Zamknij

Kostaryka — dwa wybrzeża, leniwce i deszcz, który jechał z nami

Kostaryka — Las chmurowy: cisza, kolibry i deszcz.

Podróż: listopad 2022.

Z Kostaryki wróciliśmy bardziej pogryzieni niż opaleni. Przejechaliśmy około dwóch tysięcy kilometrów, zobaczyliśmy wulkany, lasy i oba wybrzeża, a rzeczy zdążyły przemoknąć tyle razy, że przestaliśmy to liczyć. Bywało pięknie, bywało zimno i niewygodnie. Był też świecący plankton, dla którego warto było wejść na łódkę po ciemku. Tak wyglądała nasza Kostaryka, bez poprawiania pogody na zdjęciach.

Do San José, czyli zaczęło się od butów

Ruszamy z domu o 22:00. Standardowo z godzinnym opóźnieniem i pretensjami w stylu: zobaczysz, że nie zdążymy. Droga do Berlina to prawie 7 godzin. Lot mamy o 7:15.

Czego można zapomnieć, jadąc na drugi koniec świata? Wszystkiego ale nie… butów i to nie drugiej, trzeciej czy piątek pary ale tej jednej, właściwej. Mnie się to właśnie udało… i to nie dla mnie ale dla Liwki. Mała, ubrana od stóp do głów, wsiadła do samochodu i nikt nie zwrócił uwagi na to, że nie ubrała butów. Dopiero jej spokojne stwierdzenie: „mamo, nie przebrałam butków” sprawiło, że poczułam się jakbym usłyszała, że właśnie lecę na księżyc.

No i szybka kalkulacja: powrót to strata 30 minut… nie wracamy. Przecież wszędzie na świecie da się kupić buty dla dziecka. Też jesteście tego zdania?

Samoloty mają to do siebie, że wylatują po czasie, a i tak zawsze są na miejscu wcześniej. Bez większego problemu udaje nam się przesiąść. 9 godzin lotu dłuży się jak wizyta u nielubianej cioci… na szczęście dają jeść i pić co po ostatnich doświadczeniach ze Scootem jest dość ważne. Znowu lotnisko, kontrola, strefa bezcłowa, kolejka, czekanie, samolot, start, kolejne godziny lotu…

O 20:20 czasu lokalnego lądujemy w San José. Czeka już na nas zarezerwowany samochód. Od momentu wylądowania do wyjazdu z lotniska mijają kolejne… dwie godziny. Przed 22:00 wyjeżdżamy na ulice San José. Niestety nie udaje się nam zdążyć do Walmartu po buty dla Liwki i coś do picia. Jedziemy prosto do zarezerwowanego noclegu. Do przejechania mamy raptem 40 km ale i tak dwa razy lądujemy na drogach, które na pewno nie są przejezdne i musimy zawracać. Kiedy docieramy na miejsce jest już po 23:00.

I byłoby wszystko Ok, gdyby nie to, że w domku jest jakieś 13 stopni Na zewnątrz ma być niby 16 ale odczuwalna temperatura to jakieś 10 Ciepła woda jest ledwie letnia… nie ma szans na relaksujący, gorący prysznic po 30 godzinach w podróży. Liwka ma wieczorną toaletę „na sucho” bo pod wodą jest w stanie umyć tylko ręce. Dzięki Bogu za mokre chusteczki. Wciągamy na siebie czyste ubrania i ładujemy się do łóżka, w którym wcale nie jest cieplej niż dookoła. Jest północ czyli dla nas 7 rano…

Poás: tym razem chmury odsłoniły krater

Budzimy się o 5 rano wyspani, można byłoby już zacząć zwiedzać. Niestety i śniadanie i otwarcie atrakcji to godzina 8:00. Zimno jest nadal i poranna toaleta nie jest niczym przyjemnym. Dopiero koło 8:00 zaczyna się robić coraz cieplej. Zjadamy śniadanie — niestety co tu dużo mówić — bardzo małe i skromne i ruszamy dalej. Z ciekawostek cenowych: kubek czekolady czy też kakao (trudno mi ocenić) w restauracji, w miejscu, w którym mieliśmy nocleg to koszt prawie 20 PLN.

Ruszamy w stronę Wulkanu Poás, w drodze kupujemy online bilety (inaczej się nie da) i tankujemy samochód, bo pali się nam już rezerwa. Wstęp do parku to kwota 70 PLN za osobę. Parking kolejne 20 PLN.

Wiszą nad nami ciężkie chmury, śmiejemy się, że mamy marne szanse na zobaczenie krateru. Większość czasu skąpany jest on w chmurach. Niby głupio wydać po 70 zł za zobaczenie niczego, ale głupio też nie iść na wulkan. Tym bardziej że parking jest na samym szczycie, a do przejścia mamy raptem paręset metrów… i to asfaltową drogą. Jest to o tyle ważne, że Liwka dalej chodzi w crocsach.

Na miejscu okazuje się, że mamy szczęście. Widać przepięknie cały krater i znajdujące się w nim jeziorko. Wulkan Poás jest nadal aktywny, a jego aktywność podobnie jak innych wulkanów na Kostaryce jest dość… powszechna. W tym kraju na 256 wulkanów aż 5 jest nadal aktywnych.

W każdym razie mamy szczęście, bo będąc na górze, zastaje nas piękna pogoda. Chmury opierają się o jedno ze zboczy krateru, a my możemy podziwiać piękne, niebieskie jezioro i patrzeć jak z jego boku wydobywa się para. Tylko ten zapach siarki…

Decydujemy się z Anią iść zobaczyć drugi krater — Jezioro Botos. Jest on nieaktywny od 7500 roku p.n.e. i wypełnia go woda deszczowa o niesamowicie niebieskim odcieniu. Otoczony jest drzewami i nie robi zbyt dużego wrażenia: ot jezioro w środku lasu. Wrażenie robi za to na nas 4 km trasa, którą tego dnia robimy. Wysokość, na jakiej się znajdujemy i wilgotność powietrza sprawiają, że mimo łatwego spaceru, idzie się nam bardzo ciężko. Męczymy się jak po przebiegnięciu 40 km…

Wsiadamy do auta i ruszamy w stronę La Fortuna. Jak tylko odpalamy silnik, zaczyna padać… niestety krzyżuje nam to plany związane z postojem w La Paz i zobaczeniem tamtejszych wodospadów. Stajemy tylko przy jednym z nich, który akurat znajduje się przy samej drodze. Widziałam ostatnio sporo wodospadów na Bali, ale ten tu robił naprawdę dużo huku.

Arenal: wiszące mosty i ciepła rzeka

Hotel znajdujemy w samym centrum, zaraz przy głównej ulicy. To po to, aby móc spokojnie wyjść wieczorem (dla nas to godzina 17 – 18:00) i nie musieć już jeździć autem.

Dzień zaczynamy koło 4 rano. Uroki Jet Lagu. Śniadanie nie powala, ale przynajmniej dają dobą gorącą czekoladę. Chyba nie ma tu co liczyć na śniadaniowe wow. Zaraz po nim ruszamy w stronę wulkanu Arenal i pierwszej atrakcji przewidzianej na ten dzień.

Mistico Arenal to trzy kilometrowa trasa w dżungli, której największą atrakcją jest przejście po sześciu wiszących w koronach drzew mostach. Spacer zajął nam około 2 godziny tempem Liwki. W klapkach i sandałach wchodzisz na własną odpowiedzialność. Podpisujesz stosowne oświadczenie, które ma uchronić obiekt przed skargami, gdybyś przypadkiem skręcił sobie nogę lub ugryzł Cię wąż. Jeżeli ugryzie Cię nad butami, czyli np. w łydkę to chyba można mieć do nich pretensje. Tak poważnie to węże boją się bardziej nas niż my ich, więc zagrożenie nie jest duże.

W parku żyje masa zwierząt: leniwce, małpy, ostronosy, węże, żaby, pająki, ptaki… problem jest tylko jeden: sam nie masz szans ich wypatrzeć. Każdy mądry zabiera na trasę przewodnika, a ten lunetę. Pokonując ten sam dystans co my, osoby takie, co chwile oglądają jakieś zwierzęta w ich naturalnym środowisku. Mądry Polak po… my zatrzymujemy się czasami i probujemy zobaczyć, na co oni patrzą. Od ust do ust turyści przekazują sobie, gdzie w dżungli skrywa się jakieś życie. Tylko co z tego, jak bez lunety ciężko jest coś dostrzec. Udaje nam się zobaczyć mrówki (o tak! Takie jak z bajki, noszące listki), pająka, węża, nietoperza, ostronosa. Wojtek ma więcej szczęścia, bo trafia na małpki i… leniwca.

Z tym leniwce to trochę mu nie wierzę…

Największą atrakcja są jednak wiszące pośród koron drzew mosty. Bujają się nieco i przejście po nich wymaga odrobinę wysiłku, zwłaszcza kiedy w ręce ma się telefon, a pod nogami czterolatkę. Liwka dała sobie świetnie radę. Przy kolejnym moście uznała, że mam stać i nie iść za nią, bo tylko niepotrzebnie nim bujam. Dżungla widziana z góry robi wrażenie. Do tego dodatkowym plusem był widok na Arenal, którego wierzchołek wyłonił się z chmur… Koszt tej atrakcji to jedyne 26 USD.

Decydujemy się z Anią na trasę pod wulkanem, która zwie się „Lava trial 1968”. To trasa prowadząca po zastygłej lawie i wyrzuconych z wulkanu kamieniach. Jej punktem kulminacyjnym jest miejsce, z którego rozpościera się niesamowity widok na wulkan Arenal… taki sam jak widok z każdej innej strony. Mimo że jesteśmy na terenie parku, to do samego wulkanu jest jeszcze kawał drogi. Trasa, którą wybrałyśmy, standardowo miała być łatwa, to raptem 2,5 km z niewielkim przewyższeniem. Zajęło nam to trochę ponad 1,5 godziny, a to wszystko przez ostronosa i małpy. Uznałyśmy, że trekingi to zdecydowanie nie jest nasza aktywność… Koszt trasy spacerowej u stóp wulkanu Arenal to jedyne 19 USD od osoby.

Zmęczone jakbyśmy przeszły pielgrzymkę pieszą do świętego miasta Częstochowy. Postanawiamy skorzystać z kolejnej lokalnej atrakcji: gorących źródeł. Pomiędzy La Fortuna a wulkanem umiejscowiły się kompleksy hotelowe z parkami wodnymi, korzystające z tego, że Arenal podgrzewa przepływającą pod nim wodę, tworząc gorące źródła. Niestety te otoczone hotelami są niebosko drogie, więc nie pozostaje nam nic innego jak iść w ślady lokalsów i backpakersow. Znajdujemy więc dziki parking przy drodze z dziurą w ogrodzeniu i przechodzimy nad rzekę. Ta sama rzeka przepływa przez kompleks hotelu Tabacón Thermal Resort & Spa, ale aby tam z niej skorzystać, trzeba zapłacić 80 $. Tutaj kąpiel jest darmowa.

Nie do końca jest to „wejście na dziko” do kompleksu hotelowego, to raczej korzystanie z czegoś, co kiedyś należało do hotelu, a teraz wygląda jak porzucone i zaniedbane miejsce. Do końca nie wiem, czy faktycznie ta część rzeki była kiedyś częścią Tabacón Thermal Resort & Spa, ale obecnie stanowi ogólnodostępne, darmowe i bardzo popularne miejsce korzystania z uroków gorących źródeł.

Wchodzimy do wody, siadamy na kamieniach i delektujemy się jej ciepłem. Spędzamy tak ponad 1,5 godziny. Nie ma tu co liczyć na ciszę i spokój, bo podobnych amatorów oszczędzania jest tutaj wielu.

Leniwce i La Fortuna: mokro do ostatniej nitki

Wczoraj rano budziliśmy się w cieple. Zasypiamy w zimnie. Dzień zapowiadał się całkiem przyjemnie. W krótkich ubraniach i sandałach wybraliśmy się na poszukiwanie leniwców do miejsca o nazwie: Sloth's Territory.

Jak szuka się leniwców? Idzie się do parku, który na swoim terenie ma przynajmniej kilka takich egzemplarzy, płaci się za bilet i co najważniejsze przewodnika z lunetą, a następnie rusza się do dżungli na poszukiwania zwierzątek. Robienie tego na własną rękę jest totalnie bez sensu. Całkowita strata pieniędzy i czasu. Wybraliśmy miejsce, w którym każda wycieczka odbywa się z przewodnikiem. W naszej grupie prócz nas były tylko dwie dziewczyny z Irlandii. Coś mi podpowiedziało przy wysiadaniu z auta, aby zabrać przeciwdeszczowe kurtki… nie zdążyliśmy zobaczyć nawet jednego leniwca, gdy zaczął padać deszcz.

Deszcz jak deszcz, nawet w pierwszych minutach pomyślałam, że jest dość orzeźwiający. Zmieniłam zdanie, kiedy miałam już przemoczone stopy (o to nietrudno w sandałach), mokre spodenki i wrażenie, że woda wdziera się pod każdy kawałek mojego ubrania. To tylko wrażenie, bo zwyczajnie pod foliową kurtką zaczęło się robić jak w saunie.

No ale co począć… spacer po dżungli trwa, przewodnik dwoi się i troi, żeby nam pokazać leniwce, tych cholernych zwierzątek gołym okiem nie widać, zresztą co im się dziwić w taką pogodę… Łażę po tym lesie (przepraszam: po dżungli) i myślę: co ja tu q… robię? Ruben — nasz przewodnik raz-dwa wypatruje pierwsze zwierze. Miałam wrażenie, że leniwiec wisi na gałęzi jakieś pół kilometra od nas. Mała, puchata kulka przyczepiona do drzewa… potem następny i następny. Wysoko cholery siedzą… mnie ogarnia coraz większe wku… zdenerwowanie na lejący deszcz.

Liwka oznajmia, że ona żadnych leniwców nie widzi i chce do auta, bo przecież nienawidzi być mokra i brudna, a tu już „stópencje” ma całe w błocie. Tłumaczę jej, że wakacje są i każdy może być mokry i brudny i łapie się na tym, że zamiast zrozumieć dziecko, wciskam jej jakiś kit. Sama też chce już do auta. Na szczęście Ruben jest ojcem trójki dzieci, w tym jednej czterolatki, więc robi wszystko, aby Liwka zauważyła leniwce i jakimś cudem udaje mu się zainteresować Liwkę spacerem.

Mieliśmy szczęście, bo udało nam się zobaczyć sześć różnych leniwców w tym jednego malucha, który niedawno się usamodzielnił. Z minusów to to, że wracamy do samochodu przemoknięci. Koszt odwiedzenia Sloth’s Territory to 28$ za osobę.

Ostatnim punktem zwiedzania okolic wulkanu Arenal jest wodospad La Fortuna. Wahamy się z Anią czy podjąć próbę jego zobaczenia… zniechęca nas nie tylko deszcz, lecz także ilość schodów do pokonania. Decydujemy się jednak zejść na dół.

Koszt biletu to 18$. W cenie mamy górny punkt widokowy i możliwość zejścia pod sam wodospad. Można w nim pływać, ale pogoda do tego nie zachęca. Amatorów zimnej wody pilnuje ratownik. Pływanie w pobliżu wodospadu nie należy do bezpiecznych i w zasadzie można przebywać tylko na brzegu jeziorka. Powodem tego są silne prądy, które wywołuje spadająca z ogromną siłą woda. Nawet dobry pływak nie ma szans w starciu z siłą wodospadu.

Wsiadamy do samochodu i zostawiamy za sobą miasteczko La Fortuna. Wulkan Arenal cały spowity jest chmurami. Deszcz leje jak z cebra. Mamy przed sobą ponad dwie godziny jazdy w stronę Lasów Mglistych. Po drodze robi się coraz zimniej. Deszcz się nasila, zaczyna się błyskać, a wszystko dookoła spowija mgła…

W nowym miejscu wita nas wszechogarniająca wilgoć… i zimno. Zaczynamy od suszenia butów i nauki używania pralki typu „Frania”. Wiecie: woda wlewa się przez węża, nie ma podgrzewania, żeby wypłukać ubranie, trzeba ją spuścić i nalać nowej, a wirówka jest całkiem obok. Do północy stoję nad tym cudem techniki wyżymając kolejno ubrania i wrzucając je do małej wirówki. Na szczęście obok stoi nieco nowocześniejsza suszarka do ubrań.

Las chmurowy: cisza, kolibry i deszcz

Zbieramy się zaraz po śniadaniu (dziś zrobione przez nas) i kiedy udaje nam się zapakować rzeczy do samochodu to jesteśmy już mokrzy. Ruszamy zobaczyć kolibry i Las Mglisty w Monteverde. Znajdujemy opcje za free, czyli jedziemy do Cafe Kolibri gdzie mamy zamiar wypić kawę, popatrzeć na ptaszki i wejść do lasu, gdyż obok znajduje się bezpłatna ścieżka spacerowa.

Już po wejściu na teren Cafe Kolibri trafiamy na poidełka z wodą z cukrem, otoczone małymi, kolorowymi kolibrami. Kolejną godzinę próbujemy zrobić, choć po jednym ładnym zdjęciu. Bezskutecznie. Są tak szybkie, że filmy nagrane w zwolnionym tempie wyglądają normalnie…

Robienie zdjęć kolibrów to wyzwanie… nawet deszcz nam nie przeszkadza, a leje tak bardzo, że rezygnujemy ze spaceru po lesie i postanawiamy jechać do Reserva Bosque Nuboso Santa Elena, czyli drugiego dużego rezerwatu w lesie mglistym. Nie wiem na co liczymy… chyba na to, że te kilka kilometrów dalej będzie nieco mniej padać…

Las chmurowy — ta nazwa tłumaczy wszystko. Bardzo duża kondensacja pary wodnej sprawia wrażenie, jakby las nieustannie znajdował się w chmurach. W naszym przypadku, od momentu opuszczenia samochodu leje. Leje i jest zimno tak bardzo, że pod płaszcz przeciwdeszczowy zakładam kurtkę puchową, która nadaje się na minusowe temperatury. Mam wrażenie, że im więcej pada tym mniej jest w lesie chmurowym chmur. No ale i tak jest bardzo ładnie. Wybieramy szlak o długości 2,5 km i już po kilku krokach dziękuje, że Liwka została w samochodzie. Myślę, że maksymalnie po 100 metrach byłaby cała przemoczona.

Las miałyśmy tylko dla siebie… Na szlaku spotkałyśmy raptem dwie osoby. No i coś, co bardzo głośno mruczało gdzieś w zaroślach. Pomyślałabym, że burczy mi w brzuchu lub mam omamy słuchowe od tego deszczu, gdyby nie to, że idąca sporo przede mną Ania też słyszała ten dźwięk… w lesie są duże koty (pumy i jaguary), ale – jak twierdzi obsługa parku, nie są zbyt ciekawe człowieka i trzymają się na dystans. Czy to właśnie był ten dystans?

Kiedy na chwile przestaje padać dzieją się dwie rzeczy… ptaki zaczynają śpiewać, a w koronach drzew pojawia się mgła. No i to jest piękne… nawet mimo przemoczonych butów i wody w rękawach. Nie ważne, że nie zobaczyłam nic poza wszechogarniającą mnie zielenią… tu nie chodzi o oglądanie zwierząt, lecz o to, by choć przez moment poczuć się częścią natury.

Tego dnia nie robimy nic więcej, ruszamy w drogę w stronę Pacyfiku. A drogi w Kostaryce to osobny temat… raz są, raz ich nie ma…

Pacyfik: szukamy swojej plaży

Trzeci dzień jesteśmy na zachodnim wybrzeżu Kostaryki. Szumi nam Ocean Spokojny… No dobra przesadziłam… Jest 5 rano i szumi po raz pierwszy. Słychać go, mimo że nasz nocleg mieści się paręset metrów od plaży. Pogoda w kratkę… raz piękne słońce i lepiący się upał, za chwile ściana deszczu… i tak na zmianę.

Widzieliśmy już jakieś osiem plaż i szczerze mówiąc daleko im od nazwania ich ładnymi. Naczytałam się o pięknych kostarykańskich plażach i tak sobie myślę, że znowu widziałam w życiu zbyt dużo zachwycających miejsc… co w tych kostarykańskich jest nie tak? No nic… plaże jak plaże. Woda nie ma tu szmaragdowo — turkusowych odcieni, piasek mieni się kolorami od beżu do czerni, nikt tutaj plaż nie sprząta. Na ich niekorzyść na pewno działa to, że kończy się pora deszczowa. Plusem jest to, że cześć jest całkowicie dzika. Nie ma przy nich hoteli, barów, kramów z pamiątkami… nawet czasami nie ma dróg…

Owszem trafiliśmy na ładną Flamingo Beach z jasnym piaskiem i spokojnym oceanem. Znaleźliśmy też Grande Beach, która, mimo że czarna i wąska była urocza… jednak jeżeli ktoś szuka plaż niczym z obrazka na pulpicie komputera, to tu się raczej zawiedzie.

Zdarzało mi się być w miejscach, gdzie plaże nie były świetne, ale miejsca nadrabiały klimatem… atmosfera była taka, że człowiek przełączał się w tryb reset i zostawał dzień dłużej… takie były Filipiny, Sri Lanka czy Belize. Tutaj tej atmosfery brak. Jest jakoś tak… nijak. Nie tracimy jednak nadziei, bo czeka nas jeszcze do zobaczenia kilka miejsc na wybrzeżu. A tu został nam tylko… tydzień

Śmiem też nieśmiało stwierdzić, że największą atrakcją Kostaryki są drogi… a raczej ich brak. Przedwczoraj plany pokrzyżowała nam jedna z rzek, która nagle popłynęła ulicą. Odpuściliśmy przeprawianie się, bo nurt był zbyt silny. Wczoraj jednak ponownie spotkała nas taka niespodzianka jednak podjęliśmy próbę przejazdu, bo objazd zająłby nam kolejne… trzy godziny.

Najlepsze jednak jest to, że asfalt znika i pojawia się tutaj całkiem niespodziewanie. Drogi przechodzą nagle z asfaltowych w szutrowe. Dziury są i na tych i na tych, choć prym wiedzie szuter. Asfalt wygląda jakby ktoś położył go parędziesiąt lat temu i o nim zapomniał. Do tego nie ma tu żadnych remontów.

W każdym razie Wojtek ma tu namiastkę Off Road’u… i nie wiem tylko, czy powinnam się cieszyć, że nie mamy porządnej terenówki czy smucić, bo marne są szanse, że nasz pojazd dotrwa do końca wyjazdu. W każdym razie mógłby uczyć lokalsow jak jeździć po kostarykańskich drogach.

Nicoya: rzeki na drodze i świecąca woda nocą

Nadal jesteśmy na półwyspie Nicoya (Península de Nicoya). Zjeżdżamy na jego dół, aby stamtąd przedostać się w stronę Quepos. Już wiem, że nie starczy nam czasu na trasę, którą ułożyłam sobie w głowie, Mimo że przyspieszyliśmy trochę tempo.

Po drodze zatrzymujemy się na Playa Islita i w pobliskim rezerwacie papug. Niestety jest on zamknięty i można go odwiedzić dopiero o 16:00, my niestety nie mamy tyle czasu. Miasteczko Punta Islita ma mieć „piękne kolorowe domki”. Wyobrażam sobie więc wzgórze opadające do oceanu, a na nim kolorowe budyneczki, każdy w innym kolorze… nic takiego tu jednak nie ma. Ruszamy dalej i po chwili natrafiamy na ulice, przy której stoją domki wyłożone kolorową mozaiką… a więc to o to chodziło! Trafiamy na sklep spożywczy, którego stałym rezydentem jest papuga o imieniu Cecylia. Jest więc też papuga, czyli plan prawie zrealizowany. W bonusie mamy niewielki wodospad.

Ruszamy dalej. Oczywiście droga jest gruntowa. Jedzie się całkiem nieźle, aż natrafiamy na rzeczkę, która ma jakieś trzy, może cztery metry szerokości, więc Wojtek pokonuje ją bez zastanowienia. Jedziemy dalej aż trafiamy na rzekę o szerokości małego boiska do piłki nożnej z programu rządowego „orlik 2012”. Aż mnie zatyka… zaczynam szukać alternatywnej drogi, ale o internecie tutaj można tylko pomarzyć. Wody jest tak dużo, że zastanawiamy się jak w ogóle przebiegała tu droga, bo nie widzimy wyjazdu na drugim brzegu. Wojtek idzie sprawdzić… ja boje się krokodyli. Uznajemy z Anią (bo Liwka przesypia całą sytuację), że trzeba zawrócić… mam już wizje tego, jak auto zostaje porwane przez nurt albo zatrzymuje się na środku tej rzeki.

Wojtek jako kierowca korzysta z decydującego zdania: podejmuje decyzje, że jedzie. Mamy do wyboru wsiąść do samochodu lub przejść pieszo na drugą stronę. Kalkuluje, że bardziej boje się tego, co w tej wodzie może żyć. Wsiadając do samochodu dostajemy tylko radę aby nie zapinać pasów… 25 sekund… tyle trwa cały przejazd. Emocji więcej niż w wesołym miasteczku. Czuje ulgę, kiedy jesteśmy po drugiej stronie, ale niestety nie na długo… przejeżdżamy przez dwa kolejne strumienie, kiedy zaczyna bardzo padać. To oznacza, że każda taka rzeka błyskawicznie nabierze wody.

Wycieraczki nie nadążają, deszcz wali w dach samochodu, zasięgu brak, ani żywej duszy w obrębie kilku kilometrów, ja mam wizje tego jak zostaje nam odcięta droga z obu stron… Jezuuu my jesteśmy w samym środku niczego! Po kilku kolejnych przeprawach i dość stromych podjazdach, dojeżdżamy do pierwszej miejscowości a z nieba przestaje padać deszcz. Ulga niesamowita. Tylko na twarzy Wojtka maluje się odrobina rozczarowania, że to już koniec…

Już bez większych problemów (trzymając się dróg oznaczonych na mapie kolorem żółtym), dojeżdżamy do Playa Tambor. Nasz nocleg za jedyne 55$ daleko jest od ideału. Choć na zdjęciach wyglądał nieco lepiej. Zresztą z noclegami jest tu problem. Nawet te bardzo słabe, mają na bookingu świetne oceny. W rzeczywistości to miejsca, które lata świetności mają już za sobą, a ich poziom czystości jest dość wątpliwy. No i ceny… Kostaryka jest bardzo droga i niestety jest drogo, ale w niskim standardzie. Za cenę trzyosobowego byle pokoju tutaj, na Bali mieliśmy całą, piękną willę na wyłączność. Żeby jeszcze cena szła tu w parze z jakością…

Wieczorem stawiamy się w umówionym punkcie. W ostatniej chwili Liwka postanawia dołączyć do mnie i do Ani. Na ulicy czeka na nas jakaś dziewczyna z chłopakiem, prowadzą nas przez wnętrze baru i zaplecze, aż na tyły domu, gdzie zaczyna się zatoka. Wokół jest już ciemno. Wchodzimy do wody, mulistej, ciemnej i zimnej. Biorę na ręce Liwke i momentalnie wklejam się w jakiś muł… japonek zostaje w błocie, a kiedy próbuje go wyciągnąć, urywa się i odpływa…ku…wa myślę sobie… moje najlepsze buty na ten klimat! I jedyne, bo reszta schnie od kilku dni. Byle japonki kosztują tutaj ponad 100 PLN, te kosztowały 30 na promocji i jest mi ich żal.

Tylko jakimś cudem jeden z naszych przewodników wyławia buta z wody… i tak średnio mnie to ratuje, bo muszę dojść do łódki w jednym, a klejący się muł jest okropny.

Wsiadamy na łódkę, a wraz z nami dwóch, rosłych lokalsów. Dziewczyna z chłopakiem z ulicy gdzieś znikają. Panowie się przedstawiają, proponują coś do picia, a ja się zastanawiam czy to aby bezpieczne płynąc z nimi w ciemną noc… dwie laski i dziecko. Jak nam coś zrobią to nawet nie będę w stanie ich opisać, bo jest tak ciemno, że nie widzę ich twarzy.

Wypływamy na ocean… uświadamiam sobie, że po raz pierwszy jestem na takiej łódce w nocy. Dookoła jest ciemno, niewiele widać no ale ciężko oglądać coś, co świeci w ciągu dnia. Nie odpływamy daleko, kiedy łódka staje i panowie zrzucają kotwice… jeden z nich nabiera wody, staje na środku pokładu i zaczyna polewać się wodą… myślimy: o co kur… chodzi? i wtedy zauważamy, że woda, która wylewa się na pokład i spływa po jego ubraniu świeci! Zapalają się w niej mikroskopijne drobinki, które po sekundzie gasną. Wow! Wygląda to niesamowicie.

Wkładamy rękę do wody i widzimy, że przy każdym jej ruchu woda się zapala… a każdy przesunięcie dłoni pozostawia za sobą jasną, migoczącą smugę, jakby świecący brokat. To jest całkowicie magiczne i do niczego niepodobne. Można wejść do wody i popływać dookoła łódki, ale żadna z nas się na to nie decyduje.

Liwka stwierdza, że jednorożce są bardziej magiczne i, że ma już mokre spodenki. Wszystkie mamy, bo od tego lania wody po pokładzie całe jesteśmy mokre. Na koniec zaczyna padać… tym samym lżejsze o 150 PLN i bogatsze o nowe doświadczenie obcowania ze świecącym planktonem, wracamy do naszej spelunki.

Dzień kończymy imprezą urodzinową Wojtka i muszę przyznać, że z uwagi na miejsce, będą to jego niezapomniane urodziny.

Manuel Antonio: zwierzęta, plaża i kolejna ulewa

O 9:40 wjeżdżamy na prom, odpływamy z 15-minutowym opóźnieniem. 11:40 zjeżdżamy na ląd po drugiej stronie zatoki i ruszamy na południe wzdłuż wybrzeża. Do Manuel Antonio mamy 140 km i 2,5 godziny jazdy… żadnych dróg gruntowych… No dobra… jedna mała przejażdżka off Road do plantacji czekolady. Plantacji i tak nie oglądamy, bo to prawie dwie godziny zwiedzania i koszt 40$, ale i tak przez dojazd do niej tracimy ponad godzinę. Po raz kolejny okazuje się też, że tam, gdzie na mapie ma być w Kostaryce droga, w rzeczywistości jest rzeka…

Do hotelu docieramy na 15:30. Jesteśmy zmęczeni i spragnieni czystości oraz basenu. Hotel jak na kostarykańskie standardy jest naprawdę ładny i nowoczesny. Nie chce się nam nawet z niego ruszać. Zjadamy w nim obiad i, mimo że zapada zmrok, postanawiamy skorzystać z basenu. W tym samym czasie deszcz postanawia się rozpadać… kończymy więc dzień przed Netflixem i „The Crown”.

W sobotę rano wita nas słońce… zaraz po śniadaniu, już spakowani, ruszamy w stronę Manuel Antonio National Park. Po drodze mijamy szereg parkingów, ale decydujemy się podjechać pod sam park. Tam wita nas pracownik i z radością oznajmia, że cieszy się, że nie daliśmy się nabrać mafii parkingowej, bo jedyne właściwe miejsce na zostawienie auta jest właśnie tutaj. Tłumaczy nam też jak można zwiedzać park i proponuje przewodnika. Jesteśmy z Anią na niego zdecydowane, bo wreszcie chcemy zobaczyć w dżungli coś poza roślinnością. Koszt przewodnika w grupie 8-osobowej to prawie 150 zł za osobę.

Z oglądaniem dzikich zwierząt w Kostaryce to jest tak, że trzeba mieć na to zapas czasu, bardzo dużo cierpliwości, trochę ciszy, dobry sprzęt (najlepiej lunetę), przewodnika i bardzo, bardzo dużo szczęścia…

Tym razem mamy czas, przewodnika i sprzęt. Ruszamy jednym ze szlaków. Park jest malutki i najdłuższa trasa spacerowa ma jakieś 2 km. Co udaje nam się dzięki przewodnikowi zobaczyć: czerwone kraby, jadowitego węża, nietoperze, żaby, ptaki, których nazw nie zapamiętałam i przede wszystkim leniwce. Spotykamy jeszcze sarny, kapucynki i iguany. Z leniwcami mamy sporo szczęścia, bo choć dość łatwo je w parku zobaczyć, to my trafiamy na matki z małymi, a zobaczyć ten duet to jest naprawdę coś!

Spacer kończymy przy plaży Manuel Antonio, gdzie czekają na nas Wojtek i Liwia. Rozkładamy się na piasku i korzystamy z tego, że nie pada. Podobno w Parku Manuel Antonio są jedne z piękniejszych plaż Kostaryki… Cóż… można powiedzieć, że jak na Kostarykę są całkiem ładne…

Park zamykany jest o 16:00. Przed 15:00 przegania nas z niego deszcz. Docieramy przemoknięci do samochodu i jedziemy na obiad do El Avion, restauracji w której stoi samolot, którym rzekomo Bary Seal miał latać jako tajny agent CIA…

Samolot jak samolot, ale serwowana tam ryba o wdzięcznej nazwie mahi-mahi jest naprawdę niesamowita. Najedzeni, wysuszeni i z zapasami jedzenia, ruszamy w drogę na drugą część Kostaryki — wybrzeże karaibskie. Trasa, jaką mamy pokonać to niecałe 7 godzin drogi. Planujemy ją tak, aby jechać w nocy i dotrzeć na miejsce nad ranem. Po drodze znajdujemy nocleg na Airbnb, ale jest on dostępny dopiero następnego dnia od godziny 15:00. Nad Morze Karaibskie docieramy koło 2 w nocy… mamy przed sobą 12 godzin czekania i za sobą 6 godzin spędzonych w samochodzie.

Nie udaje się nam znaleźć w nocy żadnego noclegu na te pół nocy, więc nie pozostaje nam nic innego jak przespać się do rana w samochodzie. Plus tego jest taki, że możemy zobaczyć wschód słońca nas Morzem Karaibskim…

Karaiby: Manzanillo, ary i zwierzęcy azyl

Już przyzwyczaiłam się do chodzenia w deszczu w japonkach i tego, że nieustannie jestem mokra, a wszystko jest wilgotne. Krótkie chwile słońca są rzadkie niczym śnieg padający w Polsce na święta. Tym bardziej cieszą…

Na karaibskie wybrzeże dotarliśmy w środku nocy. Spanie w aucie (Boże ja już jestem na to za stara) i poranne plażowanie skończyło się deszczem. A co robi się, kiedy pada? Chodzi się po sklepach. Wpadłyśmy więc z Anią w szopingowy szał w Puerto Viejo. Małej nadmorskiej mieścinie, w której czas biegnie nieco inaczej…

Naczytałam się o karaibskim klimacie tego miejsca i nie wiem, czy to przesadzone opinie, czy ten deszcz, ale do klimatów Belize i tamtejszego regge luzu jest tu jeszcze daleko.

Wybraliśmy się do Refugio Nacional Gandoca-Manzanillo, rezerwatu, który położony jest nad samym Morzem Karaibskim. Dżungla i plaża… nie będę Was już opisami lasów zanudzać. Dżungle są w Kostaryce bardzo podobne. Tutaj uroku dodawał fakt, że w zasadzie spaceruje się po piasku. No i tak nam się ta plaża marzyła… tylko że jak do niej doszliśmy to lunął deszcz. Co wiec nam pozostało — ubraliśmy peleryny i tak sobie siedzieliśmy w deszczu na tej plaży. Liwka bez płaszcza przeciwdeszczowego, bo uznała, że to bez sensu. Kazała się przebrać w strój kąpielowy, bo i tak jest mokra.

Kiedy wychodziliśmy z parku przestało padać… w jakiejś regge knajpie zjedliśmy ogromną ilość owoców morza i ruszyliśmy zobaczyć papugi w Ara Manzanillo.

Jak wygląda oglądanie Ar? Odbywa się ono raz dziennie, a to dlatego, że jest to pora, kiedy papugi zlatują się na teren ośrodka na jedzenie. Ptaki żywią się same, ale wspomaga się je dodatkowym jedzeniem, by utrzymać je w dobrym zdrowiu. Na terenie ośrodka można usłyszeć jego historie i stanąć na platformie widokowej, otoczonej drzewami z karmnikami. Odległości są spore więc nie ma mowy o zobaczeniu ptaków z bliska… No, chyba że któryś łaskawie zechce usiąść gdzieś nad głowami odwiedzających. Mamy to szczęście, że trzy Ary są zainteresowane naszą obecnością i podlatują nieco bliżej. Reszta śmiga od karmnika do karmnika nad naszymi głowami.

Zapomnijcie o zrobieniu zdjęcia papug w czasie lotu, trzeba do tego sprzętu foto jak na mecz piłkarski.

Kiedy Ary kończą jeść zaczynają znikać nam z oczu. Odlatują w tylko sobie znanych kierunkach. Gdy opuszczamy teren ośrodka mamy jeszcze raz szczęście, kilka zaciekawionymi ptaków siada na daszkach i obserwuje nas kręcąc głowami. Są jakiś metr nad nami… i są piękne.

Następnego dnia wybieramy się w jeszcze jedno miejsce, które zajmuje się na Kostaryce ratowaniem dzikich zwierząt i dbaniem o te, które do naturalnego środowiska wrócić już nie mogą. Mowa o Jaguar Rescue Center.

Te zwierzęta nie przetrwają w naturalnym środowisku więc mieszkają w sanktuarium. Mieszka tu też wiele zwierząt będących w trakcie leczenia, które po jego zakończeniu zostanie wypuszczona na wolność. Tych zwierząt nie oglądamy, ich kontakt z człowiekiem ograniczony jest do minimum. Nie wolno ich do ludzi przyzwyczajać.

Spędzamy w ośrodku prawie dwie godziny i, mimo że byłam pełna obaw, że to kolejna pułapka turystyczna i jakieś przydomowe zoo, to wyszłam stamtąd spokojna. Spokojna i szczęśliwa, że są na świecie ludzie, którzy walczą o to, aby zwierzętom było choć trochę lepiej. Walczą i poświęcają swoje pieniądze, bo za wolontariat w Jaguar Rescue Center nie dostaje się wypłaty, a pobyt i utrzymanie trzeba sobie opłacić samemu.

Krótki krok do Panamy i powrót do San José

A jak reszta czasu… jakoś tak bez większego sensu, nieco leniwie i już bez presji zwiedzania. Udało się nam usiąść jeszcze na chwile na plaży i złapać jedyne i ostatnie promienie słońca w przerwie między jedną a drugą ulewą. Przeszliśmy też przez granice z Panamą spełniając w ten sposób jedyne punkt „must” na liście Wojtka.

Na koniec zostało podsumowanie: przejechaliśmy 2000 km. Nie licząc tego, co w nogach. Zobaczyliśmy z bliska dwa wulkany, dwa wybrzeża, kilka parków narodowych, sporo zwierząt. Przemokliśmy niezliczoną ilość razy…

Podziel się linkiem:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *