Zamknij

RPA — Kruger, namiot na dachu i małpa, która ukradła śniadanie

Lew na drodze między samochodami.

Podróż: sierpień 2026.

Są miejsca, w których nawet ja zaczynam doceniać spanie w namiocie. Nie od razu, oczywiście. Najpierw muszę ponarzekać na ciemność, kurz i wdrapywanie się po drabince. Dopiero rano przychodzi olśnienie. W Krugerze przyszło razem z widokiem afrykańskiego poranka.

Z Johannesburga do Krugera

Ale od początku… Zaraz po przylocie do Johannesburga, z samego rana, ruszyliśmy w stronę Parku Narodowego Krugera. Największej atrakcji jaką ma do zaoferowania RPA.

Miejsca w campach znikają szybko i chcąc przespać się w tych najlepszych, rezerwacje trzeba zrobić dużo wcześniej. My robimy je tydzień przed przylotem, więc nie mamy już dużego wyboru. Decydujemy się na trzy miejsca: Lower Sabie Rest Camp i Skukuza rest Camp na południu oraz Tsendze Rustic Camp w północnej części parku.

Namiot na dachu: moja mała szkoła przetrwania

W Krugerze trudno było mi znaleźć czas i siłę na opisywanie tego wszystkiego na bieżąco. Pierwszy powód to to, że o 18:00 jest tu już ciemno. Dokładając do tego fakt, że większość nocy spędzaliśmy w namiocie dachowym, to efekt był taki, że najdalej o 21 szłam spać. Drugi powód to ciemność… w hotelu jest przestrzeń i światło, które sprawia, że człowiek może dłużej funkcjonować. Na campach mieliśmy tylko latarki. Do tego brak dostępu do prądu sprawiał, że wieczorem bateria w telefonie była już na wyczerpaniu. Nie było więc nic lepszego do roboty niż… iść spać.

I tu muszę się przyznać do tego, że początek biwakowania był naprawdę ciężki. Niczym księżniczka, której ktoś kazał spać w stodole. Na prawo i lewo rzucałam fochami: a to ciemno, a to stolik się kiwa, to za blisko umywalni, za daleko do WC, za głośno, za cicho, za wysoko, za ciasno… byłam bliska ataku histerii, kiedy musiałam wleźć na dach samochodu i zamknąć się w namiocie. Odezwała się klaustrofobia i wszystkie lęki, o jakich istnieniu nawet nie wiedziałam. Pokonało mnie zmęczenie. Rano okazało sie, że namiot na naszą trójkę jest za mały, więc Wojtek wygrał los na loterii i spał sam w drugim namiocie.

Niestety na wyposażeniu ma tylko koc, a tu noce potrafią być zimne.

Jak jest na campach? Jakby to powiedzieć… „dość” luksusowo. Są łazienki z ciepłą wodą i zamykanymi kabinami prysznicowymi. Jest tam miejsce na położenie rzeczy i ogarnięcie się na spokojnie. Są prowizoryczne kuchnie, w których można umyć naczynia. Paleniska przy każdym stanowisku więc można sobie grillować ( o ile zakupiło się wcześniej drewno). Są restauracje, sklep, a na niektórych campach nawet baseny.

No ale księżniczka ze wszystkim miała problem… a jak się zabrać ze wszystkim do łazienki, gdzie się przebrać, jak soczewki założyć, a przecież kurz… brud… i ogólnie co ja tu robię! Na szczęście jak już przetrwałam pierwszą noc i wychyliłam głowę z namiotu to wszystko (no prawie wszystko) mi przeszło… (co prawda do kolejnego kryzysu, ale zawsze to coś). Widząc dookoła zieleń i słysząc dzikie zwierzęta za ogrodzeniem campu doszłam do wniosku, że ten namiot na dachu wcale nie był takim głupim pomysłem.

Trzy dni safari i dwa lwy między samochodami

A sam park? Trzy dni jeżdżenia po drogach i bezdrożach. Bywały godziny, że nie spotykaliśmy żadnego innego samochodu… ani zwierzęcia. A były miejsca, gdzie do zwierząt ustawiała się kolejka samochodów. Przez te trzy dni udało się nam spotkać masę zebr, żyraf, słoni, wszelkiego rodzaju antylop. Z wielkiej piątki zobaczyliśmy: słonia, bawoła, lwa i lamparta. Nosorożca niestety nie udało nam się wypatrzyć.

Najlepsze były lwy… w parku, kiedy jeździsz bez przewodnika, warto zatrzymywać się tam, gdzie stoją już inne auta. Jest spora szansa, że ktoś już coś tam wypatrzył. I tak się zatrzymywaliśmy co kilkaset metrów… szybko jednak okazywało się, że albo ktoś wypatrzył zebry albo jakiegoś ptaka, ale żadnych drapieżników. W końcu patrzymy – stoi grupa samochodów, telefony i aparaty skierowane w jedną stronę… cisza jak makiem zasiał. Patrzymy ale nic nie możemy wypatrzeć. W końcu pytamy przewodnika co tam znaleźli, na co gość nam odpowiada, że mięso na drzewie! No to super! Znaczy, że był tu jakiś kot i zostawił sobie posiłek na później.

Ja już wkurzona i znudzona… atmosfera w samochodzie robi się coraz bardziej napięta, a tu nawet nie można wysiąść i trzasnąć drzwiami. I nagle korek… stajemy w rzędzie aut, zastanawiając się o co chodzi, patrzymy, a z przodu, pomiędzy samochodami, środkiem drogi idą dwa lwy. Idą i gdzieś mają ludzi i auta. I w końcu nam udało się z nimi zrównać … co za wrażenie! Dwa młode lwy dosłownie na wyciągnięcie ręki! Majestatyczne, piękne, zachwycające!

I humor od razu lepszy. Niedługo potem, w takiej samej kolejce samochodów wypatrzyliśmy lamparta czy też leoparda. Ten co prawda nie chciał już spacerować rozgrzanym asfaltem, ale dostojnie kroczył sobie wśród zarośli. To są chwile, które trudno porównać do czegokolwiek innego. Zobaczyć na własne oczy to, co można obejrzeć na Animal Planet… bezcenne. I nawet ten namiot na dachu nie mógł tego zepsuć.

Najbardziej przedsiębiorczy gość obozu

Po tylu spotkaniach można by uznać, że największe emocje zapewniły nam duże koty. Tymczasem małpa udowodniła, że również mniejsze zwierzę potrafi skutecznie skupić na sobie uwagę. Otworzyła szufladę z jedzeniem i zabrała zapakowaną muffinkę. Sprawnie, szybko i bez żadnych negocjacji.

Tak właśnie wspominam Krugera: wielkie zwierzęta, małe kradzieże, poranki, które wynagradzają niewygodną noc, i kurz jadący z nami wszędzie. Nie zostałam nagle bezwarunkową miłośniczką namiotów. Ale dla takich poranków mogę jeszcze raz wejść po tej drabince.

Podziel się linkiem:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *