Zamknij

Uganda — goryle, wodospady i samochód, który miał własne plany

Zebry podczas safari w Lake Mburo.

Podróż: listopad 2023.

Uganda miała być przygodą. I była. Tylko nie ustaliliśmy wcześniej, ile przygód zmieści się w jednym dniu. Były więc goryle w zielonej gęstwinie, hipopotamy obok domku, wodospady i nasze Toyoty, które najwyraźniej też chciały mieć coś do powiedzenia w sprawie planu podróży.

Równik i safari, którego nie było w planie

Zaczęło się w Entebbe, od nocnego przylotu i szukania noclegu. Potem przyszła pora na jazdę po lewej stronie, pierwsze spotkanie z ugandyjskimi drogami i przystanek na równiku. Liwka mogła przeskakiwać z jednej półkuli na drugą. Niby kilka kroków, a jaka wielka podróż!

W drodze nad jezioro Bunyonyi zatrzymaliśmy się przy Lake Mburo. Tego postoju wcześniej nie planowaliśmy, a okazał się jednym z tych pomysłów, za które warto sobie potem podziękować. Widok z Hyena Hill Lodge, czerwone drogi i safari z zebrami, żyrafami, antylopami oraz bawołami. Nie trzeba było odhaczać kolejnych zwierząt, żeby cieszyć się samym byciem w tym krajobrazie.

Bunyonyi i spotkanie z gorylami

Nad Bunyonyi były wyspy, łódka i piękne widoki. Była też awaria samochodu, która przedłużyła nasz pobyt. Kiedy część ekipy pływała po jeziorze, Wojtek zajmował się autem. Naprawa nie chciała się skończyć tak szybko, jak sobie wymyśliliśmy. Cóż, podróżowanie na własną rękę obejmuje również atrakcje, których nikt nie umieszcza w folderach.

Do Bwindi dotarliśmy po tych samochodowych negocjacjach z losem. W Rushaga ruszyliśmy tropem rodziny goryli Busingye. Było stromo, zielono i męcząco. A potem pojawiły się one. Potężny samiec, samice, młode — zajęte swoim światem, podczas gdy my próbowaliśmy zapamiętać każdą chwilę. Godzina minęła zdecydowanie za szybko. W drodze powrotnej nogi przypomniały o wysiłku, ale w głowie wciąż były goryle.

Po takim spotkaniu nawet kolejna przygoda z kołem nie była w stanie zepsuć dnia. Chociaż mogłaby sobie jednak znaleźć inny termin.

Lwy nie pracują według naszego rozkładu

W Ishasha szukaliśmy lwów odpoczywających na drzewach. Oglądaliśmy gałęzie, sawannę, słonie i hipopotamy. Lwów nie było. Można przejechać kawał świata i nadal nie dostać tego jednego zdjęcia, na które człowiek tak liczy. Przyroda ma do tego pełne prawo.

Kolejne podejście zrobiliśmy w rejonie Kasenyi. Poranek rozpoczęły hipopotamy spacerujące przy naszym noclegu, a safari urozmaiciła ulewa. Dopiero podczas następnego wyjazdu zobaczyliśmy lwa przy drodze. Prawie go minęliśmy! Lampart pozostał na liście życzeń.

Z Queen Elizabeth zapamiętałam też słonia, który po ciemku przeszedł nam przed maską między zabudowaniami, oraz prysznic pod gołym niebem. Bliskość natury miała tutaj bardzo dosłowne znaczenie.

Woda z góry, z dołu i na drodze

Nie wszystkie pomysły udało się zrealizować. Do szympansów w Kibale nie weszliśmy — zabrakło wcześniejszej rezerwacji. Za to Murchison Falls wynagrodziły nam sporo. Huk wody i unosząca się nad nią mgła robiły takie wrażenie, że przez chwilę trudno było myśleć o czymkolwiek innym.

Na koniec zostało Sipi. Deszcz początkowo skutecznie zniechęcił mnie do spaceru, ale kiedy Liwka wróciła ubłocona i zachwycona, trudno było dalej udawać, że siedzenie pod dachem jest lepszym planem. Wodospady, kawowa plantacja, śliskie ścieżki i samochód, który znów potrzebował odrobiny pomocy. Uganda do końca trzymała swój poziom przygody.

Podziel się linkiem:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *