Zamknij

Bali — wodospady, świątynie i plany, które przegrywały z drogą

Indonezja — Tarasy ryżowe, świątynie i śniadanie w basenie.

Podróż: październik 2022.

Bali miało być wyspą świątyń, wodospadów i odrobiny odpoczynku. Wszystko się zgadzało. Tylko nikt nie uprzedził nas, jak łatwo pół dnia zostawić w samochodzie i jak trudno wyciągnąć wszystkich z basenu. Zaczęliśmy od północy, potem przenieśliśmy się do Ubud. Były zachwyty, ulewy, małpy zainteresowane biżuterią i słynne zdjęcie, za którym nie stała żadna tafla wody.

Północ Bali: basen długo mnie nie zatrzymał

Mieszkamy sobie w północnej części Bali. W pięknym i pasującym do lokalnego wystroju domu. Nie napisałam celowo, że to typowy balijski dom, bo szczerze mówiąc, te, które widzę na ulicach, raczej nie nadają się do wynajmowania turystom. W każdym razie mamy trzy sypialnie, ogromny salon z jadalnią (z których nikt nie korzysta), wielki taras, ogród i basen. Za płotem mamy też morze, ale, że plaża licha i trzeba przejść te 30 metrów, to nikt się tam nie zapuszcza.

Pierwszy dzień upłynął nam na spaniu, odpoczywaniu, jedzeniu i totalnym nicnierobieniu. Liwka jest zachwycona basenem więc więcej do szczęścia nie potrzebuje. Ja po południu jestem już basenem znudzona więc ogłaszam wyjazd w celu pokręcenia się po okolicy.

Niedaleko naszej miejscówki trafiamy na ciekawe miejsce. Z racji tego, że Bali jest wyspą wulkaniczną, nietrudno tutaj o naturalne gorące wody lecznicze. A, że ja nawet w Azji marznę to woda o temperaturze 38 stopni jest dla mnie idealna. Banjar Hot Springs to kompleks basenów położony pośród bujnej, soczystej roślinności. Woda miała zielonkawy odcień, a otaczająca baseny roślinność sprawiała, że chciało się zostać dłużej. Woda wypływa z pięknych i misternie rzeźbionych głów smoków, w cały kompleks jest niezmiernie fotogeniczny.

O 18:30 czeka na nas balijska kolacja przygotowana w wynajmowanym przez nas domu. Obsługa przygotowuje bowiem posiłki. Tym samym rano mamy śniadanie, a wieczorem obiadokolacje. Wszystko świeże i przygotowane w zasadzie na naszych oczach.

Drugiego dnia uznaje, że już za dużo tego siedzenia przy basenie i ruszamy w głąb wyspy. A, że Bali to wyspa wodospadów i świątyń to też taki mieliśmy plan na ten dzień. To, co w dużym stopniu utrudnia zwiedzanie to fatalna infrastruktura drogowa. Trzeba oczywiście zrozumieć, że ukształtowanie terenu wymusiło takie, a nie inne wytyczenie dróg, ale ich stan i szerokość pozostawiają naprawdę wiele do życzenia. W połączeniu z szaleńczym wręcz sposobem jeżdżenia lokalnych mieszkańców i sporym natężeniem ruchu daje to wrażenia na poziomie rollercoastera. Sprawy nie polepsza nawet to, że nasza średnia prędkość wynosi jakieś 20 km/h.

Nasz pierwszy punkt tego dnia to wodospad Melanting, mało o nim w przewodnikach, ale postanawiamy do niego dotrzeć. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że Maps.Me pokazuje całkiem inne miejsce parkingu niż Google.Maps. Droga, która w pierwszym przypadku jest zaznaczona jako ścieżka, w drugim jest zwykłą drogą. Wszystko robi się jasne, kiedy zjeżdżamy z asfaltu i wjeżdżamy w dżunglę. Trasa jest wyłożona betonowymi płytami, pod którymi mieszczą się tylko koła samochodu. Jednego samochodu. Co jakiś czas mijamy domki i zaparkowane przy nich auta. Znaczy to, że da się tutaj dojechać. Z zamkniętymi oczami i wznosząc modlitwy, aby nikt nie jechał z naprzeciwka, docieramy najdalej jak się da. Potem tylko pozostaje nam spacer… i schody.

Jest ich tu około 480, ale wiemy to, dopiero gdy jesteśmy na dole. Tam jednak wita nas huk wodospadu i chłodna bryza się dookoła mgiełki wiec każdy zapomina o czekających nas trudach wspinaczki. Tragedii nie ma, tym bardziej że Liwka pokonuje trasę do góry sama. Skubana ma więcej siły niż ja.

Zaglądamy też do znajdującego się niedaleko wodospadu Labuhan. Jest lepiej, bo tutaj trzeba zejść tylko 175 stopni w dół. Warto, bo ten wodospad jest większy i piękniejszy. Podchodzę prawie pod ścianę spadającej wody i po chwili jestem już cała mokra. Ja i aparat. Ciężko nagrać film, bo po sekundzie obiektyw jest cały w wodzie. Wrażenie niesamowite.

Zajrzeliśmy też do Ulun Danu Bratan. Naczytałam się o świątyni nad jeziorem i górach w tle, więc oczekiwania miałam całkiem konkretne. Na miejscu dostaliśmy głównie chmury. Jezioro było widać tylko kawałek, góry zniknęły, a zdjęcia wyglądały zupełnie inaczej niż te z przewodników. Mimo to samo miejsce miało urok — trochę tajemniczy, trochę mokry.

Kiedy zbliżała się 18:00, ruszyliśmy z powrotem. Nawigacja znalazła nam skrót jeszcze bardziej stromy, wąski i kręty niż wcześniejsze drogi. Na szczęście po dojeździe do willi czekała już balijska kolacja. Po takim dniu nie potrzebowaliśmy niczego bardziej skomplikowanego.

Lovina i wodospady po drodze do Ubud

Z pobliskich atrakcji odwiedzamy największy buddyjski klasztor na wyspie — Brahma Arama Vihara, niewielki i stosunkowo młody klasztor. Można tu przyjechać na tygodniowe sesje medytacyjne w ciszy. Sam klasztor to kilka sakralnych obiektów położonych w pięknym ogrodzie na wzgórzu. Roztacza się z niego piękny widok na morze. Niestety nie udało się nam spotkać ani jednego mnicha. Zaglądamy jeszcze na plaże w Lovinie. Znajdujemy tam mały bar i wypijamy mleko z kokosa, zjadamy owoce i zastaje nas tam wieczór.

Plaża w Lovinie nie wygląda jak z folderów, nie jest super czysto (zresztą nawet w barze nie podają popielniczek i wszyscy kiepują na piasek), nie ma tu złotego piasku (większość plaż na Bali ma kolor czarny, czyli pokryta jest piaskiem pochodzenia wulkanicznego), pełno tu sprzedawców wszelkiego badziewia, ale mimo to, ma w sobie jakiś urok wakacyjnego luzu.

Dzień 4 (sobota) To dzień naszego wyjazdy z okolic Loviny. Wstajemy wcześnie, bo już o 6 rano przypływają po nas małe rybackie łodzie, aby zabrać nas na oglądanie delfinów w ich naturalnym środowisku. Dzielimy się więc na dwie ekipy i ruszamy w morze wraz ze wschodem słońca. Szybko okazuje się, że łódka, w której jest Artur z Martyną, ma zepsuty silnik. Tym samym na środku morza czekało ich przejście na naszą łódkę. O jakichkolwiek zasadach BHP nie ma tu mowy. Zapomnijcie o kapokach, kołach ratunkowych czy czymkolwiek co mogłoby Wam uratować życie. Jukung to rodzaj kajaka z bocznymi płozami więc żywię nadzieje, że nie tak łatwo go przewrócić.

Wracając do delfinów… dopływamy w miejsce gdzie łodzi jest wiele, bardzo wiele… kiedy do nich dopływamy wszystkie te łodzie ruszają w naszym kierunku. Po chwili rozumiem dlaczego: przed nami płynie kilka delfinów i wszyscy chcą je zobaczyć. Zaczyna się pościg… delfiny są jednak szybkie i raz-dwa znikają pod wodą…

Lovina słynie z oglądania delfinów w ich naturalnym środowisku. Ssaki przypływają tu co rano, aby się posilić. Ludzie wykorzystali ich bliskość, by je podglądać… ale podglądanie powinno być dyskretne i ciche, a to, co robią rybacy z Loviny nie ma z tym nic wspólnego. W sumie tylko czekałam na to jak nasz przewodnik wyciągnie wiadro z przysmakami delfinów i w ten sposób zacznie je zwabiać… na szczęście nie praktykuje się tego sposobu, który tak dobrze poznaliśmy na Filipinach w Oslob.

Atrakcje tą można by spokojnie nazwać „polowaniem na delfiny”. Zobaczenie tych ssaków wcale nie jest takie oczywiste, ale przewodnicy starają się zrobić wszystko by ich klienci wyszli na brzeg zadowoleni. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby zatrzymać łódkę w jednym miejscu, wyłączyć silnik i zaczekać aż te piękne zwierzęta podpłyną. A same delfiny? Z jednej strony wydaje się, że niewiele robią sobie z naszej obecności, z drugiej jednak szybko chowają się pod wodę, aby pojawić się gdzieś indziej. W sumie na ich miejscu byłabym wkurzona, gdyby codziennie ktoś hałasował mi nad talerzem ze śniadaniem.

O 8:00 jesteśmy z powrotem w willi, pakujemy rzeczy, jemy ostatnie śniadanie i ruszamy w stronę Ubud.

Po drodze chcemy zobaczyć dwa najładniejsze wodospady na wyspie (No dobra — ja chcę). Pierwszym jest GitGit. Na mapie jednak znajdujemy, w niedalekiej odległości, kilka wodospadów o tej nazwie. Pierwsza próba jest nie do końca trafiona, właściciel parkingu zapewnia, że drogą dojdziemy do wodospadu GitGit, ale dopiero po naszym powrocie przypomina sobie, że to Air Terjun GitGit Waterfall. Kiedy w końcu udaje się nam ustalić, który z wodospadów GitGit jest tym głównym i najładniejszym, okazuje się, że nie czeka nas wcale wymagający treking przez dżunglę, a krótki spacer wzdłuż budek z pamiątkami. GitGit ma 35 metrów i jest piękny, utwierdza mnie w przekonaniu, że wodospady to jeden z większych przyrodniczych cudów.

Spod GitGit ruszamy w stronę najpiękniejszego na wyspie wodospadu Sekumpul. Omijamy parking, bo Wojtek uznaje, że skoro jest droga to da się dojechać dalej. Jedziemy tak wąską ścieżką, że nie minąłby nas nawet skuter. Udaje nam się zaparkować, zjadamy średnio dobry obiad i ruszamy w stronę kasy biletowej. Tam okazuje się, że musimy opłacić przewodnika, bo takie jest ustalenie rządu. Przez to cena za wstęp 20000 (6,5 zł) IDR a 125000 IDR (40,5 zł) Oczywiście przewodnika nie trzeba ze sobą zabierać, ale i tak trzeba za niego zapłacić. Najlepsze jest to, że za samą możliwość zobaczenia wodospadu z daleka trzeba zapłacić 20000 IDR. Kiedyś podobno ten wodospad był mało komercyjny… wybieramy treking z przewodnikiem.

Już po kilkunastu metrach docieramy do punktu widokowego za 20k. Już wiem, że ten wodospad będzie imponujący. Treking to zejście po kamiennych i metalowych stopniach, prawie 100 metrów w dół oraz przejście przez dżunglę i rzekę. Aby dostać się pod sam wodospad trzeba przejść korytem rzeki po bardzo śliskich kamieniach. Nie ma szans zostać suchym. Kiedy stajemy u stop wodospadu szczęka opada mi z zachwytu. Jest ogromny, ma około 80 metrów, piękny, majestatyczny, niesamowicie głośny i zapierający dech w piersiach. Widok wart każdej drogi i każdych pieniędzy.

Jest późna godzina i po chwili pod wodospadem jesteśmy tylko my. Przewodniczka czeka cierpliwie i pilnuje naszych rzeczy, a ja próbuje zmieścić tego kolosa w kadrze i zrobić choć jedno zdjęcie niezalane wodą.

Nie mamy już czasu, aby podejść pod sąsiadujący Hidden Waterfall, który również był w cenie. Zapada zmrok a nas czeka nie tylko wejście na górę ale też jazda do Ubud, a wiemy, że to będzie kilka godzin męczarni. Nie mylimy się, bo na miejsce nowego noclegu docieramy po 20:00. Jesteśmy w Ubud — najbardziej turystycznej części Bali.

Ubud: urodziny, małpi las i ucieczka przed deszczem

Dom, który wynajmujemy, okazuje się być całkiem przyjemną miejscówką. Nieco oddalony od centrum Ubud, jednocześnie blisko cywilizacji. Z pięknym basenem, otwartym salonem i uroczymi sypialniami. Mimo późnego przyjazdu zostaliśmy miło przywitani przez gospodarzy… to właśnie urok Bali.

Niedziela zaczęła się leniwie. Spędziliśmy ją na spacerowaniu po Ubud, mieście, które jest turystycznym i kulturalnym centrum wyspy. Turysta znajdzie tu wszystko: sklepy, knajpy, muzea, świątynie, bazary, masaże, pokazy tańca, pola ryżowe, szkoły jogi, miejsca na spacery… my zaczynamy od wycieczki do Małpiego Lasu (Sacred Monkey Forest Sanctuary Ubud), który jest nie tylko domem dla makaków, ale też sanktuarium, na którego terenie znajdują się trzy świątynie.

Jednak najważniejszą rzeczą w tym pięknym lesie tropikalnym są małpki… widzimy je od momentu przekroczenia bramy. Siedzą na drzewach, posągach, spacerują między turystami, przyglądają się ludziom zajadając przysmaki, bawią się jak dzieci, zjadają ukradzione z torebek kosmetyki czy też po prostu są. Od pierwszych chwil w parku, zachwyt Liwki był rozbrajający. Zmalał, kiedy uświadomiła sobie, że chciałaby małpkę nakarmić, ale te albo mają ja gdzieś, albo są za duże. Tych dużych bał się każdy. Ja szybko poczułam na własnej skórze, że to nie są pluszowe maskotki. Małpki były bardzo zainteresowane moimi bransoletkami na kostce i próbowały mi je ściągnąć, kiedy spotykały się z moją odmową stawały się agresywne.

Zaczynały ciągnąć za ubranie, a nawet potrafiły ugryźć. Nie bez powodu ostrzega się turystów, aby nie mieli przy sobie rzeczy, które łatwo małpki mogą zabrać.

Po wyjściu z Małpiego Lasu zaczęło padać. Ulice szybko zamieniły się w potoki, więc usiedliśmy na obiedzie w Sun Sun Warung. Jedzenie wyglądało jak z reklamowego folderu. Tego dnia był też pomysł na balijski masaż, ale doświadczenie okazało się znacznie mniej przyjemne, niż się spodziewałam. Na drugą próbę już się nie zdecydowałam.

Wschód wyspy: ogrody w deszczu i zachód przy bramie

Ale wracając do tego dnia… Kiedy dojeżdżamy na południowo-zachodnie wybrzeże, postanawiamy rzucić okiem na plaże. Pierwsza jaką widzimy (w okolicy Pesinggahan i Antiga Kelod) to nic wyjątkowego. Spora, pusta ale czarna i niestety na pierwszy rzut oka brudna. Postanawiamy zajrzeć w miejsce, które na mapie oznaczone jest jako Secret Beach. Parkujemy samochód, płacimy jakieś drobne za wstęp, a potem schodami i wąską ścieżką ukrytą wśród drzew, idziemy na całkiem ładną, białą, prawie pustą plaże.

Zdecydowanie z plaż na Bali jakie widziałam ta była najładniejsza. Niestety upał był tak mocny, że wytrzymujemy na niej jakieś pół godziny.

I tak widzimy jak tradycyjną metodą pisze się na liściach palmowych (Lothar) jak wypłata się koszyki, tka tkaniny (Ikat). Skutkuje to tym, że wychodzimy stamtąd lżejsi o kupę kasy ale za to z rękopisem, plecioną torebką i szalikiem. Liwka zachwycona jest kolorowymi kogutami (nie udało mi się ustalić dlaczego są kolorowe) i stadem byków czy też wołów.

Kolejnym punktem tego dnia jest zobaczenie Taman Soekasada (Taman Ujung Water Palace) czyli Królewskiego Pałacu na wodzie. Kiedy jednak zatrzymujemy się na obiad, zaczyna tak lać, że każdy normalny człowiek wróciłby do domu. Ale to w końcu Azja, tutaj wszakże deszcz jest normą i w niczym nie przeszkadza i tak sobie myślę, że w sumie co za różnica przy zwiedzaniu pałacu na wodzie: tu woda i tu woda…

Zabieram parasol (mamy taki na wyposażeniu naszej kasztanki) i idę zobaczyć pałac w strugach deszczu. Pięknych zdjęć nie ma. Ścieżki są śliskie tak, że kilka razy bliska jestem aby jeszcze się w tej wodzie wytaplać. Kieckę mam mokrą po kolana ale i tak uważam, że warto było. Co do samego pałacu to jest to niewielki budynek składający się raptem z trzech pomieszczeń. To przestaje dziwić dopiero wtedy kiedy człowiek uświadomi sobie, że w takiej pogodzie i tak całe życie toczy się na zewnątrz. A na zewnątrz są piękne i duże ogrody. Pałac Ujung zbudował ostatni król Karangasem I Gusti Bagus Jelatnik. Można się nieco pomylić zwłaszcza jeżeli chodzi o określenie jego wieku.

Wilgotne i pokryte mchem budowle wyglądają na nieco starsze niż swoje 103 lata. Miejsce jest urokliwe nawet w strugach deszczu, a kiedy jeszcze poświęci się chwile aby wdrapać się na wzgórze, to można zobaczyć ładny widok na cały kompleks i morze.

Zmoknięta wracam do samochodu i stwierdzam, że tak czy tak muszę zobaczyć drugi, znajdujący się niedaleko ogród czyli Tirta Gangga. Zbudowany kilka kilometrów dalej, przez tego samego króla, do dziś jest własnością rodziny królewskiej. Google podpowiada, że otwarty jest do 17:00 czyli mam kwadrans na to aby go zobaczyć. W kasie okazuje się, że zamykają dopiero o 19:00, więc zawijam towarzystwo, kupuje Liwce woreczek karmy dla karpi, a Wojtkowi wciskam w rękę aparat. Chce czy nie chce… musi mi ktoś zrobić choć kilka zdjęć. Obiekt jest bowiem niesamowicie fotogeniczny. Można sobie skakać po kamiennych płytach zanurzonych w basenach i karmić ryby, spacerować alejkami i mostkami a nawet pływać łódeczką jak po weneckich kanałach.

Przyznaje, że nie mamy czasu na to aby zajrzeć w każdy kąt. Zdecydowanie za dużo marnujemy go na przejazdy. Tego dnia zaplanowałam jeszcze odwiedzenie świątyni Pura Penataran Agung Lempuyang, która jest jednym z pięciu najważniejszych sanktuariów na Bali. Otwarta jest do 19:00 więc myśle sobie, że mamy sporo czasu i wtedy dostaje olśnienia, że co z czasu kiedy o 18:15 zachodzi słońce. Na szczęście do świątyni jest blisko. Wjeżdżamy na parking na którym stoi już tylko kilka aut i orientujemy się, że tego jeszcze nie ustaliłam. Resztę stromego podejścia pod świątynie trzeba już pokonać na nogach. Kiedy wchodzimy na pierwszym dziedziniec, oczom naszym ukazuje się słynna balijska Brama Niebios.

Bram tych widzieliśmy już wiele, w świątyniach małych i dużych, wioskach czy na ulicach. Ta jednak jest najpopularniejsza i to dzięki internetom. Przepiękne zdjęcia z tego miejsca królują jako najlepsze fotki z Bali.

To jest jednak jedno z największych oszustw Internetu. Piękne zdjęcia z bramą odbijającą się w tafli wody i ze szczytem wulkanu w tle to fake. Nie ma tam żadnej wody! Brama jak brama. Jedyne co to to, że faktycznie widać przez nią szczyt wulkanu. Przed brama siedzi hindus, który wywołuje numery. Podaje mu się telefon, a on przykłada do niego lusterko i robi kilka ujęć krzycząc w między czasie aby zmienić pozycje. Nie wolno się przytulać, całować, pozować w pozycjach jogi. Wszystko trwa dosłownie minute, wszystko poza czekaniem bo aby zrobić sobie tam zdjęcie niejednokrotnie trzeba czekać kilka godzin.

Nie ma szans aby pominąć kolejkę nawet jeżeli nie chce się mieć zdjęcia z wodą, której nie ma.

Kiedy my tam podchodzimy nie ma nikogo poza obsługą i jedną rodziną. Najpierw zostajemy pobłogosławieni wodą, a potem robimy sobie słynne zdjęcia. Nie musimy czekać i dostajemy zamiast pięciu ujęć, zdjęcia w pojedynkę i we dwójkę i w trójkę, choć obsługa jest mocno zaskoczona kiedy Wojtek odmawia pozowania. Chyba jest jedyną osobą w historii tej świątyni i słynnych zdjęć, która odmówiła nie musząc czekać w żadnej kolejce. Ulega dopiero namową Liwki ale po pierwszym ujęciu odmawia dalszego pozowania. Mina balijczyków była bezcenna. Mamy na tyle czasu i luzu, że możemy zrobić sobie też zdjęcia sami.

Oglądamy piękny zachód słońca na tle wulkanu. Kiedy opuszczamy świątynie jesteśmy ostatni. Minus tak późnego przybycia był taki, że tak naprawdę nie zdążyliśmy zobaczyć pozostałej części kompleksu. Plus, że trafiliśmy na zachód słońca i byliśmy jedyni. Ostatni bus zwozi nas na dół. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że z tego pośpiechu, na parkingu zostawiliśmy otwarty samochód, a w nim drona i aparat. Na nasze szczęście nikt nic nam nie ukradł.

Zapada ciemna noc kiedy wracamy do Ubud. Powrót to ponad dwie godziny w samochodzie. Rozmawiamy o tym, że normalnie mielibyśmy w aucie bagaże i znaleźli nocleg pod świątynią, rano poszlibyśmy ją na spokojnie zwiedzić i ruszyli byśmy dalej…

Tarasy ryżowe, świątynie i śniadanie w basenie

stacjonujemy w Ubud, w całkiem ładnej willi mieszczącej się kwadrans spaceru od głównej ulicy. Codziennie leje. Lokalni mówią, że to jakaś anomalia, bo pora deszczowa zaczyna się za miesiąc. Mam już dość ryżu i naleśników na śniadanie.

Znowu dzień zaczynamy za późno… ruszamy z bazy koło 12:30, zważając, że zachód słońca jest zaraz po 18:00, nie mamy nawet 6 godzin na zwiedzanie. Jedziemy na północ od Ubud, zaraz za miastem zaczynają się pola z tarasami ryżowymi. Widok dość powszechny na Bali. Tarasy znamy z Filipin i tamte są zdecydowanie większe i co tu dużo mówić: ładniejsze. Te za to mają piękny, intensywny kolor. Z oglądaniem pół ryżowych to jest tak, że trzeba trafić na odpowiedni moment jego wzrostu, żeby zamiast basenów wypełnionych błotem, zobaczyć intensywnie zielone rośliny.

Nie przejeżdżamy nawet 10 km, kiedy zapada decyzja, że stajemy na obiad. W Tegallalang restauracji jest masa i z każdej rozpościera się widok na tarasy ryżowe. Chyba z każdej można na tarasy wejść, większość lokali ma huśtawki oraz inne miejsca do robienia zdjęć i w każdej serwują to samo. Siadamy więc w pierwszej lepszej knajpie, zamawiamy jedzenie i podziwiamy widoki. Ja oczywiście wpadam na genialny pomysł, aby się nieco tarasami ryżowymi przespacerować… proste to nie jest, bo przejścia pomiędzy nimi są wąskie i zarośnięte trawą. Jest ślisko i chwila nieuwagi może spowodować upadek na niższy poziom, czyli w sam środek błota.

Równowagę tracę raz… na szczęście wpadam do tarasu na poziomie, na którym jestem… uczucie jakbym zanurzyła się w bagnie.

Oczywiście samych pól ryżowych nie zwiedzamy. Po pierwsze: irytujący jest brak oznaczeń i miejsc wejścia na takie zwiedzanie, po drugie: spacer robimy sobie od strony knajpy i to w zupełności nam wystarcza, po trzecie: Liwka i pola ryżowe nie jest dobrym połączeniem.

Ruszamy dalej na północ zobaczyć dwie świątynie. Pierwszą jest Pura Gunung Kawi Sebatu. To XI wieczny kompleks świątynny ukryty w malowniczej dolince. Nie ma tu prawie nikogo. Miejsce wyglada niczym uśpiony, tajemniczy ogród… kamienne rzeźby są zarośnięte mchem, rośliny wynurzają się z każdego możliwego miejsca. Pusto, cicho i refleksyjnie. Można zanurzyć się w szumie wody i odciąć na chwile od całego świata.

Zupełnie inna jest kolejna świątynia, do której zaglądamy. Mieszcząca się niedaleko Pura Tirta Empul — Świątynia Świetego Źródła. Kiedy pod nią podjeżdżamy widzimy jak do środka zmierza rzesza ubranych odświętnie Balijczyków. Kiedy do niej wchodzimy (wiadomo trzeba kupić bilet i zawinąć się w sarong), trafiamy na uroczystości. Mamy możliwość zobaczenia najpierw tańca młodych mężczyzn, a potem kobiet, a wszystko to przy muzyce granej na żywo. Później patrzymy jak Balijczycy zażywają kąpieli w świętych źródłach, otrzymują błogosławieństwo znakiem, którego są ziarenka ryżu przyklejone do czoła. Na koniec wszyscy ruszają w wielkiej procesji.

Próbowałam potem ustalić, jakie to było święto, ale od Francuza mieszkającego na Bali od 20 lat usłyszałam, że tu codziennie jest jakieś święto i ciężko za tym nadążyć.

Jak już nacieszyliśmy zmysły doznaniami w świątyni, z racji, że zbliżał się już wieczór, postanowiliśmy zajrzeć jeszcze pod wulkan Gunung Batur. Piszę „pod”, bo z oczywistych przyczyn nawet nie wpada nam do głowy, aby udać się na treking na jego szczyt. Można wtedy obejrzeć wschód słońca z widokiem na najwyższy wulkan na Bali Agung, który ma 3142 metry wysokości i jest wulkanem aktywnym. To on przebudził się w 2017 roku, wypluwając z siebie pył i dymy wulkaniczne. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1963 roku, kiedy to wulkan wyrzucił z siebie kolumnę erupcyjną o wysokości około 25 km. Popiół opadł nawet 1000 km od wulkanu a wszystko co pod nim zostało zalane lawą.

Wracamy do Ubud. Następnego dnia rano mamy zarezerwowane słynne balijskie „Floating breakfast”. Wojtek rezygnuje z tej atrakcji, gdyż ktoś musi zostać z Liwką. W restauracji, w której mamy rezerwacje, dzieci nie mogą przebywać na poziomie, na którym są baseny. Wiemy jak ciężko będzie to małej wytłumaczyć, więc postanawiamy jej tam nie zabierać. Na śniadanie ma się wybrać pozostała trójka ekipy. Rano jednak zaczyna padać. Mimo że pogoda na Bali jest zmienna a do 7:00 jest jeszcze godzinato pozostali uczestnicy rezygnują z wypadu. Zostaje więc sama, bez fotografa i transportu… czyli d… z pływającego śniadania.

Wojtek jednak bierze sprawy w swoje ręce, przekonuje Liwke, że jedziemy na super śniadanie i wcale nie musi go jeść w zimnej, basenowej wodzie. Mała się zgadza pojechać, pod warunkiem, że śniadanie zje jak człowiek… przy stole. O 7 rano jesteśmy w Cretya Ubud. Śniadanie to koszt 100 zł i wcale nie trzeba go jeść w basenie. Mimo bycia dzieckiem Liwia też musi zapłacić za wstęp 50 PLN. Na miejscu dostajemy własną obsługę i napar z jakiejś dziwnej herbaty. Jest też opcja z kawą, ale widok luwaków w klatkach skutecznie nas zniechęca. Zostajemy zaprowadzeni nad basen. Zanim zostanie podane śniadanie, mam czas na to, żeby wejść do wody. Jest zimna i zaczynam żałować swojego pomysłu.

Słyszę wtedy za sobą głos: „Właź! Nie po to chyba zapłaciłaś, żeby zjeść śniadanie przy stole”. Szybko okazuje się, że dzieci nie mogą przebywać nawet na poziomie basenów, więc Liwia musi się przenieść wyżej do restauracji. Dostaję tace z jedzeniem i mam swoje „Floating breakfast"… Nie dość, że jego ilość jest ogromna, to jeszcze wszystko wspaniałe wyglada. Poza nami w całym obiekcie nie ma nikogo. Dopiero po 9 zaczynają się pojawiać pierwsi goście. My wtedy, najedzeni do nieprzytomności ruszamy na spacer przez ogród i tarasy ryżowe znajdujące się obok basenów. To Alas Harum Bali — całkowicie skomercjalizowane tarasy ryżowe.

Są tu ścieżki, mostki, miejsca do robienia zdjęć, huśtawki, park linowy… mamy to w cenie śniadania, więc korzystamy z tej możliwości. Nie zdecydowałaby się jednak na to, aby przyjść tam, tylko zobaczyć jak rośnie ryż. Ładnie, ale zbyt komercyjnie.

Podziel się linkiem:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *