15 października, 2026
Kenia — od lwów w Masai Mara do bosych stóp w Diani
Podróż: listopad–grudzień 2023.
W Kenii plan zmienił nam się szybciej, niż zdążyliśmy do niego przywyknąć. Miała być dalsza droga do Tanzanii, skończyło się na Masai Mara i wybrzeżu. Pomiędzy nimi zmieściły się lwy, błoto, ciężarówki, kiepski nocleg i ogromna ulga na widok oceanu. Czyli podróż w naszym wykonaniu.
Masai Mara: najpierw trzeba było tam dojechać
Rano wyruszamy spod granicy Ugandy i Kenii w stronę Masai Mara. Dokładnie naszym punktem startowym jest Busia. Naszym celem jest Rezerwat Masai Mara. Odległość do pokonania to 403 km. Czas według Google – 7 godzin.
Jeżeli dotychczas pisałam, że trasy, po jakich jeździliśmy były „trudne” i więcej miały z off road’u, niż z normalnych dróg, to po dojechaniu do Masai Mara mogę przyznać, że się myliłam. PowiedIec, że jechaliśmy po drogach to bardzo duże nadużycie. Może to kiedyś były drogi przejezdne dla samochodów, ale było to jakieś kilkanaście pór deszczowych temu. Nawet lokalni mieszkańcy kiwali głowami, patrząc na nasze wyczyny…dopadł mnie kryzys i uznałam, że to już jest to miejsce, w którym nie da się pojechać ani do przodu, ani zawrócić… Fenomenem jest dla mnie to, że trasy, które są nieprzejezdne, Google maps widzi jako normalne drogi.
Rada na Afrykę: nie ufaj temu, co widzisz na Google maps, a jeżeli mapa pokazuje, że odcinek 20 km będziesz jechał 2 godziny, to wiedz, że coś jest na rzeczy…
Ta ulga, kiedy przebrnęliśmy przez to co wydawało się nieprzejezdne… bezcenna. Nagrodą za te trudy były cudowne widoki po zbliżeniu się do parku… stada zebr, żyraf, antylop… w tle zachodzące nad sawanną słońce. Do tego widok przechadzających się Masajów ubranych w tradycyjne stroje, wracających z targu, zaganiających zwierzęta do zagród czy wykonujących prace przy domach.
Do Olkinyei Mara Tented Camp dojeżdżamy po zapadnięciu zmroku. Czeka na nas cała obsługa ubrana w masajskie stroje. Gorąco nas witają pysznym sokiem z mango i prowadzą do namiotów. Wow! Prawdziwe spanie w domu — namiocie w środku Afryki. Poczułam się jak w filmie. Namiot ma niewiele wspólnego z naszymi namiotami. Po pierwsze jest wielkości domku. Po drugie ma normalną łazienkę w wodą, prąd i oświetlenie. Ma też ściany, które można odsłonić i poczuć się jakby się było w dżungli. Całą obsługę stanowią Masajowie, którzy w celach zarobkowych oddalili się od swoich wiosek.
Wstępny plan na następny dzień to przejechać przez Masai Mara na granice w Bologonia, a następnie wjechać do Tanzanii i zobaczyć Park Narodowy Serengeti. Przy planowaniu okazuje się, że granica, a w zasadzie mobilny punkt graniczny, jest nieprzejezdna. Tak naprawdę nie obsługuje on ruchu granicznego, a w ogóle to go nie ma z uwagi na porę deszczową. Musimy zmienić plany. Postanawiamy na następny dzień zrobić Safari w Masai Mara oraz odwiedzić wioskę Masajów, przespać się jeszcze jedną noc w Olkinyei Mara Tented Camp i ruszyć w drogę w stronę wybrzeża.
- Kenia — Masai Mara: najpierw trzeba było tam dojechać.
- Kenia — Masai Mara: najpierw trzeba było tam dojechać.
- Kenia — od lwów w Masai Mara do bosych stóp w Diani
- Kenia — Masai Mara: najpierw trzeba było tam dojechać.
- Kenia — Masai Mara: najpierw trzeba było tam dojechać.
Lwy na wyciągnięcie aparatu
Rano po śniadaniu (a w zasadzie przed południem) ruszamy na Safari. Śpimy dosłownie kilka kroków od bramy parku i dzieli nas od niego tylko rzeka. O nosorożce w Masai Mara jest trudno, ale mamy sporą szansę na zobaczenie lwów. Zebry, żyrafy, słonie, antylopy, hipopotamy spacerują niedaleko naszego samochodu. Szybko trafiamy też na dwa gepardy wylegujące się w cieniu drzewa. Piękne są… drzemią czujnie, ale nie bardzo przejmują się naszą obecnością. Kierowca wypatruje w trawie kolejnego geparda. Kociak sprawia wrażenia jakby był w trakcie zdobywania kolejnego posiłku. Majestatycznym krokiem zbliżył się do naszego samochodu, obszedł go i zniknął w wysokiej trawie. Wow! Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko geparda…
W końcu trafiamy na stado lwów. Wylegują się pod krzewami zajmując każdy kawałek cienia. Przewodnik opowiada, że stado liczy 18 osobników. Są wszyscy poza dwoma najsilniejszymi osobnikami, którzy patrolują okolice i pilnują bezpieczeństwa reszty członków stada. Nie mogę się napatrzeć… lwy leżą pojedynczo, w parach, w większych grupach. Tulą się do siebie, miziają, kładą na sobie łby i łapy. Widok jest niesamowicie sielski. Podobny lwy są najbardziej przyjaznymi dla człowieka kocimi drapieżnikami, ale nikt nie ma ochoty tego weryfikować. Oglądanie ich w takich okolicznościach jest niesamowite… żal się robi, kiedy nasz przewodnik rusza dalej.
Z nowości ze świata zwierząt (lub ptaków) spotykamy surykatki, szakala, hienę i orła. Safari jest niesamowitym doświadczeniem. Mimo że już na kilku byliśmy, to nadal wzbudza ono ogromne emocje. Nadal nie trafiamy na lamparta i nosorożca. Tym samym tracimy szansę na zamknięcie Wielkiej Piątki…
- Kenia — Lwy na wyciągnięcie aparatu.
- Kenia — Lwy na wyciągnięcie aparatu.
- Kenia — Lwy na wyciągnięcie aparatu.
- Kenia — Lwy na wyciągnięcie aparatu.
- Zwierzęta na zielonej sawannie Masai Mara.
Wioska Masajów: spotkanie i turystyczny scenariusz
Kierowca podwozi nas pod wioskę. Widzimy jak grupa kolorowo ubranych mężczyzn, wita parę białych turystów. Do nas podchodzi młody chłopak i podaje cenę za wstęp. Jest bardzo wysoka – 30 USD za osobę dorosłą. Schodzi do ceny 20 USD. Dodatkowo proponujemy upominki dla najmłodszych. Nie jest tym w ogóle zainteresowany. Już trochę zniesmaczeni tym wstępem podążamy za nim
Wchodzimy do wioski, czyli enkang. Prowadzi do niej wąska brama. Całość otoczona jest płotem z akacji. Budują go wojownicy bowiem ich zadaniem jest ochrona wioski, a ochrona to także budowa ogrodzenia.
Kiedy jesteśmy już wewnątrz wioski, ustawia się przed nami grupa Masajów. Jeden z nich intonuje pieśń. Zaczynają tańczyć. Taniec jest prosty: na złączonych nogach rytmicznie bujają się w przód i tył. Na ich twarzach widać ogromne znudzenie. Mam wrażenie, że patrzą na nas z pogardą. Wyglądają trochę jak falująca na wietrze trawa.
Największe wrażenie podczas pokazu robiły skoki. Na środek wychodzili mężczyźni i podskakiwali wysoko, trzymając proste sylwetki. Patrzyliśmy na to z zaciekawieniem, choć cały czas towarzyszyło mi pytanie, ile w naszym spotkaniu jest codziennego życia, a ile programu przygotowanego specjalnie dla odwiedzających.
Kolejny pokaz dla białego turysty to lekcja jak rozpalić ogień przy użyciu drewna i wysuszonych odchodów słonia. Pominę aspekt techniczny, bo każdy kojarzy to ze szkoły. Jedyna różnica to to, że u nas trudno o odchody słoni. Kolejnym punktem naszej wizyty jest pokazanie jak tradycyjnie mieszkają Masajowie.
Kiedy nasi przewodnicy zakończyli opowieść o swoim życiu zaprosili nas na… zakupy. Na terenie większym niż boma rozłożone są stragany, a na nich przeróżne rękodzieła. Zakup to dodatkowe wsparcie społeczności. Niestety ceny w wiosce są kilkukrotnie wyższe niż gdziekolwiek poza nią. Próby targowania się nie przynoszą większych efektów. Odchodzimy z pustymi rękami…
Szczerze mówiąc nie wiem czy to jest już planowy koniec zwiedzania, czy są dla nas przewidziane jakieś inne atrakcje, ale zaraz z tego placu targowego udajemy się wprost do wyjścia z wioski…
Jesteśmy mocno zniesmaczeni, czujemy się nieco zlekceważeni i niechciani, jakby nasza obecność była tylko męczącym i nudnym obowiązkiem. Przy wyjściu mijamy parę, która weszła do wioski przed nami, nadal spora ilość Masajów oprowadza ich po bomie. Nasze negatywne odczucia potęguję fakt, że nie wsparliśmy hojnie masajskiej społeczności i stąd taka obojętność wobec naszej grupy.
Wracamy do naszego campu. Jakim zaskoczeniem jest przygotowane ognisko i bawiąca się wokół niego obsługa. Ubrani w kolorowe stroje, tańczą przy masajskiej muzyce. Zapraszają nas do wspólnej zabawy. Oni, tak jak Masajowie w wiosce, także są w pracy, ale na ich twarzach maluje się autentyczna radość z zabawy, w jakiej uczestniczą. Nie ma znudzenia, lecz uśmiech i wspaniała atmosfera. To jest coś o niebo lepsze niż odwiedziny w wiosce.
- Kenia — Wioska Masajów: spotkanie i turystyczny scenariusz.
- Kenia — Wioska Masajów: spotkanie i turystyczny scenariusz.
- Kenia — Wioska Masajów: spotkanie i turystyczny scenariusz.
- Kenia — Wioska Masajów: spotkanie i turystyczny scenariusz.
- Kenia — Wioska Masajów: spotkanie i turystyczny scenariusz.
Dwa dni w drodze do oceanu
Masai Mara i cudowny Olkinyei Mara Tented Camp opuszczamy zaraz po śniadaniu, czyli jak zwykle za późno. Czeka nas cały dzień drogi do Mombasy i Diani Beach. To, co chcemy zrobić to totalne szaleństwo. Mapa pokazuje 780 km, co Google sugeruje pokonać w czasie nie mniejszym niż 14 godzin. To dwa dni jazdy. Wiemy, że gdzieś w połowie musimy mieć nocleg i, że do zmroku mamy raptem 6 godzin. To za mało, bo nie zdążymy pokonać nawet połowy trasy.
O 16:30 przejeżdżamy przez Nairobi. Miasto, które kojarzy mi się głównie z jedną z bohaterek „Domu z papieru”. Ubolewam, że nie mamy czasu, aby je zobaczyć. Z tylnego siedzenia co kilka minut dociera do mnie pytanie: kiedy wreszcie będziemy na plaży? Nairobi oglądamy więc z okien samochodu, jadąc dwupasmową, pustą od tirów autostradą.
O 19:00 (czyli standardowo po zmroku) docieramy do najgorszego chyba na tym wyjeździe noclegu. Noc zastaje nas w miejscowości o nazwie Emali, dziury, w której totalnie nic nie ma. Trafiamy do miejsca o nazwie: The 4 JS Bed and Breakfast Emali. Na bookingu ma zdradliwe 8,2, a za pokój liczą tam sobie niecałe 200 PLN ze śniadaniem. Wyboru dużego nie mamy. Kiedy wchodzimy do środka (już znalezienie wjazdu i wejścia stanowi nie lada wyzwanie), niechętnie wita nas pani, która ewidentnie miała inne plany na wieczór niż obsługa naszej ekipy. Dostajemy dwa obrzydliwe pokoje, z jeszcze obrzydliwszymi łazienkami i kilkoma karaluchami w zestawie (u nas jeszcze jest jaszczurka, ale to akurat na plus).
W naszym nie ma ciepłej wody, więc cierpię niemiłosiernie, zmywając trudy podróży pod zimnym prysznicem. Wyobraźcie sobie moje wkurzenie, kiedy Wojtek załatwia sobie klucz do drugiego pokoju, w którym jest ciepła woda…
Na wyposażeniu lokalu jest pralkosuszarka więc mamy plan wyprać i wysuszyć wreszcie nasze śmierdzące wilgocią ubrania. Dzielimy się obowiązkami: faceci są odpowiedzialni za ogarnięcie jakiejś kolacji, my za pranie. Okazuje się szybko, że pracownica hotelu nie za bardzo umie używać pralki, pierze mimo błędu podawania wody, a cały cykl z suszeniem trwa jej zdaniem 1,5h. Po pierwszym, ustawionym przez nią praniu wyciągamy ubrania wątpliwej czystości. Nie pozwala nam jednak ogarnąć tego po swojemu i nie daje sobie wytłumaczyć, że coś jest nie tak… Kiedy udaje się nam włączyć normalny cykl prania, sprzęt wyrzuca błąd i dopiero kiedy pralkowy cerber udaje się na spoczynek, faceci pralkę naprawiają… sposób jest jeden: wyrzucenie zapchanego filtra od podawania wody.
W czasie naszej walki z pralką Wojtek z Markiem ogarniają kolacje składającą się z garnka zupki chińskiej w dwóch smakach i spaghetti. Dostajemy kategoryczny zakaz wchodzenia do kuchni i słyszymy, że rano na pewno nie jemy w tym lokalu śniadania. Dopiero po wypiciu 1,5 butelki wina, pokazują nam dlaczego… ilość karaluchów żyjąca (kiedyś, bo teraz to już raczej cmentarzysko) w spiżarce i szafkach kuchennych skutecznie odbierała apetyt… Noc jest jeszcze gorsza. Nad łóżkiem, na którym śpię, nie ma moskitiery, wtyczki do kontaktów są w pokojach, w których śpią dzieci, bzyczenie komarów nie daje spać… Na samej twarzy mam rano paręnaście ukąszeń… nie wierzę, że na taką ilość komarów żaden nie będzie przenosił tej cholernej malarii.
Ruszamy dalej w stronę Mombasy. Zostaje nam 408 km, czyli 7 godzin drogi. Po prawej stronie mamy Kilimandżaro. Nie robię zdjęć, bo przecież mamy ją zobaczyć od strony Tanzanii. Jakieś 100 km przed Mombasą Google znowu robi nas w konia i każe pojechać „na skróty”. Kończy się to w miejscu, w którym dalej nie da się już jechać i po raz pierwszy zawracamy. Zamiast skrótu decydujemy się na trasę przez Mombasę i prom. Dodaje nam to godzinę drogi, ale przynajmniej mamy okazje przejechać przez miasto. Mombasa ucierpiała bardzo w czasie ostatnich ulewnych deszczy. Woda płynęła ulicami, zginęło wiele osób. Kiedy jesteśmy w Mombasie już tego nie widać.
Ma się jednak poczucie, że to jest jedno z ważniejszych miast Afryki. Do tego czuć już, że jesteśmy nad oceanem.
Hotel, do którego przyjeżdżamy, jest niesamowity. Pominę już tutaj problemy, jakie zrobili nam przez brak przy rezerwacji zaznaczenia obecności dzieci, ale nawet to nie psuje naszego zachwytu. Po tych wszystkich karaluchowych koszmarach tutaj znajdujemy istny raj na ziemi. Dzieciakom nie przeszkadzała nawet noc. Od razu znajdują plaże… przed nami dwa dni całkowitego relaksu na plaży w Diani Beach.
- Kenia — Dwa dni w drodze do oceanu.
- Widoki podczas drogi przez Kenię.
- Kenia — Dwa dni w drodze do oceanu.
- Kenia — Dwa dni w drodze do oceanu.
- Po długiej trasie: pierwszy wieczór w hotelu.
Diani: wreszcie piasek pod stopami
Docieramy nad Ocean po zmroku… nikomu to jednak nie przeszkadza. Ważne, że jesteśmy! Udało się, choć pomysł jazdy do Diani to było istne szaleństwo. Rzucamy rzeczy do pokoi i idziemy coś zjeść. Restauracja jest przy samej plaży, słychać szum wody, dzieciaki biegają po plaży… wreszcie można złapać chwilę oddechu.
Nasz hotel wygląda imponująco. Po noclegu z karaluchami to miejsce wydaje się rajem. Po dwóch tygodniach w Afryce dostajemy totalnego zawrotu głowy po wejściu na śniadanie… wybór jedzenia jest ogromny i wszystko jest smaczne. Śmiać mi się chce, kiedy jedno z nas z radością robi sobie zwykłe kanapki z wędliną, serem i pomidorem. Pobyt w Diani to chill, nie mamy planów poza odpoczywaniem. Dzieciaki z radością wskakują do basenu i nic im więcej do szczęścia nie trzeba.
Diani to przede wszystkim plaża i Ocean Indyjski. Nic więc dziwnego, że Liwka chce w nim popływać. Ja zostaję na brzegu i patrzę jak powoli zbliżają się do linii wody. Momentalnie dołącza do nich jeden z Kenijczyków, który cały czas siedział na plaży w cieniu skały. Wchodzą razem do oceanu i oddalają się powoli od plaży. Jestem ciekawa co gość od nich chce więc podnoszę się z leżaka i ruszam za nimi.
Kiedy zanurzam stopę w wodzie wyrasta przede mną mężczyzna, który mówi, że jeżeli chce przespacerować się oceanem to on mi pomoże. Odmawiam i ruszam dalej, ale jak to tutaj bywa, on nie daje się łatwo spławić. Po kilku krokach decyduję się przyjąć pomoc. Dno pokryte jest skalami i drobną rafą, trzeba ją pokonać, zanim dojdzie się do piaszczystego dnia. Spacer wcale nie jest taki prosty jak wydawał się z brzegu…
Co jakiś czas mój towarzysz pokazuje mi muszle, rośliny, ryby, rozgwiazdy. Wyciąga wszystko z wody, próbuje podawać do rąk… tutaj nie ma czegoś takiego jak ochrona rafy. Tłumaczę mu, że nie trzeba, że nie musi mi nic podawać, ale on kwituje to wszystko słowami „no problem”.
Spacerujemy tak na tym „morskim Safari” i w pewnym momencie nasi towarzysze każą się nam zatrzymać. Pokazują coś w wodzie, nie do końca wiem, na co patrzeć, słyszę „stonefish” i widzę jak jeden z nich klapkiem dotyka kamienia, który tak naprawdę jest rybą (w naszym języku to szkaradnica). Widzimy jak fioletowy płyn rozlewa się po wodach oceanu. Ryba kamień to jedno z najbardziej jadowitych zwierząt morskich. Jej ukłucia mogą być śmiertelne i wymagają natychmiastowej wizyty w szpitalu. Zgon może nastąpić w ciągu dwóch godzin. Szkaradnica faktycznie wygląda jak kamień, świetnie się maskuje, mało porusza, potrafi przetrwać na brzegu parędziesiąt godzin i naprawdę łatwo pomylić ją z niegroźnym kamieniem.
Zaczynam rozumieć, że towarzystwo „beachboysów” nie było takie zbędne.
„Nasi” beach boys umówili się z nami na następny dzień, na wycieczkę łodzią. Tuk tukami pojechaliśmy na plażę oddaloną kilka kilometrów od hotelu. Muszę przyznać, że była piękna… ogromna, piaszczysta, otoczona z jednej strony ogromnymi palmami. Taka cudowna plaża z folderów biur turystycznych. Łódź z przeszklonym dnem nie była zbyt nowoczesna. Powiedziałabym nawet, że potrafiła nieco rozczarować… Okazało się też, że nasza indywidualna wycieczka jest indywidualną jeszcze dla dwóch rodzin. Poza tym rafa w okolicy Diani Beach (przynajmniej ta, na którą nas zabrano) była dość mała i skromna. Za to była masa ryb.
Do tego spacer po wyspie na środku oceanu (to samo było w Egipcie… wszędzie chyba są takie miejsca, aby było gdzie wozić turystów).
W porównaniu z Parkami Narodowymi, wycieczka łódka była dość… skromna. Był to jednak miły przerywnik między odpoczynkiem przy basenie a odpoczynkiem na plaży. Bo co tu więcej napisać… Diani miało być leniwe i nudne, pełne radości dzieciaków z tego, że mogą popływać i spędzić czas w wodzie… i takie właśnie było nasze Diani… Szkoda tylko, że byliśmy tam tak krótko, ale opady deszczu, który zaczął się w dniu naszego wyjazdu, sprawiły, że z radością ruszyliśmy w stronę Tanzanii.
- Spokojna woda i palmy na wybrzeżu Diani.
- Kenia — Diani: wreszcie piasek pod stopami.
- Rodzinny odpoczynek nad Oceanem Indyjskim.
- Lew odpoczywający w trawie w Masai Mara.























