Zamknij

Botswana — słonie przy drodze i dzień, w którym trzeba było zwolnić

Słonie spotkane podczas przejazdu przez rejon Chobe.

Podróż: listopad 2024.

Botswana pokazała nam dwa bardzo różne oblicza podróżowania. Najpierw zachwyt zwierzętami spotykanymi po drodze. Później Maun i zwyczajne zmęczenie po tysiącach kilometrów. Bo nawet kiedy za oknem jest Afryka, człowiek nie zawsze ma siłę na następną atrakcję.

Przez Chobe: słonie pojawiają się przy drodze

Z Victoria Falls ruszyliśmy rano i około 10:20 przekroczyliśmy granicę Botswany. Przy kontroli przydał się pełny akt urodzenia Liwii, przetłumaczony na angielski przez tłumacza przysięgłego. Załatwialiśmy go w Polsce niemal w ostatniej chwili. Tym razem dobrze było mieć ten dodatkowy papier pod ręką.

O 10:35 wjeżdżamy na teren Chobe National Park. Droga jest prosta, równa jak stół więc jedzie się dobrze. Po drodze mijamy słonie, żyrafy, bawoły, małpy, antylopy, zebry… ten widok jest niesamowity: jedziesz, a na poboczu stoi rodzina słoni… i w takim euforycznym nastroju dojeżdżamy do granicy Botswany i Namibii.

Kiedy piękne widoki przestają wystarczać

Macie takie momenty w podróży, że rzucilibyście tym wszystkim i wrócili do domu pierwszym lotem? Niezależnie od tego, w jakim pięknym i egzotycznym miejscu jesteście? No właśnie ja mam!

Po niemal pięciu tysiącach kilometrów miałam po prostu dość samochodu. Godziny na małej przestrzeni, brak radia, kiepski internet i pytanie „mamo, co mam porobić?” powtarzane w nieskończoność. Z widokami wszystko było w porządku. Z moją cierpliwością znacznie gorzej.

No ale dobra. Jestem wyrozumiała. Liwka jest dzielna. Znosi długie jazdy. Upał. Kiepskie jedzenie. Nas. Ale… myślę sobie, że jak jeszcze raz usłyszę „mamo!” to oszaleje!

Po drugie: warunki… człowiek ma swój standard i swoją strefę komfortu. Niby jadąc na koniec świata myśli sobie „luz, przetrwam nawet spanie w aucie/w namiocie/niespanie”… jasne… ale jak już jest się na miejscu to jakoś włącza się ta potrzeba minimum. Minimum to ciepła woda (dla mnie priorytet), brak robaków, w miarę czysta pościel i ciepło. A jak człowiek budzi się w zimnie, ma w perspektywie lodowaty prysznic i kanapkę z tuńczykiem (bez cebuli) to chce mu się wyć! A w domu czeka kominek i pełna lodówka. Myślę wtedy, że ja już wolę do pracy… więc zanim się oczy otworzy to już w głowie jest milion myśli w stylu: „co ja tu robię???”

Maun i wyprawa, która nie doszła do skutku

Trzeci kryzys jest, wtedy kiedy coś nie idzie po Twojej myśli… (Liwka uważa, że to zimna woda w basenie, Wojtek, że zamknięty monopolowy). Dla mnie kryzys jest wtedy, kiedy zaznaczasz na mapie punkt docelowy, jedziesz tam 1,5 godziny przez bezdroża, a na miejscu okazuje się, że nic tam nie ma! Nie wszystko da się wcześniej sprawdzić, nie wszystko wyczytać w necie… wtedy całe nastawienie i plan padają niczym Akka po oblężeniu Krzyżowców. Kurczę… podróż to wielka niewiadoma. Zwłaszcza taka jak nasza… bez planu, spontaniczna, oszczędna… jasne, że można zapłacić 2000 zł za wycieczkę i popływać lokalnym kajakiem wśród zarośli delty Okawango, ale też można spróbować ogarnąć to samemu… to ogarnęliśmy.

Po 3 godzinach jazdy i szukania przystani, jedyne co widzieliśmy to pustka, piach i dwie martwe krowy. I mając w nosie zapach tej padliny myślę sobie, że kryzysy w podróży są niczym egzamin maturalny… człowiek stara się o tym nie myśleć, a wie, że prędzej czy później to nastąpi…

Można zawsze pisać pięknie i kolorowo… udawać, że podróż to najwspanialsze co nas spotyka, pomijać to, co złe i słabe… tylko po co? W necie jest pełno pięknych, instagramowych kont o tym, jak wspaniale jest podróżować… jest… ale podróż jest jak życie… raz jest pięknie i robisz wielkie wow! A raz mierzysz się z rozczarowaniem, niechęcią, rezygnacja, głodem, brudem i robakami.

Kto tak nie miał niech pierwszy rzuci biletem lotniczym…

Podziel się linkiem:

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *