżu Lombardzkich jezior.

Na lotnisku wypożyczamy samochód (koszt 1000 zł za cały tydzień) i jedziemy od razu do Mediolanu. Port lotniczy Mediolan – Malpensa (MXP) znajduje się 50 km od miasta. W Mediolanie wynajmujemy mieszkanie znajdujące się 15 minut metrem od Duomo (Link do apartamentu – )

Duomo — czyli katedra narodzin św. Marii w Mediolanie — jeden z największych kościołów świata (większość źródeł podaje, że plasuje się on na 5 miejscu) i największa świątynia we Włoszech. Jej budowę zaczęto w XIV wieku i miała ona potrwać 20 lat… trwała 500 i zakończyła się za czasów Napoleona. Zresztą on sam koronował się w Duomo na króla Włoch. Jej wnętrze to 12000 metrów kwadratowych, ma najwyższe sklepienie na świecie (45 metrów wysokości), zdobi je ponad 3500 rzeźb (w tym 96 gargulców), 135 wież, 52 kolumny i 55 witraży. Organy fundował sam Mussolini. Największą atrakcją katedry jest wejście na jej dach.

Nie dość, że rozpościera się z niego piękny widok na miasto, to daje ona możliwości przyjrzenia się z bliska detalom architektury. Jest to chyba też jedyna możliwość spaceru po dachu gotyckiej świątyni. Ostrzegani wszem i wobec o ogromnych kolejkach do wejścia do Duomo, zaopatrzyliśmy się wcześniej w bilety online. Okazało się jednak, że nie ma żadnych kolejek. Weszliśmy od razu do środka, a w zasadzie na dach. Wracając z góry, zwiedziliśmy wnętrze kościoła i wystawę archeologiczną w jego podziemiach. Na końcu zajrzeliśmy do muzeum katedralnego (znajduje się w budynku obok). Całość zwiedzania zajęła nam 1,5 godziny. Polecam zabrać butelkę wody. Bilety można kupić na stronie www.duomomilano.it

Galeria Wiktora Emanuela II — obok Duomo najbardziej rozpoznawalny zabytek Mediolanu. Ta elegancka galeria handlowa jest jednym z bardziej instagramowych miejsc Lombardii. Łączy ze sobą Piazza del Duomo z placem, na którym stoi La Scala. Pod przeszkloną kopułą znajdują się pełnowymiarowe ulice ze sklepami. Warto przyjrzeć się przepięknej mozaice i zadrzeć głowę do góry…

Kompleks Ambrozjański — Mekka ludzi nauki i sztuki. Założony przez Fryderyka Boromeusza — arcybiskupa Mediolanu. Nie ma się co dziwić, wszakże człowiek ten był bratankiem św. Karola Boromeusza. Można odwiedzić Pinakotekę Ambrozjańską, która mieści się w Palazzo dell’Ambrosiana i obejmuje wystawę dzieł sztuki od XVI do XX wieku. Największym dziełem, jakie można w niej obejrzeć jest jeden z kilkunastu obrazów olejnych Leonarda da Vinci („Portret Muzyka”) i karton do Szkoły Ateńskiej Rafaela. Ten ostatni robi niesamowite wrażenie! Z eksponatów bardziej nietypowych można wymienić pukiel włosów Lukrecji Borgii czy rękawiczkę samego Napoleona. Na miłośników książek czeka Biblioteka Ambrozjańska z kolekcją 35 tys. unikalnych manuskryptów.

Najcenniejsze co można w niej zobaczyć to słynny Codex Atlantic’s Leonarda da Vinci. Jest to największy zbiór notatek mistrza. Zostały one ułożone w dwanaście tomów, dotyczących m.in. malarstwa, anatomii, hydrologii czy inżynierii. Są w nim także listy, bajki czy projekty odzieży. Kodeks liczy 2238 stron i 1750 rysunków. Podobno Biblioteka jest rzadko udostępniana publiczności i jeżeli tak jest faktycznie to miałyśmy dużo szczęścia.

Dzień kończymy spacerem mediolańskimi uliczkami. Zaglądamy do tak zwanego Złotego Kwadratu, czyli miejsca, które decyduje o tym, w co ubiera się najbogatszą część świata. Tutaj znajdują się sklepy wszystkich chyba najdroższych i ekskluzywnych marek. Przyznam Wam szczerze, że z zaciekawieniem oglądałam wystawy sklepów, których nazwy niewiele mi mówiły. Zerknęłam nawet na cenę jednego, przepięknego płaszcza, jaki wpadł mi w oko. Kwota na metce wynosiła 40000 Euro. Dobrze, że to był męski płaszcz…

Zajrzeliśmy także na plac przed jednym ze słynniejszych teatrów, czyli mediolańską La Scalą, ale akurat jej fasada była w remoncie. Teatr można także zwiedzić w środku.

Będąc tutaj i mając trochę więcej czasu, warto pospacerować po parku i dotrzeć aż pod łuk triumfalny. Arco della Pace był wzorowany na francuskim kuzynie. Nic w tym dziwnego, gdyż jego fundatorem był sam Napoleon. Dzisiaj luk stanowi piękną bramę do Parku Sempione.

Zjadamy jeszcze makaron w pobliskim lokalu o dźwięcznej nazwie Miscusi Milano Candorna — tu link z Google maps i ruszamy w stronę Jeziora Garda.

Ostatnia Wieczerza: piętnaście minut z Leonardem

Nie mam jednak wyjścia… chcę zobaczyć „Ostatnią Wieczerzę” i decyduje się kupić bilety przez GetYourGuide. Kupuję dwa z uwagi na to, że u pośrednika nie ma opcji biletu dla dziecka, a osoby poniżej 18 roku życia wchodzą za darmo. Piszę do Muzeum maila czy jest możliwość zdobycia bezpłatnej wejściówki dla dziecka, ale otrzymuje odpowiedź (mimo przesłania skanów zakupionych biletów), że wszystkie bilety i wejściówki są wyprzedane. Podejmujemy ryzyko zabrania Liwii i zobaczenia na miejscu czy uda się z nią wejść. W przypadku odmowy musiałaby ciągnąć los z Wojtkiem, kto z nich wchodzi, a kto zostaje

Zwiedzanie mamy zaplanowane na 14:15. Na miejscu mówimy przewodniczce (przesympatyczna kobieta), jaki mamy problem. Odpowiada nam, że spróbujemy to załatwić. Kiedy grupa podchodzi do kasy (każdy, mimo rezerwacji musi odebrać bilet i tyczy się to nie tylko zakupów u pośrednika, ale także indywidualnych rezerwacji), prosi o wejściówkę dla Liwii. Widzimy, że jest z tym spory problem, nie ma wolnych biletów. Dosłownie — nie ma wydrukowanego, wolnego kartonika, z którym Liwia mogłaby wejść przez bramki. W końcu się udaje — Liwka dostaje imienny bilet osoby, która miała rezerwację na godzinę 9:15. Dostajemy tylko prośbę o zwrot biletu do kasy. To pokazuje, że dokładnie wyliczona jest ilość osób odwiedzających obraz każdego dnia.

Wchodzimy do klasztoru. To drzwi na lewo od fasady kościoła. Przechodzimy kontrolę bezpieczeństwa i stajemy w korytarzu. Po chwili rozsuwają się drzwi i robimy kilka kroków dalej. Drzwi za nami się zamykają, a my stoimy w kolejnej śluzie. Grupa nie może liczyć więcej niż 35 osób, a czas przebywania w refektarzu jest dokładnie wyliczony i trwa 15 minut. Ani sekundy więcej.

Kiedy kolejne drzwi się otwierają wchodzimy wreszcie do dawnej, zakonnej jadalni. Obrót głowy w prawo, kilka kroków i jest! Jedno z najsłynniejszych dzieł sztuki stoi przede mną w pełnej okazałości! Z piersi mojej wydobywa się Wow! Malowidło wygląda lepiej niż na reprodukcjach. Jest przepiękne!

15 minut szybko mija. Liwia wykazuje nader ogromne zainteresowanie grupą mężczyzn wymalowanych na ścianie i tym dlaczego ta ich kolacja jest taka ważna. Większość czasu spędzam więc na opisywaniu kto jest kim i tłumaczeniom, o co tyle szumu. Jestem tak zafascynowana tym co widzę, że drugie malowidło znajdujące się w refektarzu zauważam dopiero przy wyjściu. Mam ogromny niedosyt. Wydaje mi się, że tak wielu szczegółów nie zdążyłam zauważyć, że tylko prześlizgnęła się wzrokiem po tym dziele, że te 15 minut to było zdecydowanie za mało…

Polecam każdemu i z całego serca, aby będąc w Mediolanie zobaczył „Ostatnią Wieczerzę”. Stanąć oko w oko z tym dziełem to niesamowite przeżycie. Każdemu też będę radzić, aby przed wejściem do refektarza poświęcił chwilę na poznanie tego malowidła, bo zdecydowanie lepiej ogląda się je znając jego genezę. Ja z największą przyjemnością wybiorę się tam raz jeszcze.

Garda: przyczepa, aquapark i powolna droga wokół jeziora

Prosto z Mediolanu ruszamy nad jezioro Garda. Planowaliśmy spać na jego północnym brzegu, ale o tym trzeba było myśleć rok wcześniej, a nie tydzień przed przyjazdem. Miejsc do spania jest jak na lekarstwo. I to drogie lekarstwo. W jakimś zaćmieniu umysłowym zgadzam się na nocleg na campingu. Zastanawiam się, czy byłam pod wpływem Aperolu, czy przegrałam jakiś zakład? Camping i ja? Ostatnim razem, kiedy spałam na Eurocampie, jacyś źli ludzie włamali się do naszego domku i zabrali wszystkie pieniądze, jakie miałam na wyjazd. Znaczy złotówki zostawili ale pewnie nie wiedzieli co z nimi zrobić.

Dojechaliśmy na nasz camp i oczom moim ukazał się basenik pełen młodszych i starszych radośnie pluskających się w wodzie. Nic mnie jednak tak nie zaskoczyło, jak fakt, że ludzie ci mieli na głowie… czepki. Chyba czegoś w opisie nie doczytałam… ogarnęło mnie ogromne współczucie dla tych, którzy w tak wysokiej temperaturze smażyli swoje głowy w gumowych czepkach… kolejne szok przeżyłam, kiedy wręczono mi komplet pościeli i zafoliowanych komplet ręczników… jedno za 18 (łóżko podwójne) lub 10 Euro (łóżko pojedyncze). Dostałyśmy z Liwka zestaw nr 2 więc na wstępie 8 Euro zaoszczędzone. Za komplet ręczników kazali zapłacić po 9 Euro.

Zaczęłam rozumieć, dlaczego Campingi są takie tanie, a osoby, które na nie jeżdżą mają ze sobą wypchane po dachy samochody.

Dotarliśmy do naszej przyczepy — domku. Jeden z wielu domków, w wielu rzędach i wielu uliczkach… jak nie zapamiętasz numeru to jesteś w czarnej… dziurze. Przyczepa była mniejsza niż nasz salon, ale to jak można upchać trzy sypialnie i salon z kuchnią na takiej powierzchni, zrobiło na mnie wrażenie! W łazience było tak ciasno, że jednocześnie można było korzystać z WC, myć nogi pod prysznicem, a zęby w umywalce. I to wszystko na raz!

Kiedy zsunęłam łóżka w „pokoju” to zorientowałam się, że nie ma miejsca, aby położyć na podłodze plecak. Cały pobyt leżał w kącie łóżka. Gdybym miała dużą walizkę na kółkach to musiałabym ją rozłożyć na podłodze w salonie. Jedna część dotykałaby drzwi wejściowych, a druga szafek kuchni. Przejść by się już nie dało. No ale nic! Ciasnota zaciska więzi między ludźmi. W tym wypadku z sąsiadami, bo czułam się jakbym uczestniczyła w ich życiu. Siedzisz przed domkiem i możesz zajrzeć sąsiadowi w talerz albo włączyć się w rozmowę tych mieszkających naprzeciwko.

No ale nie przyjechaliśmy w to piękne miejsce, aby siedzieć w domku. Zaraz ruszyliśmy promenadą do centrum Peschiera del Garda. Urocze centrum składające się z kilku uliczek i chyba kilkudziesięciu knajpek. Chyba cała okolica zjechała się tu na kolację. Uznaliśmy jednak, że bardziej do naszego campingowego stylu będzie pasował malutki bar z przekąskami w stylu „take a way". Najedzeni kawałkami pizzy i kanapkami popatrzyliśmy na dzieci bawiące się w fontannie, z rozmarzeniem zazdroszcząc im ilości miejsca pod tym miejskim prysznicem.

Pierwszego dnia, zgodnie z obietnicą wybraliśmy się do parku wodnego. Z dostępnych kilku wybraliśmy Gardaland Legoland. Wspaniale opisany jako dostępny tylko dla rodzin z dziećmi i to z ograniczeniem ilości osób (jedno dziecko max 2 rodziców i to do 12 roku życia, potem dzieciaki bawią się same). Zbyt pięknie to brzmiało. Ten park jest częścią dużego kompleksu wesołego miasteczka o nazwie Gardaland więc aby wejść do niego, trzeba kupić bilet do tej lokalnej Energylandii. Na miejscu okazało się, że ów park wodny okraszony budowlami z Lego ma tylko jedną zjeżdżalnię, do której stoi się pół godziny, rwącą rzekę i wodny plac zabaw. Nawet Liwka dość szybko stwierdziła, że nie ma tu co robić.

Dorosłych zdecydowanie więcej niż dzieci, więc chyba zasada opisana na stronie już nie obowiązuje. Po godzinie przepychania się wśród rosłych nastolatków uznaliśmy, że pora stąd uciekać.

Kolejnego dnia postanowiliśmy objechać dookoła jezioro. Objechać to mocno przesadzone słowo, bo trasa biegnąca wokół jeziora to raczej jeden wielki korek. Jeszcze większym wyzwaniem jak się już dotrze do danej miejscowości, jest znalezienie w niej miejsca do zaparkowania. Kiedy te dwa punktu uda się zrealizować, to człowiekowi nie chce się już wysiadać z auta.

W dużym skrócie: większość miejscowości jest do siebie podobna: plątanina ciasnych uliczek, sklepików i knajpek. W każdej jest wiekowy kościół, w co drugiej zamek. Z zamku, a zwłaszcza z jego wieży jest piękny widok na jezioro i góry. Plan był aby zobaczyć jak najwięcej, ale kiedy dojechaliśmy na północ byliśmy już wykończeni i znużeni. Po drodze zatrzymaliśmy się w Torri del Benaco (Deptak, uliczki, zamek) i w Malcesine (Deptak, uliczki, zamek). W Riva del Garda (Deptak, uliczki, zamek) powlekliśmy się tylko na plażę zobaczyć widok na jezioro z jego północnego brzegu.

Na południe ruszyliśmy zachodnią częścią jeziora. Tutaj znajdują się tunele, w których kręcono sceny pościgu Jamesa Bonda w Quantum of Solace. Niestety nasza Kia nie sprostała i nie udało się nam powtórzyć tych szaleńczych wyczynów Bonda.

Zajrzeliśmy także do Cytrynowego Miasta, czyli Limone na zachodnim wybrzeżu (Promenada, uliczki, zamek, cytryny). Wszystko w tym miasteczku jest cytrynowe: jedzenie, picie, ozdoby, ubrania, dekoracje… każdy, kto chce aby jego motywem przewodnim w kuchni była cytryna, powinien obowiązkowo tu przyjechać. Do tego to stolica cytrynowych nalewek (bo jak mi słusznie zwrócono uwagę Limoncello pochodzi z Kampanii)… więc każdy, kto… no sami wiecie.

Ruszyliśmy dalej mając w planach kilka postojów choć czas był już późny bo wszystko to zajęło nam jakieś 7 godzin. I tu bach! Wypadek. Zamiast poruszać się w żółwim tempie, stanęliśmy na ponad godzinę w miejscu. Nie da się tu zrobić objazdu, bo droga jest jedna więc można tylko cierpliwie czekać. Wizja zwiedzenia kolejnego miejsca i zjedzenia kolacji oddalała się niemiłosiernie. W końcu zapadła decyzja, że nie ma się co martwić tym, że zaraz zamkną się restauracje, bo na naszym campie karmią do 23

‼ A tak poważnie, gdyby ktoś nie zrozumiał, że post był z przymrużeniem oka: Garda jest przepiękna, miasteczka są urokliwe i jedno ładniejsze od drugiego. Trzeba się tylko uzbroić w czas i cierpliwość. Zobaczyliśmy mało i mam niedosyt. Następnym razem wzięłabym nocleg także na północy i wolniutko zwiedziła wszystkie miasteczka. Niestety o noclegi w szczycie sezonu nie jest łatwo. Jeżeli marzy się Wam Garda to zaplanuję wyjazd z trochę większym wyprzedzeniem, a jak się da to poza ścisłym sezonem.

Werona: tłumy pod balkonem i miasto do spacerowania

Zwiedzanie Werony zaczęliśmy od Areny. Dotarliśmy pod budynek, który dzisiaj mieści się już w obrębie murów miasta i sąsiaduje z pięknym placem Brà. Wokół ciągnęła się już spora kolejka chętnych do zwiedzania. Za pośrednictwem Internetu kupiliśmy bilety i w ten sposób zaoszczędziliśmy chwilę czasu. Już wejście do środka budynku przenosi człowieka w antyczne czasy… wysokie, sklepione korytarze ciągnące się wokoło areny, przypominają sceny z „Gladiatora”. Całość budynku ma wymiary 138 × 109 metrów, a sama arena 73 x 44 metry.

Kiedy wchodzi się do środka przez antyczną bramę i staje na samym dole, będąc otoczonym z każdej strony 44 rzędami siedzeń to można sobie wyobrazić jak czuli się ci, którzy wchodzili tu na pewną śmierć… 30 tysięcy żądnych krwi widzów… wrażenie niesamowite… Warto wyjść na samą górę, aby zobaczyć jaki widok rozpościerał się z najwyższych miejsc.

Dzisiaj w Arenie wystawiane są przedstawienia operowe. Zdecydowanie chętniej wybrałabym się na piękne przedstawienie niż walkę gladiatorów. Koncert w takiej scenerii – to dopiero musi być niesamowite przeżycie…

Prosto z Areny ruszamy w stronę Domu Julii. Tłumy piętrzą się już na ulicy i w bramie. Każdy chce dostać się na dziedziniec, zrobić zdjęcie słynnego balkonu i pomacać prawą pierś posągu dziewczyny. Przynosi to podobno szczęście. Sama temu uległam i jak głupia stałam w tym tłumie, żeby zrobić sobie popularne zdjęcie. Zdecydowałam się także wejść do środka, aby zobaczyć jak wyglądały werońskie kamienice. W jej wnętrzu odtworzono wystrój arystokratycznego domu z czasów szekspirowskich kochanków. Kilka pomieszczeń rozlokowanych na dwóch piętrach. Największe wrażenie robi sala, w której znajduje się oryginalne łóżko wykorzystane w filmie „Romeo i Julia” reżyserii Franco Zeffirellego.

Jednakże najważniejszą częścią zwiedzania jest wejście na słynny balkon… Mimo tego, że został on dobudowany XX wieku i nie ma nic wspólnego z historią kochanków, to przyciąga on turystów niczym magnez. Aby zrobić sobie na nim zdjęcie, trzeba odstać swoje w kolejce. Pracownicy muzeum pilnują aby każdą sesją nie była dłuższa niż jedna minuta. Ja i Liwka także uległyśmy temu szaleństwu… Ale czemu się dziwić skoro chwilę przed nami jakiś śmiałek uklęknął przed wybranką swego serca i poprosił ją o rękę

Kilka kroków dalej znajduje się Piazza delle Erbe, czyli Plac Ziół. Otoczony jest przepięknymi budynkami i stanowi kwintesencję Werony. Północną stronę placu zajmuje starożytny ratusz Torre dei Lamberti, Dom Sędziów i Domy Mazzanti. Na zachodniej, najkrótszej stronie placu stoi barokowy Palazzo Maffei. Najstarszym zabytkiem placu jest fontanna stojąca na jego środku i zwieńczona posągiem werońskiej Madonny. Cały środek placu zajmują kramy. Nie kupimy już na nich ziół, ale wszelkiej maści pamiątki.

Miłośnicy bazylik i kościołów nie mogą pominąć Bazyliki św. Anastazji. To najważniejsza gotycka świątynia w Weronie. Jej wnętrze jest imponujące. Świątynia była budowana od XIII wieku, a jej fasady do dzisiaj nie ukończono. Nieco mniej powalająca jest Katedra, ale do niej również warto zajrzeć.

W Weronie znajdujemy także świetną restaurację: Trattoria al Pompiere, mieści się ona w uliczce naprzeciwko domu Julii. Ravioli, zupa fasolowa i ryba były wyśmienite. W Weronie niestety wiele knajp ma bardzo niskie oceny i warto wcześniej zerknąć na ich opinie. My trafiliśmy wyśmienicie… na samo wspomnienie robię się głodna.

Podziel się linkiem:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *