Zamknij

Namibia — wydmy, dzikie zwierzęta i lekcja pokory w piasku

Namibia — wydmy, dzikie zwierzęta i lekcja pokory w piasku

Podróż: listopad 2024.

Namibia ma niezwykłą umiejętność zmieniania dekoracji. Raz biała przestrzeń Etoshy, za chwilę skaliste krajobrazy, zimny ocean, a potem wydmy, od których trudno oderwać wzrok. Niestety nasz samochód też potrafił się od nich nie oderwać. Tyle że dosłownie.

Na początek: granica i pusty bak

Do Namibii jechaliśmy z Zimbabwe przez Botswanę. Plan wyglądał prosto, ale na przejściu Ngoma Bridge okazało się, że formalności wizowe musimy załatwić gdzie indziej. Tak zaczęło się nasze dodatkowe sto pięćdziesiąt kilometrów po wizę.

Po 40 minutach jesteśmy na przejściu granicznym Katima Mulilo. Tutaj najpierw stoimy w długim ogonku, a potem zostajemy zaproszeni „na zaplecze”. Dokumenty z wnioskami wizowymi znikają wraz z urzędnikiem, a nam zostaje podsunięty terminal w celu zapłaty. W końcu dostajemy dokumenty i możemy wracać po wizy.

13:00 ruszamy w drogę powrotną na przejście graniczne w Ngoma Bridge. Mamy zapas czasu, bo przejście zamyka się o 18:00. Z tego, co widzieliśmy, nie jesteśmy jedynymi turystami, którzy przechodzili tego dnia tę procedurę. Dobrze, że obie granicę dzieli jakieś 40 minut drogi. Prostej i asfaltowej.

O 13:45 na przejściu granicznym Ngoma Bridge wbijają nam w paszport namibijską wizę, więc ruszamy z powrotem w stronę Katima Mulilo. Do celu mamy jeszcze 4 godziny, ale w mieście chcemy kupić coś zimnego do picia i poszukać internetu, bo ten zakupiony w Polsce niestety nie działa. Z piciem jest łatwiej. W salonie sieci komórkowej dowiadujemy się, że nie możemy kupić karty SIM, bo te się skończyły…

Ruszamy więc dalej… Idzie dobrze… kiedy zostaje nam do przejechania 20 km — samochód staje… jakby brakło mu paliwa! To dziwne, bo wskazówka baku pokazuje połowę zbiornika… stajemy pośrodku niczego. Pokładowy mechanik stwierdza zdecydowanie — brak paliwa i to pierwsze co trzeba zweryfikować. Do najbliższej stacji paliw mamy 20 km. Ustalamy, że nie ma innego wyjścia jak to, że któreś z nas musi złapać stopa i jechać po paliwo. Ja postanawiam zaczekać, bo zostawić sam samochód z bagażami to jednak ryzykowna sprawa.

Myślę sobie, że życia za te bagaże i tak nie oddam, ale z przezorności sprawdzam gdzie jest nóż… Liwka stwierdza, że nie zostawi mnie samej… Kilka samochodów jadących w przeciwnym kierunku zatrzymuje się zapytać co się stało. Większość to niestety diesle. Jadący w naszym kierunku są jakoś mniej chętni do pomocy. W końcu wraca się do nas parą Holendrów, którą spotkaliśmy wcześniej na granicy i zabierają Wojtka na stację.

Zostaje z Liwką sama. Pyta co zrobimy jak przyjdą słonie i stwierdzą, że się nudzi. Wyciągamy więc kolorowanki i gry. Póki jest jasno… Siedząc w aucie, zaczynam zastanawiać się, jakie grożą nam ty niebezpieczeństwa… przy piątym przestaje o tym myśleć. Powoli zapada zmrok, a z okolicznych zarośli dobiegają nas różne dźwięki. Jesteśmy w okolicy parku lub rezerwatu więc oczywiste jest, że żyje tu masę zwierząt. Patrzę jak dookoła robi się coraz ciemniej i zaczyna ogarniać mnie niepokój…

Kiedy zapada zmrok pojawia się Wojtek. Wlewa paliwo i jest! Auto zapala. Opowiada mi jak na stacji nie było baniaków więc musiał kupić 5 litrową butelkę wody. Nie bardzo miał ją jak wypić więc postanowił podlać nią jakiegoś kwiatka w donicy… gdy to miejscowi zobaczyli zaczęli na niego krzyczeć, żeby przestał i przylecieli ze swoimi naczyniami, żeby przelać im tę wodę. To pokazuje jak jest ona tu cenna. Nawet kropla nie może się zmarnować…

Opowiadał też jak musieli czekać bo przez jezdnie przechodziło stado słoni. Że miejscowi, którzy zabrali go w drogę powrotną, wytłumaczyli mu, że należy zatrzymać samochód i zaczekać, że pod żadnym pozorem nie wolno trąbić, bo słonie mogą zaatakować i aby zwrócić uwagę, kiedy na końcu przechodzi malec, bo z dużym prawdopodobieństwem pojawi się za nim dorosły osobnik. Kiedy kończy o tym opowiadać przed maską naszego samochodu, w tych egipskich ciemnościach, pojawia się stado słoni!

Dojechaliśmy na stację i faktycznie bak okazał się pusty. Pozostało nam tylko znalezienie miejsca na nocleg. Szukanie go po ciemku nie jest taką łatwą sprawą. Niestety brak internetu stanowi tu nie lada przeszkodę. Pierwszy hotel wyglądał na wymarły, w drugim nie było miejsc, ale udało się nam złapać WiFi i zarezerwować pokój online.

A teraz, po kolejnych perypetiach ze znalezieniem noclegu, wreszcie kładziemy się do łóżka. Planowo powinniśmy tu dzisiaj dotrzeć o godzinie 14:00, maksymalnie 15:00. W hotelu meldujemy się przed 22:00… w Afryce nie można niczego zakładać. Ale udało się! Jesteśmy w Namibii i jak to Wojtek powiedział: zawsze mogło braknąć nam paliwa 200 km od stacji…

W stronę Etoshy, z przystankiem przy Hoba

Przed 10:00 wyjeżdżamy z Divundu. Ruszamy w stronę Parku Narodowego Etosha. Mamy do przejechania 700 km, wrzucamy adres w nawigację i widzimy, że pierwszy skręt mamy za 441 km… droga jest monotonna. Po obu jej stronach rozciąga się piaszczysta ziemia pokryta suchymi badylami krzaków i gdzieniegdzie drzewami dającymi odrobinę cienia.

Jedziemy tak przez 700 km. Powoli zmienia się krajobraz: robi się coraz bardziej piaszczysto i jeszcze bardziej surowo, a przed nami pojawiają się góry. Postanawiamy po drodze zrobić sobie przerwę i zobaczyć największy na świecie meteoryt. Przyjeżdżamy na farmę, płacimy za wstęp (bilet kosztuje 57 zł) i idziemy z przewodniczką przez mały zagajnik. Po chwili stajemy przed największym odnalezionym na świecie meteorytem. Spadł tutaj jakieś 80 tys. lat temu…

Przy meteorycie Hoba wysłuchaliśmy opowieści przewodniczki. Potem zaproponowała nam… wejście na meteoryt. Liwka ochoczo skorzystała z możliwości wspięcia się na głaz, komentując, że zapewne to kamień, który przyleciał z planety Stitch’a. Niewiarygodne dla mnie jest to, że ten głaz to tak naprawdę olbrzymi kawał żelaza: metaliczną strukturę widać gołym okiem. Powiem Wam, że fajnie jest dotknąć czegoś, co 80 tys. lat temu przyleciało z kosmosu.

No ale pora ruszyć dalej. Do parku Etosha zostało nam 2 godziny drogi. Na miejsce przyjeżdżamy na godzinę 18:00. Nasz hotel znajduje się pośrodku niczego… dosłownie! Po horyzont, z każdej strony rozpościera się niczym nieporośnięta równina. Robi to na mnie niesamowite wrażenie! Domki są przepiękne, wspaniale urządzone, każdy ma swój mały basenik. Aż nie chce się stąd ruszać! Zjadamy kolację (dostępna tylko opcja — szwedzki bufet), siadamy na chwilę przy basenie i planujemy, że po śniadaniu ruszymy do parku. Rezygnujemy ze zorganizowanej wycieczki i postanawiamy skorzystać z opcji self-drive, czyli samodzielną jazdę po parku.

Wiem jak ważny jest przewodnik w takich miejscach i nieco obawiam się tego, że bez jego towarzystwa nie uda się nam odnaleźć żadnych zwierząt… postanawiamy jednak zaryzykować…

Etosha: samodzielne safari i cierpliwe wypatrywanie

W naszej historii jest sobota, 2 listopada… O 10:00 wjeżdżamy do Etosha Park. Nasz camp położony jest rzut beretem od bramy King Nahale Gate (Północno-wschodnia część parku). Na bramie musimy uzupełnić dokumenty wjazdowe: nasze dane i dane pojazdu. Nie płaci się tutaj za wjazd, opłatę trzeba uiścić w recepcji Hotelu i campu Namutoni. Nasza dwójka plus auto wyniosła 350 n$ (Liwka ma wstęp bezpłatny). Do kasy dzielą nas 44 km.

W Namutoni poza kasą znajduje się też stacja benzynowa i sklep, w którym można zaopatrzyć się w mapy i książki. Wybraliśmy jedną z nich i okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że na mapie zaznaczone były wodopoje to jeszcze znajdują się w niej rysunki wszystkich zwierząt i ptaków, jakie można znaleźć w parku. Liwka miała niesamowitą frajdę z odhaczania co już widzieliśmy.

Moje obawy, że self-drive będzie dla nas zbyt trudne, okazały się całkowicie bezpodstawne. W Etosha trudno bowiem nie zauważyć zwierząt. Zaraz po przekroczeniu bramy parku zobaczyliśmy ogromne stado zebr, guźców, różnego rodzaju antylop. Nie zdążyło mi się widzieć tylu dzikich zwierząt na raz. Kilka kilometrów dalej spotkaliśmy żyrafy i słonie.

Szybko okazało się, że samodzielne zwiedzanie Etosha nie jest trudne. Szybko załapaliśmy, że najważniejsze jest jeździć od wodopoju do wodopoju, w więc odbijać od głównej drogi. W godzinach przedpołudniowych tam gromadzi się większość zwierząt. Przy wodopojach panuje hierarchia: kiedy piją słonie to strusie czekają w bezpiecznej odległości. Gdy u wodopoju są żyrafy to zebry podejmują próby podejścia ale każdy gwałtowny ruch żyraf sprawia, że uciekają spłoszone. Drobne antylopy czekają w oddali, aż miejsce u wodopoju się zwolni. To taki Animal Planet na żywo!

Dużo trudniej znaleźć w Etosha koty. Żyją tu zarówno lwy, jak i lamparty oraz gepardy. Z tymi jest zawsze najtrudniej… park jest wielkości małego, europejskiego kraju więc zwierzęta mają ogromny teren. To, co widać z wyznaczonych dróg to tylko maleńki ułamek parku. Mamy szczęście, bo dostajemy info od innych turystów, że pod jednym z drzew wyleguje się stado lwów. Wypatrując ich znajduje leżącego w zaroślach lamparta! Jest tak schowany, że ledwo widać mu głowę, ale jest! W ten sposób udaje się nam zamknąć „afrykańską piątkę” (słoń, Lew, bawół, nosorożec i właśnie lampart, którego w Ugandzie i Kenii nie udało się nam zobaczyć).

Lwy faktycznie wylegują się pod przydrożnymi drzewami. Są może trzy — cztery metry od nas. Widok niesamowity. Kiedy wieczorem jemy kolację i opowiadamy jednemu z kelnerów o tym co udało się nam zobaczyć, mówi, że mamy szczęście, bo jesteśmy jedynymi na sali, którym udało się dziś spotkać koty.

W parku są wyznaczone miejsca, w których można opuścić samochód. Są tam stoły piknikowe, toalety i woda. Poza tymi miejscami nie wolno pod żadnym pozorem opuszczać samochodu. Trzeba pamiętać także o prędkości, bo w każdej chwili przed naszą maską może znaleźć się słoń lub żyrafa. Sami byliśmy świadkiem jak jeden z samochodów stanął na trasie przejścia stada słoni (z małymi). Jedna z dorosłych słonic wyraźnie się zdenerwowała i poczuła zagrożenie co skończyło się głośnym wyrażaniem niezadowolenia i dość gwałtownymi ruchami. Samochód na szczęście zdążył się wycofać, a stado słoni zbiło się w ciasną grupę, chowając młode do środka. Powiem Wam, że to był niesamowity spektakl.

Widziałam też jak jedna ze słoniowych mam, skarciła malucha za to, że łaził gdzieś po krzakach, zamiast trzymać się grupy. Widok taki sam jak w świecie ludzi… widać matki wszędzie są takie same.

Etosha jest biała. W centrum parku znajduje się słone jezioro Etosha Pan, całkowicie o tej porze suche. Jego białe dno nadaje temu miejscu kosmiczny charakter. Część dróg jest biała jakby była pokryta wapieniem, biały kurz podnoszony przez samochody, osiada na pobliskich krzewach tworząc całkowicie zimową scenerię.

Do parku wracamy następnego dnia rano. To już bardziej tranzyt na drugą jego stronę niż wypatrywanie zwierząt. Mimo to odwiedzamy kilka wodopojów i cieszymy oczy widokami zwierząt w naturze. Mimo że tego dnia nie spotykamy żadnych kotów to i tak samo przebywanie w tak surrealistycznym miejscu jest nieocenionym doświadczeniem.

Damaraland, chłodny ocean i Wybrzeże Szkieletów

Po parku Etosha i wizycie w wiosce Himba ruszamy w stronę Skeleton Coast, czyli Wybrzeża Kości. Ponieważ na wybrzeżu nie ma żadnego noclegu, wiemy, że trasę musimy podzielić na dwie części. Zresztą to prawie 700 km…

Nocleg znajdujemy w górach w Mountain Peak Game Lodge and Camping. Niby na Google oznaczony przy drodze, ale w rzeczywistości trzeba do niego jechać jeszcze 10 km. Naprawdę warto, bo miejsce jest przepiękne. Z widokiem na równinę i góry w oddali. Do tego nie dość, że jest tu malutki basenik to jeszcze widać z niego wodopój.

A potem ruszamy przed siebie… Przez górzysty i pustynny region Damaraland. Przerwę robimy żeby zobaczyć skamieniały las. To kolejne niesamowite znalezisko na terenie Namibii. To, co tu oglądamy to drzewa zamienione w skamieliny. Przewodnik wspomina, że proces ten miał miejsce jakieś 280 milionów lat temu… 280 milionów lat! W erze karbonu! Co najlepsze drzewa, które oglądamy, nigdy tutaj nie rosły, lecz przyniosła je tutaj woda.

Jedziemy dalej. Pustkowia stają się jeszcze bardziej puste. Kiedy wydaje mi się, że już bardziej surowego krajobrazu nie mogę zobaczyć, okazuje się, że jednak natura może przejść ludzkie pojęcie. Nie mijamy żadnych samochodów ani ludzi, nigdzie nie widać już żadnych domów. Wszystko zostawiliśmy za sobą.

Zatrzymujemy się przy jednym z wraków, oglądamy resztki maszyny do wydobywania diamentów, patrzymy na kość wieloryba wyrzuconą na plażę… a poza tym? Poza tym nic tu nie ma! Nic! Dosłownie nic! Ocean i piach. Tyle!

Godziny ciągną się niemiłosiernie, kilometry wolno mijają, wokół unosi się jakaś nieprzyjemna mgła, piasek, bryza… ciężko to ocenić. Temperatura spada o paręnaście stopni. W końcu mijamy bramę wyjazdową parku. Czuję ulgę. Znowu wymierzyliśmy ilość paliwa na styk. Na oparach dojeżdżamy do stacji benzynowej. Wreszcie cywilizacja. Jesteśmy w Henties Bay. Postanawiamy zostać tu na noc. Jest zimno i nieprzyjemnie.

Rano wracamy się (tak! Dokładnie wracamy) na Cape Cross zobaczyć foki, a, ściśle mówiąc, uchatki. Te, w przeciwieństwie do fok wolą spędzać więcej czasu na lądzie, mają też krótsze pyszczki i malutkie, odstające uszka. Na Cape Cross żyje ich około 80 tysięcy! Kiedy czytałam o tym miejscu, w każdym wpisie pojawiała się informacja o trudnym do wytrzymania zapachu. Nie wierzyłam… i do tej chwili nie wierzę, że jakieś miejsce może tak śmierdzieć. Szkoda, że nie da się tego zapachu opisać.

Zwiedzanie rezerwatu polega na spacerowaniu drewnianą kładką nad plażą. Uchatki szukające cienia często kryją się pod nią. Są na wyciągnięcie ręki. To jest jak w serialu przyrodniczym: „Dzieci dzikich zwierząt” gdzie w pierwszym odcinku śledzimy losy małej uchatki Tabo (odcinek kręcono dokładnie tutaj). Kiedy oglądałyśmy go z Liwką bardzo przeżywałam losy malucha. Teraz nagle stanęłam z tym oko w oko. A kiedy zobaczyłam małe ciałka uchatek, które nie przeżyły to zrobiło mi się naprawdę smutno. Pod moimi nogami jeden z takich maluchów powoli umierał… natura jest bezlitosna. Mimo to patrzyłam na ten spektakl natury pełna zachwytu… setki zwierząt: wylegujących się w słońcu, kłócących się, nawołujących… jak gdybym na żywo brała udział w historii małego Tabo.

Ruszamy dalej na południe. Zaglądamy do Swakopmund. Kurort nad Oceanem, w którym jest zimno? Jeżeli ktoś szuka takiego miejsca to idealnie trafił. Do tego miasto jest bardziej europejskie niż afrykańskie. Jest jak od linijki, do tego czyściutkie i w wielu miejscach słychać język niemiecki. Nawet menu w restauracjach jest po niemiecku.

Dlatego, właśnie kiedy stajemy w Swakopmund, mamy wrażenie, że nie jesteśmy w Afryce, a w Niemczech… architektura, napisy, nazwy ulic i ceny są iście niemieckie. Nawet chodzący po ulicach biali ludzie wyglądają jak Niemcy. Zjadamy sznycla i ruszamy do Walvis Bay żeby zobaczyć flamingi i ogromne wydmy wpadające do oceanu.

Sandwich Harbour: zachwyt, piach i lekcja pokory

Przed 10:00 rano zjawiamy się w budynku Ministerstwa i w kilka minut zdobywamy permit. Kosztuje nas to 350 n$ (ok. 70 zł). Tankujemy do pełna, spuszczamy powietrze z kół i ruszamy w stronę wydm. Pani sprzedająca nam bilety robi krótki instruktaż: należy trzymać się oceanu, nie wolno wjeżdżać na wydmy, trzeba zdążyć wrócić przed przypływem, bo odcina on drogę ucieczki i co najważniejsze: jak się coś stanie to nie ma tam zasięgu i nie ma jak wezwać pomocy, a akcja ratunkowa to koszt około 7000 zł. Daje nam też mapę i tłumaczy jak dojechać do parku…

Ja jak to zwykle przerażona wszystkim, co może się stać, chciałabym jechać z przewodnikiem, ale Wojtek macha na to ręką. Wiem, że o niczym tak nie marzy, jak pojeździć po tym piachu i przypomnieć sobie jak to było dawniej na wyścigach Cross Country. Ma ten jeden najważniejszy argument — pieniądze. Nie mam wyjścia i ulegam. Stwierdzamy jednak, że jak nie uda się nam dzisiaj tego zrobić samemu, to jutro wracamy z przewodnikiem.

Pierwszy problem, jaki napotykamy to znalezienie drogi wzdłuż oceanu. Niby nic prostszego, bo kierujemy się w stronę Atlantyku, ale zamiast plaży napotykamy… solniska. Niektóre z nich mają różowy kolor wody. Martwi nas, że nie jedzie tędy żadne inne auto. Przejeżdżamy wąskimi przesmykami między nimi, aż w końcu docieramy na plażę.

Kiedy wjeżdżamy na piach, a po prawej mamy ocean zaczynam się denerwować. Jazda po piachu nie jest łatwa. Nic dookoła nie widać, pogoda jest słaba, otacza nas mgła. Ani przed nami, ani za nami nie ma żadnego samochodu. Co jakiś czas mijamy nieżywe foki albo maleństwa… te maluchy, jeżeli nie nauczyły się jeszcze polować to bez matek nie mają szans tu przeżyć. Żal mi ich i mam ochotę je ratować, ale przypominam sobie, że tak to już jest w naturze…

W końcu dojeżdżamy do innych samochodów i czuje się lepiej. Kto by pomyślał, że tłum na szlaku będzie mnie cieszył. Przyczepiamy się do aut przewodników i ruszamy za nimi. Po jakimś czasie zjeżdżają one z plaży i wjeżdżają na wydmy. No i co tu robić? Nie wiemy, czy tak trzeba, bo dołem się nie da, czy może jadą przewieźć turystów po wydmach. Ja chcę żebyśmy zostali na plaży, ale Wojtek ma przewagę, bo trzyma w ręku kierownicę i rusza za nimi. Jazda po wydmach jest niesamowita… Samochodu przewodników zatrzymują się, a my za nimi udając, że wcale się do nich nie podczepiliśmy. Turyści wychodzą na jedną z wydm, a kierowcy zawracają.

Jedziemy za nimi bojąc się, że sami nie znajdziemy bezpiecznej drogi na plażę.

Dojeżdżamy do końca trasy, wycieczki mają tu obiad, a my wspinamy się na wydmy. Z góry widok jest piękny, mimo że widoczność jest średnia. Na wydmy wchodzi się ciężko, nogi się zsuwają, piach wsypuje się do oczu. Liwia ma niezły ubaw. Wspina się na górę na czworakach, a potem turla w dół.

Droga wzdłuż brzegu jest nieprzejezdna więc zawracamy. Ślady samochodów prowadzą na wydmy, ale w którą stronę? Wjeżdżamy… trzymamy się śladów, choć wiatr już prawie je zatarł. Zamiast jednak przybliżać się do plaży, oddalamy się od niej. Nie powinno nas tu być. Chcę zawrócić i zaczekać przy Oceanie na wracających przewodników. Wojtek jednak uważa, że jakoś przecież musi dać się dojechać. Więc jedziemy… ocean coraz bardziej się oddala, ja zaczynam się drzeć, wydmy są coraz bardziej strome. Na usta cisną mi się tylko przekleństwa…

I wtedy to się dzieje… Wojtek zawraca, zwalnia i koła zakopują się w piachu. No pięknie!€! Pierwsza, druga, trzecia próba wyjechania i efekt jest odwrotny. Samochód Zakopuje się bardziej, a podwozie zawiesza się na piachu. Jesteśmy pośród niczego, w oddali widać ocean, mamy do niego jakieś trzy kilometry. Nie ma szans żeby ktoś nas tu zauważył! Ani usłyszał! Jesteśmy z dala od trasy przejazdu samochodów! Jestem bliska paniki! Chce mi się wyć z wściekłości… nie mamy w samochodzie niczego co by pomogło. Ani saperki, ani trap, nawet nic twardego. Plus jest taki, że mamy jedzenie, wodę i śpiwory.

Zaczynamy walkę z piachem. Powoli odkopujemy samochód. Leżę na piachu i wygrzebuje go spod podwozi i kół. Ten piach mam wszędzie, w oczach włosach, ubraniu. Liwka za zadanie ma wypatrywać auta jadące brzegiem, żebyśmy wiedzieli ilu przewodników jest jeszcze na trasie. Próbujemy starą metodę wyjechania na wycieraczki, ale nie działa… chce mi się płakać! Nie wiem już co gorsze: zostać tu i liczyć, że ktoś nas zauważy czy iść w stronę oceanu… jak jeszcze pomyślę o całej tej akcji ratunkowej i jej kosztach to jestem bliska załamania.

I wtedy dzieje się cud! W naszą stronę zmierza samochód jednego z przewodników, którego spotkaliśmy w zatoce. Ma ze sobą linę więc podpina nas i za 30 sekund stoimy na piasku. Kamień z serca… ulga jak nie wiadomo co! Ruszamy za nim choć ostrzega, że jedzie wydmami i dość wymagającą trasą. Dla mnie może być! Ważne, że nie będziemy już sami.

Ja jestem już spokojna, a Wojtek ma tę swoją jazdę po piasku. Faktycznie kilka zjazdów jest dość stromych, ale to nawet fajna zabawa, kiedy jest z nami ktoś, kto się na tym zna.

Trzeba jedno przyznać: to była niesamowita przygoda! Dobrze, że skończyła się szczęśliwie, nie uszczuplając naszego budżetu i bez nocowania na pustyni. Wracamy do hotelu padnięci. Poziom adrenaliny tego dnia zdecydowanie przekroczył normy. Dobrze wszyscy pisali w folderach reklamowych: że wycieczka do Sandwich Harbour przyniesie ci niezapomniane wrażenia, po których nie będziesz mógł zasnąć!

Deadvlei: piękne zdjęcie kontra pustynny upał

Rano wrzucamy rzeczy do samochodu i opuszczamy Walvis Bay. Na koniec żegnamy się jeszcze z oceanem, flamingami i stadem pelikanów. Jest zimno, mamy na sobie długie ubrania. Ruszamy w stronę pustyni Namib, czyli w głąb Namibii. Po około 45 minutach, kiedy stajemy w pierwszym punkcie widokowym, jest tak gorąco, że musimy się rozbierać. Mam wrażenie, że temperatura podskoczyła o jakieś 20 stopni.

Krajobraz też się zmienia. To w Namibii jest niesamowite, że co parędziesiąt kilometrów jesteś w całkiem innym otoczeniu. Dojeżdżamy do znaku mówiącego, że jesteśmy na Zwrotniku Koziorożca. Jest tak ciepło, że ciężko wytrzymać poza autem.

Być tu i nie usiać do jabłecznika to jak być w Warszawie i nie widzieć Pałacu Kultury. Nawet jak ktoś nie lubi, to ciężko go nie zauważyć. Szarlotka jest naprawdę pyszna (polecam bez lodów, bo te są okropne). Solitaire ma w sobie urok starego, małego miasteczka. Potęgują to kolorowe wraki samochodów, stare dystrybutory paliw i wiekowa już budka telefoniczna. Tankujemy do pełna i ruszamy dalej.

Przed samym wjazdem na teren parku narodowego przez bramę w Sesriem, mamy kontrolę drogową. Są one relatywnie częste w Namibii i każdorazowo sprawdzane jest międzynarodowe prawo jazdy. Na terenie parku można zostać po godzinie 19:00 tylko wtedy, kiedy ma się rezerwację w jednym z nielicznych hoteli lub campów znajdujących się za jego bramą. My nie mamy znalezionego noclegu, dostajemy zgodę na to, aby wjechać i poszukać czegoś wolnego, niestety wszystko jest zarezerwowane.

Ruszamy szukać poza parkiem. Ludzie tu są niesamowicie mili, bo nawet kiedy nie są w stanie nam wynająć pokoju, to sami proponują, że obdzwonią sąsiednie lodge. W końcu znajdujemy nocleg w Elegant Desert Lodge. W okolicy Sesriem nie jest tanio, bo to największa atrakcja Namibii. Trzeba się tu liczyć z noclegiem w kwocie od 1000 zł. Jeżeli chce się zjeść ciepły posiłek, to w lodge nie ma wyboru dań z karty, lecz z góry ustalone menu w jednej cenie.

Zaraz po śniadaniu, jako ostatni ruszamy w stronę Sesriem. Wszystkie wycieczki wyjechały zaraz z samego rana, a ci, którzy spali na terenie parku — nawet przed wschodem słońca. My na luzie zebraliśmy się po 10:00. Wjeżdżamy do parku, standardowo na bramie spisywane są dane naszego samochodu i jedziemy do kasy kupić bilety. Wstęp kosztuje nas jak wszędzie 350 n$ (za naszą dwójkę i auto, bo Liwia wchodzi bezpłatnie). Chcemy najpierw zobaczyć Kanion Sesriem, ale pani w kasie nam to odradza. Ruszamy więc w stronę Sossusvlei i Deadvlei. Do przebycia mamy jeszcze 60 km, które są przejezdne dla wszystkich pojazdów i kolejne 5 km po piachu, czyli tylko dla samochodów 4×4.

Na tym ostatnim odcinku można skorzystać z przejazdu busami, które dowożą turystów do doliny.

Zanim docieramy na parking pomagamy wykopać się z piachu przemiłym Duńczykom. Zauważamy też, że w jednym z kół uszło nam powietrze. Dopompowujemy je, żeby zobaczyć czy znowu zrobi się „kapeć” i docieramy na parking.

Wkładamy pełne buty, zabieramy 3 litry picia i ruszamy do Deadvlei (Patrząc na tłumaczenie tego słowa to nie „martwa dolina”, a „martwe jezioro”). Kiedyś była tu oaza zasilana wodami rzeki Tsuchab, lecz ta zmieniła bieg i drzewa wyschły… a w zasadzie skamieniały.

Z parkingu do Deadvlei nie jest daleko, to niecałe 2 km w jedną stronę. Ruszamy ochoczo, mijamy wiele osób, ale nikt już za nami nie idzie. Jest koło godziny 13:00 – większego upału już dzisiaj nie będzie. Kiedy docieramy na miejsce okazuje się, że jesteśmy sami! Całe to piękne miejsce jest dla nas. W oddali widać tylko pojedyncze osoby schodzące z Big Daddy Dune — jednej z najwyższych wydm świata. Drzewa, jakie oglądamy to akacje. Kiedy wydmy odcięły dolinę od rzeki, drzewa uschły. Było to… 600 lat temu. To, że tak dobrze się zachowały to wynik ekstremalnie suchego klimatu, jaki tu panuje. Miejsce jest przepiękne! Wygląda dokładnie tak jak na znanych zdjęciach.

Tu nie trzeba Photoshopa! Wszystko robi światło!

I tu zaczyna się komediodramat: ja w całej swojej głupocie zamarzyłam sobie piękne, instagramowe zdjęcia z Deadvlei w sukience… gdzie ja rozum miałam? Liwka zajmuje miejsce w cieniu pod wielkim, powalonym pniem, a ja wskakuje w kieckę. Buty mam trekingowe i słabo to wygląda, więc je ściągam i staje boso… w pierwszych chwilach jest nawet ok. Idę hardo, słońce parzy, wiatr wieje, pot się leje, piach w oczy sypie, stopy mi od spodu zaczyna podgrzewać… kiecka wygląda tragicznie, bo wiatr nią hula jak chce, a ja próbuje się ustawić tak, aby nie wyglądać, jak baba w ciąży. Kamienie pod stopami zaczynają tak parzyć, że nie jestem w stanie ani stać, ani iść.

A w du… to mam! Podskakuje jak kulka w lottomacie i błagam o ratunek. Trzeba sobie było zrobić zdjęcie w spodenkach i butach trekingowych jak normalny człowiek, a nie jak jakaś lasia z Internetów! Dobrze, że nikt tego nie widział, bo chybabym umarła ze wstydu. Zrzucam kieckę, ubieram normalne ciuchy, robię kilka zdjęć tego przepięknego miejsca i ruszamy w drogę powrotną. Zdecydowanie pomysł z instagramowymi zdjęciami był słaby.

Zaczynamy marsz w stronę parkingu, a ze mną dzieje się coś dziwnego… w kilka chwil całkowicie opadam z sił. Mimo sporej ilości wypitej wody i soku z odpowiednią ilością cukru nie mam siły, by iść. Wiecie: nie tak, że Wam się nie chce, tylko tak jak gdyby organizm odmawiał współpracy. Dwa kilometry stają się męczarnią, mam wrażenie, że jeszcze kilka kroków i się przewrócę. A ja naiwna chciałam wejść na Big Daddy, a ledwo mogę iść po prostym! W kilka chwil rozumiem jak upał może być zdradliwy. I to nie długie godziny przebywania na nim, lecz minuty. Wlokę się noga za nogą, a parking w oddali jawi się niczym oaza. Ważne, że to nie fatamorgana.

Chyba mi to przysmażenie stóp tak zaszkodziło. Resztkami sił docieram do samochodu. Piękne są pustynie, ale chyba wolę się od nich trzymać z daleka. Zaczynam rozumieć, dlaczego wszystko na Deadvlei umarło i dlaczego ludzie wolą tu przyjść o 6 rano…

Po dotarciu do samochodu czeka nas zmiana koła, a później szukanie wulkanizatora. Wracając do bramy parku stajemy jeszcze przed Diune 40 i 45. Wędrówka nimi na szczyt musi być niesamowitym przeżyciem. O tej jednak porze wiatr jest na to zbyt duży. Jest tak silny, że momentami trudno ustać na nogach. Za to porywany podmuchami piasek, tworzy na wydmie niesamowity spektakl. Stoję przez chwilę i patrzę na potęgę natury myśląc sobie, że pustynia robi wszystko, aby wyrzucić stąd człowieka, tak jakby nasza obecność zaburzała jej majestatyczne piękno.

Zaglądamy jeszcze do Kanionu Sesriem. Podjeżdżamy na parking, patrzymy, a tam stado małp skacze po zaparkowanych samochodach: wieszają się na lusterkach, dyndają na klamkach, liżą szyby, obgryzają pokrowce na namioty… nie trzeba wiele czasu, aby obsiadły nasz samochód. Widok jest tak przezabawny, że siedzimy w aucie i patrzymy na małpy, które siedzą na masce… one gapią się na nas i tak sobie tkwimy w tym „Animal planet". Kiedy wracamy z kanionu mamy zjedzone połowę pokrowca na koło zapasowe.

Opuszczamy Sesriem po 17 godzinie. Decydujemy, że nie zjeżdżamy już bardziej na południe Namibii, bo to kolejne 1000 km do zrobienia. Licznik pokazuje nam, że przejechaliśmy już 4000 km. Postanawiamy kierować się w stronę stolicy i dalej na granicę z Botswaną. Z racji późnej godziny, nie pozostaje nam nic innego, jak znaleźć nocleg. Trafiamy do przeuroczego miejsca, z cudownym widokiem na pustynię, przepyszną kolacją i niesamowicie przyjaznymi wiewiórkami. To link do Namib Naukluft Lodge —>

Podziel się linkiem:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *