15 października, 2026
Brazylia — Rio, rytm Salvadoru i dwanaście godzin po Rio Negro
Podróż: listopad–grudzień 2025.
Brazylia nie pozwalała nam przyzwyczaić się do jednego widoku. Najpierw Rio z górami i oceanem, później kolorowy Salvador, potężne wodospady i wreszcie Amazonia. W tym wszystkim zmieścił się jeszcze egzamin zdawany w rozgrzanym samochodzie. Bo przecież na urlopie też można mieć jakieś zajęcie.
Rio na początek: Copacabana i Głowa Cukru
Ciężko opisać pierwsze wrażenie, bo w zasadzie od razu przejechaliśmy do tej „najbardziej luksusowej” części miasta – na plażę Copacabana. Im bliżej lotniska a dalej od centrum, tym widoki były bardziej przerażające i smutne..: Tu jednak też nie jest jakoś „luksusowo”. Śmieci, biedota i korki.
No ale jest też i ona… Copacabana – jedna z najsłynniejszych plaż świata… 4 kilometry jasnego piasku i ciągnąca się wzdłuż niego promenada. Deptak wyłożony jest mozaiką odgapioną od lizbonczyków. Nie ma tu cienia palm ani klimatycznych budek ratowników. Jest za to widok na „Głowę Cukru”, a za plecami czujny posąg Chrystusa, który wita przybywających do miasta od strony morza…
Żeby jakoś wykorzystać ten pierwszy dzień postanawiamy wjechać kolejką na Pão de Açúcar czyli „Głowę Cukru”.
My jednak wybraliśmy bardziej popularną metodę dostania się na jej szczyt – podobnie jak sam James Bond w „Moonraker” wjeżdżamy na górę jedną z najstarszych na świecie kolejek linowych.
I tu trzeba przyznać jedno: Rio de Janeiro zyskuje gdy patrzy się na nie z góry. Dopiero stąd widać piękne plaże o kształcie półksiężyca, otaczające metropolię góry i wzgórza, zatokę, nowoczesne centrum z wieżowcami i wzniesienia oblepione domkami biedoty. Nie dziwię się, że ktoś kiedyś uznał to miejsce, za jeden z najpiękniejszych punktów widokowych Ameryki Południowej.
- Brazylia — Rio na początek: Copacabana i Głowa Cukru.
- Brazylia — Rio na początek: Copacabana i Głowa Cukru.
- Brazylia — Rio na początek: Copacabana i Głowa Cukru.
- Brazylia — Rio na początek: Copacabana i Głowa Cukru.
Corcovado i spacer przez centrum Rio
Postanowiliśmy wjechać na górę pożyczonym samochodem, mimo że nigdzie nie znalazłam informacji, aby był tam parking. Już, gdy podjechaliśmy pod wzniesienie i zaczęliśmy piąć się w górę, przed maskę wypadł jakiś koleś krzycząc, że nie ma wjazdu i jeżeli chcemy zobaczyć pomnik to musimy zostawić auto na dole i wjechać ich busem… rzucił ceną (około 200 reali brazylijskich), pokazał identyfikator, przekonywał na życie babci… stwierdziliśmy, że spróbujemy, a jak się nam nie uda wjechać to do niego wrócimy… rzucił w naszą stronę kilka przekleństw po portugalsku i odpuścił.
Ruszyliśmy pod oficjalny punkt z biletami. Droga stroma i kręta, ale nasze „pierdzikolko” dało radę. Po drodze minęliśmy rząd zaparkowanych wzdłuż pobocza aut, lecz były zbyt daleko, aby pokonywać drogę od nich pieszo. Jak dotarliśmy na górny parking, okazało się, że jest zamknięty dla zwiedzających. Znowu pojawili sie „lokalni przewodnicy” mówiąc, że możemy zjechać niżej, zaparkować na drodze, a oni kierowcę przywiozą na górę motocyklem… za jedyne 100 BRL (niecałe 70 PLN). Mafia. Nie było wyjścia. Żerdas pojechał zaparkować, wrócił na moto i mówi, że bardzo boli go część ciała, na której się siedzi… myślałam, że się biedaczysko potłukł na tym jednośladzie. Okazało się jednak kolokwialnie mówiąc, że czuje się… oszukany.
W drodze do kasy kilkukrotnie próbowano nas przekonać, że bilety warto kupić u „lokalnych przewodników”, że mają wspaniałą cenę i nie trzeba czekać w żadnych kolejkach. Postanowiliśmy jednak sprawdzić w oficjalnej kasie… dzięki temu zaoszczędziliśmy po 100 BRL na osobę, bo owi naganiacze do ceny biletu doliczali sobie przejazd ich busem. Oficjalna i obowiązująca cena za wstęp i dojazd busem to 85 BRL (niecałe 60 PLN).
Bus dojeżdża na sam szczyt, później winda, ruchome schody i jest! Najsłynniejsza rzeźba Jezusa Chrystusa na świecie! Nie pisze, że największa, bo ten tytuł już dawno straciła m.in. na rzecz rzeźby Chrystusa w Świebodzinie. (Więc gdyby ktoś nie miał w planach jechać do Rio, a chciał stanąć pod rzeźbą Jezusa Chrystusa, to śmiało może wybrać Świebodzin).
Okazało się, że zrobienie sobie zdjęcia z figurą w tle i bez ludzi jest w zasadzie… niemożliwe. Byliśmy na górze o 9:30 i były już tam dzikie tłumy. Gdy zjeżdżaliśmy na dół była 11:15 i ciężko było się przecisnąć przez rzekę ludzi pod cokołem. Zwiedzanie nie trwa aż tyle, bo obejście posągu i zrobienie zdjęć to najwyżej 30 minut, ale gdy dochodzi chęć zjedzenia lodów, wypicia piwa i delektowania się towarzystwem prawie oswojonego koati, to czas ten znacznie się wydłuża.
Ruszyliśmy więc do cywilizowanego centrum Rio de Janeiro. Gdzie znowu trafiliśmy w sam środek przemysłu turystycznego. Escadaria Selarón to obok Chrystusa najsłynniejsza atrakcja Rio. Autorem schodów był chilijski artysta Jorge Selarón, który przyjechał do Rio w latach 80. Mieszkał tu jako artysta-włóczęga, malarz i wizjoner. Schody były jego życiowym projektem, któremu poświęcił ponad 20 lat i to dość dosłownie, bowiem został na nich znaleziony martwy. Do dziś nie wyjaśniono, czy było to morderstwo, czy samobójstwo. W każdym razie Selaron zaczął dekorować schody przed swoim domem i tak rozpoczął projekt swojego życia… później ludzie z całego świata przysyłali mu kolorowe płytki i dzięki temu powstało naprawdę niesamowite miejsce.
Jeżeli chce się zrobić zdjęcie w dolnej części schodów, na której znajduje się napis: „Schody Selarona. Rio de Janeiro” to trzeba odstać swoje w kolejce. I tutaj znowu Was uraduje: jak się dobrze poszuka to i w Polsce można znaleźć zdobione, kolorowe schody inspirowane dziełem Selarona.
Później udaliśmy się na spacer po tej centralnej, najstarszej części Rio, gdzie nowoczesne biurowce przeplatają się z pokolonialnymi budynkami teatrów, bibliotek i pałaców. Sporo tu pięknych kamienic pamiętających kolonialne i cesarskie Rio. Przepiękne przykłady architektonicznego Belle Époque i modernizmu. Niczym perły wśród świń… Niestety w sporej większości zabite deskami, pomalowane graffiti i będące schronieniem dla bezdomnych. Smutno patrzeć, bo gdyby były odnowione i zamieszkałe nadałyby tej części Rio przepiękny charakter.
Jest jeszcze jedna „perełka” architektoniczna — Catedral Metropolitana de São Sebastian do Rio de Janeiro – potocznie katedra metropolitalna. To jeden z najbardziej charakterystycznych (i kontrowersyjnych) budynków miasta. Ma kształt piramidy Majów i miała pokazać, że da się odejść od klasycznej bryły świątyń. Powstała więc budowla z czystego betonu, nawiązująca swoim wyglądem raczej do obecności obcych na ziemi. Ratują ją tylko przepiękne i ogromne witraże, ale aby je zobaczyć, należy zajrzeć do środka…
Wydeptaliśmy tego dnia ponad 20 kilometrów po Rio de Janeiro. Zostało nam dzisiaj pół dnia i ruszamy rzucić okiem na kolonialny Salvador de Bahia.
- Brazylia — Rio, rytm Salvadoru i dwanaście godzin po Rio Negro
- Brazylia — Corcovado i spacer przez centrum Rio.
- Brazylia — Corcovado i spacer przez centrum Rio.
- Brazylia — Corcovado i spacer przez centrum Rio.
Rocinha z Leandro: za pocztówkowym widokiem
Z jednej strony chcieliśmy poznać to miejsce, z drugiej – pamiętając o zamieszkałych cmentarzach w Manili nie mieliśmy ochoty patrzeć na "ludzkie zoo". Poza tym ja jak zawsze optowałam za zorganizowaną wycieczką z przewodnikiem… niektórzy zaś nie zważając na ostrzeżenia chcieli wyruszyć samemu lub z typem spotkanym w nocy na plaży. Na szczęście wygrała moja opcja i ruszyliśmy zwiedzić największą fawele w Rio – Rocichne. Według różnych źródeł zamieszkuje ją obecnie około 200 tysięcy osób. Na powierzchni nieprzekraczającej kilometra kwadratowego!
Jak wygląda poznawanie faweli? W umówionym miejsce spotkaliśmy się z naszym przewodnikiem Leandro. Opowiedział krótko co chce nam pokazać i, że najpierw dostaniemy się na górę faweli, a później pieszo będziemy schodzić w dół. No ale jak to na górę? Fawele stoją na prawie pionowym wzniesieniu, a głównym środkiem transportu są tam moto taksówki. Każdy dostał swojego kierowcę i ruszyliśmy w górę…
I nigdy nie przeżyłam czegoś takiego na motocyklu… jazda pod górę, wyprzedzanie na piątego, w sznurze innych motocykli, samochodów i autobusów… omijanie, jazda na czołówkę i to na ostrych zakrętach, strome podjazdy, nawrotki, rozmowy z innymi motocyklistami… Ale gdy mój kierowca wyciągnął telefon i zaczął odpisywać na wiadomości to już mi się słabo zrobiło… nigdy czegoś takiego nie przeżyłam i pewnie nigdy bym się nie odważyła, ale było to coś niczym sceny akcji z filmu sensacyjnego…
A potem zaczęła się opowieść Leandro i spacer w dół… Przed spacerem ustaliliśmy z przewodnikiem zasady fotografowania. Leandro mówił nam, gdzie wolno fotografować, a gdzie kategorycznie trzeba schować telefon.
I było takie miejsce… kazał wszystko schować i trzymać się blisko. Weszliśmy w wąską uliczkę pełną sklepów i straganów… ledwo mijały się dwie osoby… a te które nas mijały były uzbrojone niczym żołnierze i nie była to broń krótka… na jednym z mijanych straganów leżały w woreczkach owoce. Siedzący za stołem mężczyzna porcjował i pakował kolejny towar… a temu było już bliżej do mąki niż papai…
Fawele to jedna wielka samowola budowlana. Domy są do siebie przyklejone tworząc niesamowitą mozaikę. Ma się wrażenie, że zaraz się to wszystko zawali. Do niewielkiej ilości budynków da się dojechać samochodem. Do reszty prowadzą wąskie przejścia i schody niczym labirynty. Bez przewodnika nie ma szansy się w nich nie zgubić… mija mnie matka z małym dzieckiem, chłopczyk z plecakiem, starsze kobiety z zakupami… toczą się rozmowy, handel, usługi… miasto w mieście… osobny twór… takich miejsc w Rio jest około 1000! 1000 małych społeczności wykluczonych z „normalnego” funkcjonowania i zepchniętych na margines miasta.
Leandro pokazał nam względnie bezpieczne i przyjazne miejsce, które rządzi się swoimi prawami. Ale czy na pewno? Skąd więc te historie o biedzie, narkotykach, nastoletnich matkach muszących zarabiać na ulicy, codziennych strzelaninach, korupcji i walce o wpływy? Czy to już tylko historia i fawele stają się atrakcją turystyczną, podczas której będziemy oglądać podziurawione kulami ściany i słuchać jak to kiedyś gangi walczyły o wpływy…
- Brazylia — Rocinha z Leandro: za pocztówkowym widokiem.
- Brazylia — Rocinha z Leandro: za pocztówkowym widokiem.
- Brazylia — Rocinha z Leandro: za pocztówkowym widokiem.
- Brazylia — Rocinha z Leandro: za pocztówkowym widokiem.
Salvador: kolory, deszcz i dźwięk bębnów
Kiedy czytałam, że będąc w Brazylii, trzeba koniecznie odwiedzić Salvador, nie rozumiałam co tak wyjątkowego ma w sobie to miasto. Szybko przekonałam się, że to jednak prawda i podpisuję się pod nią obiema rękami… Może i Rio to wizytówka tego kraju, ale prawdziwa jego dusza to właśnie Salvador… To miejsce, w którym Brazylia zaczęła oddychać. Pierwsza stolica kraju, port słynący z kolonialnych pałaców i afrykańskiej duchowości, miasto, które od pół tysiąca lat nie zwalnia tempa. Przesiąknięte muzyką, zapachem dendê (używany w tutejszej kuchni olej palmowy), kolorami Pelourinho i energią, której nie da się z niczym porównać.
Największy skarb Salvadoru to jego kolonialne centrum – Pelourinho. Pastelowe kamienice, barokowe kościoły, bruk i elewacje, które wyglądają, jakby ktoś rozlał na nie farby. Kiedyś, przez prawie trzydzieści lat stał tu pręgierz do karania niewolników. Pelourinho było miejscem egzekucji i kar – dziś symbolicznie zmieniło się w przestrzeń wolności i sztuki. Cała dzielnica znajduje się na liście UNESCO co nieco zmusiło państwo do zainwestowania w tę część miasta. Odnowiono więc fasady kamienic, otwarto sklepy i restauracje. Jest tu w miarę bezpiecznie zapewne dlatego, że na każdym rogu widać tu policję.
Salvador w czasach swojej świetności musiał być przepiękny. Pełen ociekających złotem kościołów (ponoć jest ich w mieście aż 365), pałaców portugalskiej szlachty, starych latarni, fortów i malowniczych zaułków. Dziś niestety odnosi się wrażenie jakby chwilę temu zakończyła się tu wojna… budynki — zwłaszcza poza ścisłym centrum są bardzo zniszczone, często to ruiny. Ma się wrażenie jakby miasto umierało… szkoda, bo jego potencjał jest ogromny, a piękne miejsca można znaleźć także poza centrum.
Spędziliśmy tu tylko dwa dni. Zamieszkaliśmy w jednej ze starych, kolorowych kamienic. Pogoda nas nie rozpieszczała bowiem cały ten czas padał deszcz. Za to od pierwszego momentu miasto rozpieszczało nas… muzyką. Jeszcze zanim otworzyłam oczy dźwięk bębnów odbijał się od ścian kamienic… a później cały dzień podążał za człowiekiem. Wszakże to tu odbywa się największy karnawał na świecie i stąd wywodzi się samba — reggae i słynny bębniarski zespół Olodum.
Salvador zapada w pamięć kolorami — niesamowite odcienie kamienic, barwne stroje kobiet, wstążeczki powiewające na wietrze i smakami: tu kuchnia ma zdecydowanie inny wymiar. Smak Moqueca Baiana zostanie ze mną na dłużej… to jedno z najbardziej znanych dań Brazylii – ale to wersja z Bahii jest tą „oryginalną” i najbardziej aromatyczną. To gulasz z ryby lub owoców morza, na mleku kokosowym, oleju dendê, z cebulą, papryką, kolendrą i pomidorami. Smak — nieziemski!
I pomimo tego, że nie ma tu gdzie zaparkować, ktoś obił nam wypożyczony samochód, a Wojtas kierując się odruchem serca został naciągnięty na cztery porcje jedzenia dla bezdomnego i jego rodziny to nadal każdemu, kto będzie się wybierał do Brazylii będę powtarzać – jeżeli chcesz poczuć ten kraj i jego kulturę to jedź do Salvadoru. To tutaj bije serce Brazylii.
- Brazylia — Salvador: kolory, deszcz i dźwięk bębnów.
- Brazylia — Salvador: kolory, deszcz i dźwięk bębnów.
- Brazylia — Salvador: kolory, deszcz i dźwięk bębnów.
- Wieczorny Salvador po deszczu.
Brazylijskie Iguaçu i egzamin między kaskadami
Pierwsze podejście do wodospadów robimy od strony brazylijskiej. To krótsza, bliższa i łatwiejsza trasa. Nie mamy dużo czasu, bo o 14:00 mam egzamin, który muszę napisać zdalnie. Ale jak to zwykle — ruszamy za późno. Do tego GoogleMaps prowadzi jakimiś opłotkami, bo nie widzi głównej drogi, na której jest remont. Za kasami jest duży parking, szybko kupujemy bilety (117 BRL, czyli jakieś 80 PLN) i stajemy w kolejce do autobusu. Jedzie on wzdłuż trasy i na każdym z przystanków można z niego wsiąść (lub wsiąść do niego).
My wysiadamy na przystanku Trilha das Cataratas i wąską ścieżką ruszamy w stronę wodospadów. Jest przyjemnie, bo idzie się w cieniu, a w punktach gastronomicznych można uzupełnić płyny. Końcowy etap spaceru to wejście na najbardziej znaną kładkę – Passarela do Garganta do Diabo.
Jest masa ludzi (niedziela) i bardzo mokro. Zostaje sama więc mam z tego miejsca tylko jakieś sweet focie. Słońce oślepia więc zdjęcia robię na wyczucie. Ludzi jest tyle, że ciężko się przecisnąć do barierki, a woda tak się rozbryzguje, że po chwili jestem cała mokra. Ten taras wysunięty nad rzekę to niesamowicie fajna sprawa! Stoisz u stóp wodospadu i możesz z tej niecodziennej perspektywy oglądać ten spektakl. Ja wracam cała mokra, reszta ekipy jest za to najedzona, bo zdążyli odwiedzić restaurację. Za niecałą godzinę mam egzamin i już wiem, że nie zdążę na niego do hotelu.
Kiedy docieramy do bramy parku zostaje mi 5 minut do rozpoczęcia testu. Potrzebuje Internetu, trochę ciszy (jak na złość wszędzie gra jakaś muzyka) i spokojnego miejsca, żeby usiąść i włączyć kamerę. Pędzę więc do samochodu, który nagrzany jest jak piekarnik. Nie mam już czasu, aby go odpalić, bo zaczyna się egzamin… Jest tak gorąco, że telefon parzy mnie w dłonie, a ja modlę się, żeby nie wyłączył się z przegrzania. Mało nie dostaje udaru! No ale udaje mi się napisać i co ważniejsze — zdać!
Amazonia: dwanaście godzin na Rio Negro
Z samego rana jedziemy do portu i wsiadamy do łódki. Wypływamy na Rio Negro. Ta rzeka zdobywa serce od pierwszej sekundy. Jest czarna jak atrament, ale jednocześnie czysta jak szkło. Nie ma komarów, bo jej kwaśna woda je odstrasza. Nie miesza się z Amazonką, jakby obie rzeki pochodziły z dwóch różnych światów. To tutaj żyją różowe delfiny, tu odbija się niebo, a o zachodzie słońca cała rzeka zamienia się w lustro światła. To też najdłuższy dopływ Amazonki. Jej kolor nie pochodzi od błota ani zanieczyszczeń. Jego przyczyną są garbniki (naturalne barwniki pochodzące z lasów), materia organiczna oraz rozkładające się liście i korzenie, które barwią wodę tak, jak liście herbaty barwią wodę w kubku.
Patrzę, na ciemne wody rzeki i zastanawiałam się, czym to miejsce różni się od wielu jakie dotychczas widziałam… Otaczające mnie domy na palach i panująca dookoła cisza sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać nad sensem swojego życia… bo wyjątkowo głośno słychać tu własne myśli. Wsiadamy do kolejnej łódki, która bardziej przypomina kajak i płyniemy na treking po amazońskiej dżungli.
Szczerze, to zanim moja stopa tam stanęła zastanawiałam się po co mi to? Moje zamiłowanie do chodzenia po lesie jest takie jak do fizyki kwantowej. No ale jest za późno… zabieram butelkę wody i ruszam… początkowo jestem zawiedziona. Dżungla przypomina nasz nowohucki zagajnik za blokiem, który umiłowali sobie menele. Małe i drobne drzewka, które bardziej przypominają krzaki. Dziwne jest tylko to, że chodzi się jak po materacu… czuję jak ziemia się podemną ugina. Przewodnik opowiada jak rok w rok ten teren zalewany jest przez wody Rio Negro. I wszystko jasne… Ruszamy w głąb lasu. Co chwilę zatrzymujemy się i słuchamy o roślinach…
Nic jednak nie robi takiego wrażenia jak… ptasznik amazoński. Widziany nie przez szkło terrarium, lecz kilka kroków obok… siedzi na liściach, małe, włochate i przerażające! To największy pająk Amazonii. Niby jego jad nie jest śmiertelny dla człowieka, ale w przypadku bliższego spotkania z nim raczej bałabym się, że umrę na zawał.
Wyprawa do dżungli to nie zwyczajny spacer po lesie… wilgotność jest tak duża, że po kilku krokach czuję jak zaczyna się ze mnie lać! Dosłownie! W żadnej saunie nigdy tak się nie pociłam. Woda spływała ze mnie stróżkami, a ja mam wrażenie, że idę w deszczu. Do tego bardzo ciężko się oddycha. Męczy nawet powolne chodzenie po równym. Oddychanie staje się wysiłkiem, czuję jakbym była otoczona gorącą, wilgotną mgłą z niską zawartością tlenu. Lokalni mówią na to „ciężkie powietrze dżungli”, a ja mam wrażenie, że zaraz zemdleje. Ratuje nas… ulewa. Przez pierwsze kilka minut przez gęste korony drzew krople nas nie dosięgają. Chwilę później wszyscy zakładamy peleryny. Deszcz jest jak wybawienie, przynosi ulgę w oddychaniu.
Co za paradoks — Amazonia zwana płucami ziemi okazuje się miejscem, w którym trudno jest złapać oddech.
Płyniemy do domu na palach, gdzie mamy chwilę na załadowanie baterii i obiad. Serwują nam przyrządzoną lokalnie rybę — Tambaquii, dla mnie najwspanialszy smak Amazonii. Obiad, mimo że bardzo prosty jest przepyszny. Ponownie pakujemy się do łódki i płyniemy zobaczyć delfiny różowe.
Wchodzimy do wody Rio Negro. Przy jednym z domów zrobiony jest podest, na którym można stanąć. Woda jest niesamowicie ciepła i… brązowa. Jest tak brązowa, że nic w niej nie widać. W oddali zauważamy wynurzające się z wody delfiny. Są paręnaście metrów od nas. Po chwili czuję, jak coś ociera mi się o nogi… przedziwne uczucie, bo nic nie widzę. Zaraz coś mnie szturcha. Pod powierzchnią pojawia się różowa skóra, ale zaraz znika. I tak co chwilę… delfiny są przyjazne i ciekawe, ale ich zęby wglądają dość groźnie. Jest obok nas przewodnik i zastanawia mnie czy pilnuje on bardziej nas, czy delfinów. Kiedy odpływają stuka ręką w taflę wody aby zachęcić je do powrotu.
Przypomina mi się pływanie z delfinami wielorybimi na Filipinach… one też przypływały codziennie o tej samej porze nauczone, że w wodzie pojawi się dodatkowy, darmowy pokarm. Tutaj też w dłoni przewodnika pojawia się ryba. Trochę zgrzyt, bo wiadomo, że darmowe smaczki kuszą. Przypominam sobie jak chwilę wcześniej nasz przewodnik zaniósł do dżungli torbę pełną owoców. Powiedział, że w ten sposób pomagaj zwierzętom przerwać porę, w której jest mnie jedzenia. Czy to dbanie o braci mniejszych, czy człowiek ma w tym interes? Wszakże my też w zimie dajemy ptakom ziarno, a w lasach wystawiamy paśniki. Delfiny jednak średnio zainteresowane są rybami.
Po niedługim czasie odpływają, a my z Liwką siadamy na pomoście i patrzymy jak wynurzają się w oddali.
Wracamy do łódki i powoli przemierzamy ciemne wody Rio Negro. Chwilę później każdy dostaje do ręki kij z żyłką zakończoną haczykiem i kawałek ryby. Zaczyna się polowanie na piranie. Piranie nie lubią ciszy więc aby je zwabić, trzeba zrobić trochę szumu. Piranie w Amazonii nie są krwiożerczymi potworami. W większości to płochliwe ryby, które uciekają, zanim człowiek zdąży zanurzyć stopę w wodzie. Mają jednak zęby jak noże chirurgiczne i błyskawiczny refleks – dlatego polowanie na nie staje się jedną z najzabawniejszych i najbardziej zaskakujących atrakcji w dżungli.
Wcale nie jest je łatwo złapać. Zastanawiam się, czy przypadkiem nie są już nakarmione i mają nas gdzieś. W końcu udaje się złowić pierwszą rybę Wojtkowi, a zaraz potem Liwii. W moim przypadku piranie zjadają tylko mięso z haczyka i znikają, zanim zdążę poczuć szarpnięcie. Siedzę więc tak dobrą godzinę, patrzę jak innym się udaje. Sama czuję sie jakbym znowu dokarmiała dzikie zwierzęta.
Nad wodami Rio Negro zapada zmierzch. Robi się przyjemnie i wreszcie znośnie. Leniwie toczymy się z prądem. Przewodnik wyciąga latarkę i świeci pod zaroślami u brzegu rzeki. Co chwilę widać tam blask oczu — to kajmany.
Noc w Amazonii zaczyna się naprawdę wtedy, gdy na wodzie pojawiają się dwie czerwone iskierki. To oczy kajmana, odbijające światło latarki. Drapieżniki potrafią znikać i pojawiać się tak cicho, że trudno uwierzyć, że patrzy się na zwierzę, które rządzą tutejszymi wodami od tysięcy lat. Kajmany nie przepadają za ludźmi, są płochliwe i nieagresywne. Nie to ich kuzyni mieszkający w Nilu. Nasz przewodnik używając wiosła co rusz podpływa w miejsca, gdzie przed chwilą błyskały oczy. Kajmany jednak nie mają najmniejszej ochoty na kontakt z nami i szybko, a także bezszelestnie znikają, zanim do nich podpłyniemy. Kiedy uświadamiam sobie, że one mogą osiągać 4 metry długości, to zastanawiam się, czy takie podpływanie do nich jest bezpieczne.
Po kilku próbach nasz przewodnik odpuszcza. Płyniemy w ciemnościach Rio Negro i uświadamiam sobie, że jest to jedno z ciekawszych doświadczeń w życiu. Jest ciemno, nad głową świeci księżyc, dookoła cisza i ta myśl, że jest się w lesie, który jest wielości Europy. Wracamy na ląd… to koniec naszego spotkania z Amazonią. To było tylko 12 godzin… tylko czy aż? W życiu nie sądziłam, że kiedyś uda mi się zobaczyć to miejsce…
- Brazylia — Amazonia: dwanaście godzin na Rio Negro.
- Brazylia — Amazonia: dwanaście godzin na Rio Negro.
- Brazylia — Amazonia: dwanaście godzin na Rio Negro.
- Nocny przystanek w Amazonii.
- Copacabana widziana z góry.
- Kolorowe detale schodów Selaróna.
- Gęsta zabudowa Rocinhy.
- Wąskie przejścia podczas spaceru z przewodnikiem.
- Kolorowe fasady Salvadoru.
- Panorama wodospadów po brazylijskiej stronie.
- Kaskady oglądane z brazylijskiej trasy.
- Zieleń nad wodą podczas podróży po Amazonii.
- Łowienie ryb z łódki.
- Zachód słońca nad Rio Negro.





























