15 października, 2026
USA — od zimowego Nowego Jorku po zielone Hawaje
Podróż: podróże w 2024 i 2025 roku.
Nasze Stany Zjednoczone nie mieszczą się w jednym wyjeździe. To zmarznięte dłonie na nowojorskim moście, deszcz w lasach Waszyngtonu, czekanie na otwarcie drogi w Yellowstone i hawajskie kurczaki spacerujące, gdzie im się podoba. Do tego walizki, które czasem podróżują własną trasą.
Nowy Jork zimą: Brooklyn, wiatr i trochę magii
Zimno w Nowym Jorku nie jest fajne. Odbiera radość spacerowania. Jest jak Dementorzy… wysysa pozytywne emocje, potęguje zmęczenie. No ale nie można spędzić czasu w pokoju hotelowym, więc jak co rano naciągam na siebie trzy warstwy ubrań, zawijam się szalikiem, zakładam czapkę i wiedząc, że to i tak nic nie da, ruszam na podbój Nowego Jorku.
Dzisiaj kolej na mosty: Manhattan Bridge i Brooklyn Bridge. Ten pierwszy znany jest z plakatu do filmu „Pewnego razu w Ameryce”. Dzięki niemu brukowana "kocimi łbami” uliczka Washington St., biegnąca pomiędzy wysokimi, ceglanymi budynkami, stała się jednym z popularniejszych ujęć Nowego Jorku. Nie da się więc być w tym mieście i nie zrobić sobie zdjęcia z Manhattan Bridge w tle, a potem nie dodać go na swój Instagram. Taka nowa moda. Żeby zdobyć takie zdjęcie, trzeba się dostać na drugą stronę East River, najlepiej metrem, bo spacer mostem to jednak ponad dwa kilometry w zdecydowanie zbyt silnej ekspozycji na wiatr.
Później wystarczy stanąć na Washington St. i zaczekać aż dziesiątki osób, które wpadły na ten sam pomysł, wyjdą nam z kadru.
Deptak między mostami Manhattan i Brooklyn to także bardzo popularne miejsce z filmowych ujęć. Ileż to razy widzieliśmy na szklanym ekranie spacerujące pary, które miały za plecami rzekę, most i widok na Manhattan. To właśnie stąd pochodzą te sceny. Zimno nie pozwala się jednak delektować tym widokiem, więc szybko idziemy skorzystać z kolejnej atrakcji: karuzeli. Na szczęście ktoś wpadł na mądry pomysł i umieścił ją w przeszklonym budynku. Za jedyne 2$ można pojeździć na koniku, Liwka jest przeszczęśliwa. Ja mam chwilę żeby odtajać.
Na Manhattan wracamy już Brooklyn Bridge. Spacer należy do mało przyjemnych, bo zacinający, lodowaty wiatr jest okropny. Chyba jeszcze nigdzie mnie tak nie „wypiździło”. 30-minutowe przejście z jednego na drugi brzeg, było drogą przez mękę. Zastanawiałam się, czy wyglądam niczym himalaista na ośmiotysięczniku z soplami zwisającymi z brwi i nosa… no dobra, o moście miało być: ma 1834 metry długości. Jest jedynym ze starszych tego typu mostów na świecie. Otworzono go w 1883 roku, a to oznacza, że jak na tamte czasy był prawdziwym cudem architektury. Budowano go 13 lat. Podobno przy jego budowie zginęło 30 osób. Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć jak wygląda zniszczenie Mostu Brooklinskiego to scena taka znajduje się w filmie Godzilla.
A i najważniejsze: przejście z jednego jego końca na drugi zajmuje jakieś 30 minut. Z radością z niego schodzę i współczuje wszystkim, którzy mnie mijają… oj nie wiedzą jakie zimno czeka ich na środku rzeki.
Może i wstyd się przyznać, ale to nie Flatiron był moim celem, ale znajdujący się zaraz za nim sklep… Harry’ego Pottera. Kolejny mały „disneyland” w sercu Nowego Jorku. Bajka… zaraz po przekroczeniu magicznych drzwi trafia się do knajpy, w której można wypić Piwo Kremowe! Zostawiamy to jednak na koniec i przenosimy się w świat czarodziejów.
Można tu obejrzeć i kupić różdżki każdego z bohaterów, ich stroje, jedzenie pojawiające się w filmach (są czekoladowe żaby i fasolki wszystkich smaków) i wszelkie możliwe gadżety związane w Harrym Potterem. Tak więc, jak ktoś ma ochotę wyjść z miotłą, tiarą przydziału, złotym zniczem czy figurką Zgredka, to nic prostszego. Ja kupuje drugą część Harry’ego Pottera w chyba najpiękniejszym wydaniu (pierwszą kupiłam w Porto).
Na koniec spaceru po tym magicznym miejscu siadam przy kufelku piwa kremowego (ang. Butterbeer). Znany z „Harry’ego Pottera” napój jest uwielbiany przez uczniów Hogwartu. W rzeczywistości jest on napojem, który ciężko do czegoś porównać… jest pienisty, lekko gęstawy, słodki, pokryty pianą o aksamitnej i ciężkiej konsystencji.
- Stany Zjednoczone — Nowy Jork zimą: Brooklyn, wiatr i trochę magii.
- Stany Zjednoczone — Nowy Jork zimą: Brooklyn, wiatr i trochę magii.
- Stany Zjednoczone — Nowy Jork zimą: Brooklyn, wiatr i trochę magii.
Nowy Jork z góry i ostatni spacer
Na Nowy Jork chcieliśmy popatrzeć także z góry. Wybraliśmy SUMMIT One Vanderbilt — miejsce, w którym panoramie miasta towarzyszą lustra i zabawa odbiciami.
Największe wrażenie robi na Liwce sala, w której latają wypełnione powietrzem kule, są leciutkie i dzięki wstawionym w pomieszczeniu nawiewom, unoszą się pod sufitem. Jest fun! Do tego są także balkony wysunięte poza obręb budynku, na których można zrobić sobie zdjęcia. Niestety każdy ma na to tylko 30 sekund, choć dzięki temu w kolejce stoi się tylko 15 minut. Niesamowite wrażenie robi miasto, które ma się pod stopami i świadomość, że od ziemi dzieli nas 391 metrów. Dla mnie bomba, ale nie polecam jednak tym, którzy mają lęk wysokości. Na koniec można wypić drinka w barze i wyjść na zewnętrzny teras, aby poczuć trochę lodowatego powietrza.
Dla zainteresowanych: pamiętajcie, że można iść tylko w jednym kierunku i cofanie się jest niemożliwe. Nie zostawiajcie więc kurtek w pierwszej sali z nadzieją, że za chwile po nie wrócicie. Można to zrobić tylko pod wkurzonym spojrzeniem ochrony. (73 – 75 piętro i 391 metrów nad ulicami Manhattanu)
Kiedy już napatrzyliśmy się na miasto z góry, wybraliśmy się na Dworzec Kolejowy Grand Central żeby pokazać Liwce, gdzie zwierzaki z Madagaskaru odnalazły Marty’ego. Grand Central ma największą ilość peronów na świecie bo aż 44! Pojawił się nawet pomysł, aby przejechać się pociągiem, ale przełożyliśmy to na następny raz.
Za to zrobiliśmy to czego nie udało się w 2019 roku, czyli usiedliśmy w Pershing Square. Ten lokal znajdujący się dokładnie na wprost wejścia do Grand Central. Jest on tłem w wielu filmach kręconych w Nowym Jorku (m.in. Diabeł ubiera się u Prady, Zaczarowana, Szklana Pułapka czy Ultimatum Borna). Co tu dużo mówić wreszcie zjadam dobre, nowojorskie śniadanie… to „podawane” w hotelu nie zalicza się do wartych uwagi, przebija nawet to paryskie, serwowane w czasie mojego urodzinowego wyjazdu. Tu jest pysznie i po amerykańsku. Najedzeni ruszamy w stronę Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, która okazuje się być… zamknięta.
I to w zasadzie jedyny punkt planu, którego nie udało się nam zrealizować przez cały nasz okres pobytu w Nowym Jorku.
Zamiast biblioteki pojawił się pomysł przejazdu kolejką linową na wyspę Roosevelta. To wyspa znajdująca się pomiędzy Manhattanem a Queens, ma raptem 3 km długości i 240 metrów szerokości. Kiedyś zamieszkiwały ją plemiona indiańskie, później była idealnym miejscem odosobnienia dla zaraźliwie chorych, dziś jest modnym i nieco snobistycznym miejscem ze świetnym widokiem na Manhattan. Największą jednak atrakcją jest przejazd kolejką linową pomiędzy 2 Aleją a wyspą. Wagoniki jeżdżą co paręnaście minut, a podczas kilkuminutowego przejazdu można podziwiać Nowy Jork. Wyspa Roosevelta to bardzo fajne miejsce na relaks i spacer, polecam zwłaszcza w ciepłe dni.
Tak naprawdę na tym kończymy nasz ostatni, szósty dzień pobytu w Nowym Jorku. Wracamy do hotelu i przyznam szczerze, że jestem zmęczona, zmęczona fizycznie… mamy w nogach już ponad 100 km, ogrom zwiedzania, oglądania, pokonywania tych samych ulic i alei, schód do metra i z metra… Kiedyś się tak nie czułam, ale chyba dopada mnie jakieś nieznane mi wcześniej zmęczenie… kiedy tak nad tym myślę, dociera do mnie pytanie Liwii: mamo, ale obiecałaś mi łyżwy w Central Parku, pójdziemy jutro. Odpowiedziałam tylko: tak pójdziemy córeczko, zdążymy jeszcze przed wylotem…
No i pomyślałam, że w sumie nie ma się co nad sobą użalać tylko cieszyć się tym, że nogi bolą od chodzenia po Nowym Jorku, a nie Nowej Hucie… (choć i tę ogromnie lubię).
- Stany Zjednoczone — Nowy Jork z góry i ostatni spacer.
- Stany Zjednoczone — Nowy Jork z góry i ostatni spacer.
- Stany Zjednoczone — Nowy Jork z góry i ostatni spacer.
Stan Waszyngton: las, wodospad i ślady Zmierzchu
Dzień zaczynamy od spaceru nad wodospad Marymere Falls, który znajduje się w pobliżu jeziora Crescent. Ranek wita nas słońcem i naprawdę zachęcającą pogodą. No i informacją o zaćmieniu słońca, które ma mieć miejsce tego dnia. Zanim wysiądziemy z samochodu, pogoda zmienia się diametralnie, słońce znika i zaczyna padać. Czego się jednak spodziewać po najbardziej deszczowym zakątku USA?
Spacer wśród bujnej zieleni wieńczy widok na niewielki wodospad ukryty w głębi lasu. Trasa jak po dywanie z mchu i paproci, pod olbrzymimi drzewami jest naprawdę przyjemna. W jedną stronę zajmuje nam około 30 minut. Trasa nie jest ani trudna, ani wymagająca, miejsce idealne na spacer z dzieckiem. W bonusie można przyjrzeć się krystalicznie czystym wodom jeziora Crescent.
Ruszamy dalej, po drodze mamy miejscowość FORKS. Nie da się jej nazwać inaczej niż „dziura zabita dechami”. Miasto iście depresyjne, skąpane w strugach deszczu… i nikt by o tym miejscu nie usłyszał, gdyby nie to, że Stephanie Mayer postanowiła właśnie tu umieścić akcje „Sagi Zmierzch”.
Wita nas dokładnie ta sama tablica z napisem „Welcome Forks”, która witała wjeżdżającą do miasteczka Belle. Opisany w książce dom jej ojca wygląda dokładnie tak samo, jak jedna z nieruchomości w Forks. Podobnie z domem, w którym mieszka rodzina Cullenow. Jest też szpital, szkoła, ulubiona knajpa Belli i jej ojca, posterunek policji. Wszystkie te miejsca opisane przez Meyer, mają swoje odpowiedniki w rzeczywistych lokalizacjach. Jednak na potrzeby ekranizacji filmowej wykorzystano miejsca znajdujące się w Portland, a nie w Forks. Na koniec, już przy wyjeździe z miasteczka można stanąć przy samochodach Belli — jeden jest opisany w książce, drugi wykorzystany w filmie.
Dla kogoś, kto zna „Sagę Zmierzch” i ma do niej sentyment, zobaczenie miejsc opisanych w książce to naprawdę fajna sprawa. Już teraz wiem, że przyjazd do pochmurnego, deszczowego i nudnego Forks to naprawdę spora zmiana w życiu bohaterki. Już wiem, dlaczego właśnie tu zaszyło się stado wampirów i na czym polegały ich pakty z plemieniem Quileute. Rozumiem już także, dlaczego tak mocno zafascynowały ją te krwiożercze bestie… w nudnym i mokrym Forks lepiej zaprzyjaźnić się z wampirami niż umrzeć z nudów.
Odwiedziny Forks i La Push były dla mnie takim bonusem bowiem głównym naszym celem był las deszczowy w Parku Olimpia, a w nim trasa o nazwie: Hall of Mosses Trailhead. Zresztą tutaj także kręcono część scen do „Sagi Zmierzch". Średnia roczna ilość opadów w tym miejscu to 3,55 metrów czego efektem jest wiecznie zielony las pokryty mchem i paprociami. Byłam już w lasach deszczowych, ale nigdy w tak chłodnym rejonie.
Jedno można o tym miejscu powiedzieć: jest magiczne. Stary drzewostan jest prawie całkowicie pokryty mchem i paprociami. Zwalone, olbrzymie drzewa stanowią podstawę kolejnych roślin. Trasa jest prosta i krótka, ale pada tak intensywnie, że na spacer idziemy we dwie. Ubrana w dodatkową kurtkę przeciwdeszczową czuję się trochę jak pod prysznicem. Na szczęście widoki tak mnie absorbują, że szybko zapominam o lejącej się z góry wodzie. Powiem tak: to miejsce jest przepiękne.
- Jezioro Crescent podczas podróży po stanie Waszyngton.
- Stany Zjednoczone — Stan Waszyngton: las, wodospad i ślady Zmierzchu.
- Stany Zjednoczone — Stan Waszyngton: las, wodospad i ślady Zmierzchu.
- Stany Zjednoczone — Stan Waszyngton: las, wodospad i ślady Zmierzchu.
Twin Peaks: kawa, wodospad i znajome kadry
Twin Peaks było kręcone w niewielkim miasteczku o nazwie: North Bend oraz z sąsiadującym z nim Snoqualmie, w stanie Waszyngton. Tak naprawdę tylko pierwszy odcinek powstał w tych miejscach. Reszta produkcji została odtworzona w studio. Jednak tyle wystarczy, aby w te miejsca zjeżdżali się fani serialu, Davida Lyncha i jego bohaterów.
Zaczynamy zwiedzanie od wodospadu Snoqualmie Falls. Miejsca, które pojawia się w czołówce serialu. To jeden z piękniejszych wodospadów całego stanu. Nad nim znajduje się hotel: Salish Lodge & Spa, który w serialu występuje jako: The Great Northern. To w nim przez cały czas trwania akcji mieszka agent Cooper. Wodospad, nad którym znajduje się hotel jest naprawdę spory ale jeszcze większe wrażenie robi siła i głośność, z jaką woda spływa w dół.
Zaraz po zobaczeniu wodospadu jedziemy pod biuro szeryfa Trumana. W serialu gra je parterowy budynek, w którym obecnie mieści się centrum sportów motorowych i tor samochodowy. Sam budynek nic się nie zmienił, brakuje mu tylko szyldu i kamienia z tabliczką, którą możemy zobaczyć w serialu. Wnętrze, mimo że przerobione pod potrzeby współczesnej firmy, nadal nosi cechy wyglądu biura szeryfa. Ściany pokryte boazerią, recepcja, w której siedziała serialowa Lucy, sale, w których odbywały się narady i przesłuchania. Wita nas bardzo miła recepcjonistka, która wcale nie jest zaskoczona naszą wizytą i nie dość, że pozwala nam się spokojnie rozejrzeć to jeszcze prowadzi do jednej z sal konferencyjnych, która pojawia się w serialu.
Bonusem jest małe muzeum motoryzacji, które jest stworzone w budynku „DirtFish”.
Tor samochodowy sąsiaduje z pozostałościami budynków, które w serialu zagrały tartak Pacardow. Niewiele się tego ostało, ale każdy rozpozna wysoki komin, który przewija się w serialowych ujęciach.
Niedaleko tartaku można odnaleźć most Reining, jest to dawny kolejowy przejazd. Dzisiaj nie ma już na nim torów, a nawierzchnia została utwardzona. W pilocie serialu jest taka scena, kiedy do domu wraca Ronette Pulawski. Przechodzi przez most w poszarpanej i zakrwawionej jasnej sukience. Kiedy dzisiaj wchodzi się na most, to ma się wrażenie, że nic się tu nie zmieniło… nawet atmosfera jest jakaś złowroga. To miejsce samo w sobie jest jakieś mroczne i przerażające.
Wjeżdżamy do North Bend. Niczym niewyróżniającego się amerykańskiego miasteczka. Niczym, poza „złem czającym się w lasach”. Przy głównym skrzyżowaniu stoi knajpa świetnie znana miłośnikom Twin Peaks. Lokal o nazwie "Twede’s Café" w serialu nazywa się „Double R Dinner” i serwuje przepyszną kawę oraz wspaniałe ciastko z wiśniami. Naszym zdaniem ani kawa, ani ciastko nie powalały smakiem. Wystrój jest dokładnie taki jak w serialu: czerwone kanapy i stołki barowe, podłoga w szachownicę, bar na środku, nawet kelnerka roznoszące kawę w dzbanku wygląda jak wyjęta z serialu. Na jednej ze ścian można znaleźć zdjęcia związane z serialem.
Jest jeszcze jedna perełka: na tyłach baru znajduje się mural z tabliczka: „Welcome to Twin Peaks” i to jedyna taka tabliczka, jaką możemy znaleźć w North Bend… resztę trzeba wypatrzeć w serialu.
- Stany Zjednoczone — Twin Peaks: kawa, wodospad i znajome kadry.
- Stany Zjednoczone — Twin Peaks: kawa, wodospad i znajome kadry.
Yellowstone: zmiana planu i czekanie na otwarcie
Największy problem, jaki stanął przed nami w związku z tym wyjazdem, był fakt, że Yellowstone, jak większość Parków Narodowych w północnych Stanach, jest otwarty sezonowo! Dokładnie tak! Między listopadem a przełomem maja i kwietnia wjazd do niego jest niemożliwy! Było to dla mnie o tyle dziwne, że nie znajdowałam racjonalnych powodów takiej decyzji. Wszędzie gdzie próbowaliśmy się dowiedzieć, jakie są możliwości zwiedzania parku „zimą”, dowiadywaliśmy się, że ŻADNE!
Jedyne co nam pozostało, to przejechanie z miejscowości Mammoth Hot Springs (brama od północy Yellowstone) jedyną otwartą drogą, która prowadzi górną częścią parku aż do miejscowości Tower Junction. Taka namiastka Yellowstone… trochę jak lizanie lizaka przez papierek. Wszystkie najpiękniejsze miejsca takie jak Grand Canyon czy słynne gejzery i gorące źródła, czy wulkany błotne pozostawałyby nadal poza naszym zasięgiem…
Ale jak to się mówi: lepsze to niż nic! Aby dojechać do Parku Yellowstone z Seattle, trzeba pokonać 1271 km. To jakieś 13 godzin jazdy. Byliśmy tak zdeterminowani chęcią zobaczenia tego miejsca, że stało się ono głównym celem tego wyjazdu. I tak: 14 kwietnia stanęliśmy przed bramą parku…
I tu stała się rzecz, która całkowicie i momentalnie zmieniła nam plany: uprzejma Pani, będąca pracownikiem parku poinformowała nas, że zachodnia brama i dojazd do wielkich gejzerów, będą otwarte 19 kwietnia!!! Za 5 dni będziemy mogli wjechać do serca parku! W kilka chwil zmieniamy plan wyjazdu tak, aby te 4 dni jakoś fajnie i racjonalnie wykorzystać. I pełni radości jedziemy zobaczyć Mammoth Hot Springs.
Miejsce jest piękne i naprawdę daje przedsmak Yellowstone. Tutaj kończy się zima, miejscami leżą jeszcze ogromne czapy śniegu, w zacienionych miejscach zimą jeszcze walczy z wiosną. Mniejsze jest niesamowite, piękne, nieco kosmiczne… drewnianymi kładkami spaceruję się obok spływającej po tarasach wody, niebieskich jeziorek, obłoków pary… tylko ten zapach zepsutych jajek nieco psuje cały ten urok…
Ruszamy na następny dzień w stronę Dakoty Południowej zobaczyć Devils Tower i słynne głowy prezydentów (o tym już było), aby objechać Yellowstone od południa i wjechać do niego wschodnią bramą w dniu jego otwarcia…
- Stany Zjednoczone — Yellowstone: zmiana planu i czekanie na otwarcie.
- Stany Zjednoczone — Yellowstone: zmiana planu i czekanie na otwarcie.
- Stany Zjednoczone — Yellowstone: zmiana planu i czekanie na otwarcie.
- Stany Zjednoczone — Yellowstone: zmiana planu i czekanie na otwarcie.
Wreszcie Yellowstone: gejzery i sześć godzin zachwytów
Dawno, dawno temu… 19 kwietnia 2024 roku o godzinie 10:00, czyli zaraz po otwarciu, przekroczyliśmy bramy parku Yellowstone. Ta radość i głos w środku mówiący „udało się!”. Dla przypomnienia: park ma powierzchnię prawie 9000 km kwadratowych i jest zamknięty przez połowę roku. Później stopniowo otwierany, w zależności od warunków pogodowych. W dniu naszego przybycia otwarty został tylko dojazd do gejzerów i Grand Kanion. Przez park prowadzą asfaltowe drogi, którymi można dotrzeć do mniejszych lub większych atrakcji.
Ruszamy od razu w stronę Old Faithful — chluby tego parku. Utarło się myśleć, że jest to największy gejzer, ale tak naprawdę sławę zyskał z powodu swojej punktualności. Wybucha 17 razy na dobę, co półtorej godziny i z dokładnością do parunastu minut. Dookoła gejzeru zrobione są podesty i ławki, aby spokojnie i wygodnie móc obejrzeć to widowisko. My niestety docieramy zbyt wcześnie i do kolejnego wybuchu mamy 45 minut. Siadamy na jednej z ławek i po krótkiej chwili okazuje się, że robi nam się okropnie zimno. Zawijamy się we wszystkie koce, jakie mamy w aucie. Liwka dostaje dodatkową kurtkę, ale nic nie pomaga. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy nie było mi aż tak zimno.
Mimo pięknej, słonecznej pogody wydaje mi się, że jest jakieś -20 stopni. Kiedy człowiekowi zimno to czas dłuży się niemiłosiernie, a ten gejzer nic a nic nie chce wybuchnąć wcześniej… Punktualny jak diabli!
I nagle zaczyna się… w gore wznosi się chmura… dymu. No ej! – myślę. To tak ma to wyglądać? A gdzie słynny słup wody? Zmarznięta jestem tak, że ledwo utrzymuje aparat w ręce i mam się zadowolić słupem śmierdzącego dymu? Człowiek sam przed sobą nie chce się przyznać, że jest rozczarowany… no ale dym opada i można biec do samochodu się zagrzać.
Ekipa zostaje w aucie, a my z Nadzieją (odziane w dodatkową warstwę ciut za dużego ubrania) idziemy zobaczyć teren za Old Faithful, czyli tzw. Górny Basen Gejzerów (Upper Geyser Basin). Drewniana kładka prowadzi wokół mniejszych i większych gejzerów, bulgotek (jak to mówi Liwia, czyli dziur, w których bulgocze gotującą się woda) i gorących, parujących źródeł. Wszystko to okraszone wszelkimi kolorami tęczy. Widok cudowny i kosmiczny. Niestety zdjęcia w żaden sposób nie oddają uroku i niespotykanego gdzie indziej takiego piękna.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że spacer zajął nam dokładnie tyle ile przerwa między jednym a drugim wybuchem Old Faithful i kiedy dochodzimy pod parking, ludzie zaczynają się już zbierać na kolejny pokaz. Tym razem jednak znajdujemy się od innej strony gejzeru i oczom naszym ukazuje się wysoka kolumna wody wystrzeliwująca w górę. Cały dym zaś leci w stronę, gdzie wcześniej siedzieliśmy. Tym samym mamy okazję zobaczyć nie tylko kłęby pary, a to o co tyle się rozchodzi: prawdziwy wybuch gejzeru.
Old Faithful to ostatni punkt, do którego można dotrzeć w otwartej części parku. W stronę południowa droga jest zamknięta. Jedziemy więc w stronę, z której przyjechaliśmy, robiąc kolejne postoje przy obszarach geotermalnych. Jednym z nich jest Black Sand Basin, a następnym Środkowy Basen Gejzerów (Midway Geyser Basin). Jego gwiazda jest mieniący się wszystkimi kolorami Grand Prismatic Spring o średnicy 113 metrów. Tutaj także czeka nas spacer drewnianymi kładkami. Miejsce jest naprawdę przepiękne mimo tego, że folderowe widoki olśniewających kolorów jakoś umykają naszym oczom.
Zwiedzanie tych trzech obszarów geotermalnych zajmuje nam aż… sześć godzin. Trasa przejazdu to tylko 100 km. Jest zbyt późno, aby jechać dalej. Decydujemy się wracać do West Yellowstone i zjeść najlepsze ponoć żeberka w mieście, a potem pozwolić dzieciakom popływać w basenie.
Największe rozczarowanie tego dnia — żadnego napotkanego niedźwiedzia.
- Stany Zjednoczone — Wreszcie Yellowstone: gejzery i sześć godzin zachwytów.
- Stany Zjednoczone — Wreszcie Yellowstone: gejzery i sześć godzin zachwytów.
- Stany Zjednoczone — Wreszcie Yellowstone: gejzery i sześć godzin zachwytów.
Hawaje: zielone Kauai, kury i własne tempo
Jesteśmy na Hawajach… a dokładnie na wyspie Kauai. Pierwszy raz od bardzo dawna nie mam ani krztyny weny do pisania… trochę to jakby utrata sensu. Źle mi z tym i dziwnie. To przecież relacjonowanie podróży nadawało im większego sensu…
Kauai nie jest duże, ale jest zakorkowane. Nie da się też go objechać dookoła, bo północno-zachodnia część wyspy zajmuje Nã Pali Coast, czyli najpiękniejsze miejsce całych Hawaii. Wybrzeże pionowych klifów porośniętych bujną zielenią… kto oglądał Jurassic Park, King Konga lub Lost ten wie, o czym piszę. Nã Pali jest niedostępne do zwiedzania samochodem. Można je podziwiać pieszo (dość wymagającymi trasami), oglądać z wody lub z powietrza. Poza pierwszym sposobem, który wymaga czasu i kondycji, dwa pozostałe wymagają tylko odpowiedniej ilości pieniędzy.
Hawaje są drogie… nawet dla Amerykanów. Ostatnio obejrzałam serial „Biały Lotos”, który rozgrywa się w hotelu na wyspach i jeden z bohaterów mówi do nowo poślubionej żony: „Twoja matka by tu do nas nie przyjechała, nie stać jej na to”. Właśnie takie są Hawaje. Drogie nawet dla lokalsów. Zamiast w restauracjach, je się tu w food truckach, na zakupy jedzie do jedynego na wyspie Walmartu, a rozrywką jest korzystanie ze sportów wodnych.
Hawaje i Polskę dzieli równe 12 godzin różnicy. Tutaj, kiedy to pisze jest 4 nad ranem. W Polsce 16:00 i zaczyna się właśnie długi weekend majowy… nasze organizmy nie odnajdują się w tej strefie czasowej. Pierwszy dzień to frajda dla dzieciaków, czyli basen. Niebo pokrywa ciężka warstwą chmur… już za kilka godzin dowiemy się boleśnie, że słońce tutaj spala błyskawicznie i bez żadnych skrupułów.
Kauai to wyspa ogrodów i kur… ogrody, a w zasadzie zieleń to skutek wilgotnego klimatu, zawieszonych nad szczytem wyspy chmur i ciągłych opadów. Wyspa to szczyt wybrzuszonej i zastygłej lawy. Cały ten proces zadział się, kiedy na świecie rządziły tygrysy szablozębe, a pierwsi ludzie pojawiali się na terenie Afryki.
Na Kauai jest już spokojnie… tysiące lat wiatrów, deszczy, osuwisk sprawiło, że powstał tu przepiękny dla oka krajobraz. Centrum wyspy to szczyt góry… tak naprawdę, gdyby policzyć jej wysokość od podstawy to jest ona wyższa od Mount Everest. Zatrzymuje on wilgotne wiatry znad oceanu, co powoduje silne opady… i tak Właśnie Kauai jest jednym z bardziej deszczowych miejsc na świecie. Plusem tego jest nieziemska i soczysta roślinność. Znajdziemy tu kwiaty, drzewa i krzewy, które nigdzie indziej nie występują.
A dlaczego Kauai to wyspa kurczaków? Niczym w Indiach krowy, tu wszędzie można znaleźć kury i koguty. Spacerują po trawnikach, parkingach, plażach, ulicach… same, w stadach, z małymi kurkami… są na kubkach, koszulkach, magnesach… nie ma dzikich psów, jedyny kot, jakiego spotkaliśmy leżał martwy na środku ulicy, węże tu nie istnieją… za to są kury…
Spędzamy na Kauai dwa pełne dni… nie jest to wiele, ale mamy plan wrócić tu przed samym wylotem. Zobaczyliśmy kilka plaż, przepiękny „Wielki Kanion Pacyfiku” i miasteczko, w którym osadzono akcje animowanego „Lilo i Stich”
Za to Kokaua Town, czyli miejsce, w którym mieszka Lilo to dziura jakich mało. W rzeczywistości nazywa się Hanapepe. O dziwo mieszkańcy nie zbijają fortuny dzięki Disneyowi, a wręcz odnosi się wrażenie, że Stitch nieco ich uwiera… kilka średnich murali, dwa sklepy z gadżetami z bajki, widzący, drewniany most (pewnie wisiałby tu nawet bez animacji) to wszystko, co można tu znaleźć. W tym braku czegokolwiek Liwką odnajduje swojego pluszaka i radość dzieciństwa…
- Stany Zjednoczone — Hawaje: zielone Kauai, kury i własne tempo.
- Stany Zjednoczone — Hawaje: zielone Kauai, kury i własne tempo.
- Stany Zjednoczone — Hawaje: zielone Kauai, kury i własne tempo.
- Kolorowe Hanapepe.
Pearl Harbor: dzień, który trudno porównać z plażowaniem
Na miejscu jesteśmy po 10:00. Parking jest oczywiście płatny. Mamy wykupione bilety upoważniające nas do zwiedzenia całej wystawy. I tutaj trzeba pamiętać, że zwiedzanie składa się z dwóch części: pierwsza to USS Arizona Memorial. Odwiedza się go bezpłatnie, ale trzeba mieć wejściówkę umożliwiającą wejście na statek, który nas do niego zabierze.
Zwiedzanie zaczynamy od zdobycia wejściówki na łódź, która zawiezie nas pod Memoriał. Jest mało ludzi, więc od razu ją dostajemy. W sezonie turystycznym trzeba czekać na nie nawet kilka godzin. Oczywiście można je zdobyć online, ale to też nie jest proste — znikają błyskawicznie. System działa jednak dobrze: wpisujesz swoje dane na tablecie i otrzymujesz SMS-a z potwierdzeniem rejestracji. Kolejny SMS przychodzi, gdy mamy stawić się w kolejce na łódź. Czas oczekiwania na swoją kolej można przeznaczyć na zwiedzanie. Tak też robimy…
Przy nabrzeżu znajduje się łódź podwodna USS Bowfin (tu już potrzebny jest bilet). Jak to z łodziami podwodnymi — jest ciasno, ciasno i jeszcze raz ciasno. I zapach jest specyficzny… jakby połączenie oleju, smarów, wilgoci i klaustrofobii. Już przy schodzeniu pod pokład ogarnia mnie panika. Nie dałabym rady służyć na żadnym z okrętów — ani nadwodnym, ani podwodnym. Przejścia są wąskie, wszystko ściśnięte, łóżka jak dla krasnoludków, w środku duszno… Nie umiem sobie wyobrazić, jak ci marynarze tu funkcjonowali. Przecież to jak dać się zamknąć w puszce i jeszcze zanurzyć pod wodą.
Kiedy kończymy zwiedzanie, wybija nasza pora transportu pod Memoriał. Wsiadamy do łodzi kierowanej przez US Navy w białych mundurach. To ich miejsce bowiem Zatoka to wody wojskowe więc to marynarze obsługują rejsy. W kilka minut dopływamy pod pomnik. To biała konstrukcja na środku zatoki. Pod nią znajduje się wrak USS Arizony — zatopionego pancernika, który nigdy nie został wydobyty. To miejsce pochówku ponad 1000 żołnierzy. Budynek jest prosty, a jego lekko zapadnięta konstrukcja symbolizuje upadek. Siedem przęseł symbolizuje siódmy dzień grudnia. Przez otwór w podłodze można zobaczyć fragmenty pancernika znajdujące się tuż pod powierzchnią wody.
Zatoka ma tutaj około 13 metrów głębokości, sam pancernik miał około 40 metrów wysokości i 9 metrów zanurzenia — to pokazuje, jak bardzo został zniszczony, by całkowicie zniknąć pod wodą. I to w zaledwie 9 minut!
USS Arizona Memorial to cmentarz na wodzie… Tutaj ludzie oddają hołd poległym. Tu wrzucają kwiaty, tu pochylają się nad historią, z której i tak mało kto wyciąga wnioski. Patrząc na ścianę z nazwiskami 1177 żołnierzy, robi się smutno… W kilka minut, dla chęci zdobycia władzy nad oceanem, rozegrała się tu tragedia kilku tysięcy rodzin…
Zwiedzanie trwa dosłownie kilka minut. Nie ma tu nic, co miałoby odciągać uwagę od celu tego miejsca. Obok, nad budynkiem Memoriału, majaczy sylwetka innego pancernika — USS Missouri. Zwodowany w 1944 roku, nie był obecny w Pearl Harbor w czasie ataku. Uczestniczył jednak w innym, ważnym wydarzeniu — to na jego pokładzie Japończycy podpisali akt ostatecznej kapitulacji, co zakończyło II wojnę światową. Tym samym historia spina się w klamry: USS Arizona jako grób i symbol rozpoczęcia wojny dla Amerykanów — leży na dnie oceanu. USS Missouri, wznoszący się w słońcu, to symbol jej zakończenia. Nikt tak jak Amerykanie nie potrafi bawić się symbolami.
- Stany Zjednoczone — Pearl Harbor: dzień, który trudno porównać z plażowaniem.
- Stany Zjednoczone — Pearl Harbor: dzień, który trudno porównać z plażowaniem.
- Stany Zjednoczone — Pearl Harbor: dzień, który trudno porównać z plażowaniem.
- Widok na pancernik Missouri.
- Manhattan oglądany z Summit.
- Kolejka na wyspę Roosevelta.
- Las porośnięty mchem w Olympic National Park.
- Geotermalny krajobraz Yellowstone.
- Kolory gorących źródeł i unosząca się para.
- Palmy i tęcza na Kauai.
- USS Arizona Memorial w Pearl Harbor.
































