Albania Jezioro Koman 1000krokow
Albania,  Europa,  Podróże

Albania – Durres, Szkodra i rejs po Jeziorze Koman.

Wiecie, jak to jest siedzieć w domu i z nudów powiedzieć: ale bym gdzieś pojechała… Tak właśnie zdarzyło się w pierwszy, lipcowy poniedziałek tego roku. Chwile później przeglądamy ceny biletów, ale szybko okazuje się, że w samym środku sezonu nie da się polecieć tanio tam, gdzie jest ciepło (mowa tu oczywiście o locie z dnia na dzień). Wpadamy więc na pomysł kupienia wycieczki z biura… za całe 1500 złotych znajdujemy przeloty, transfery, noclegi i wyżywienie w… Albanii.

O Albanii wiem tyle, co nic. Kraj na Bałkanach pomiędzy Chorwacją a Grecją. Dobrze, że Beata z bloga Album z podróży była tam ostatnio, bo na bieżąco oglądam ich cudowne, górskie widoki. No ale my mamy lecieć do Durres, miejscowości nad morzem, takiej z leżakami i zatłoczoną plażą. Wojtek powtarza: daj spokój, pożyczymy samochód i coś zobaczymy. Beata uspokaja: Albania jest piękna, z autem na pewno nie będziecie się nudzić.

I w ten oto sposób o północy z poniedziałku na wtorek, jedziemy na lotnisko w Katowicach, gdzie czeka na nas czarter do Albanii. Żeby była jasność: nie mamy nic przeciwko zorganizowanym wyjazdom, jednakże już trochę przywykliśmy do podróżnej niezależności. Niestety ten wyjazd utwierdził nas w przekonaniu, że podróżowanie z biurem nie jest dla nas, podobnie jak hotele pełne Polaków, zatłoczone plaże i wycieczki fakultatywne. No ale o tym może później…

O czym warto wiedzieć przed wyjazdem do Albanii?

Albania po albańsku nazywa się Shqiperi, czyli Kraina Orłów. Jest jedenaście razy mniejsza od Polski. Albańczycy lubią piłkę nożną, rakiję (lokalny alkohol), koftę (ulubiona potrawa) i mercedesy. W Albanii, mimo obowiązującego kodeksu karnego, zachowało się prawo zwyczajowe zwane Kanun. Reguluje ono życie człowieka od narodzin aż do śmierci w zakresie rodziny, małżeństwa, religii, pracy, honoru, gościnności czy też kar za przewinienia. Jego najciekawszym elementem jest osławiona krwawa wendetta (gjakmarrja), która mówi o obowiązku zemsty.

W skrócie: jeżeli męski członek rodziny został zamordowany, to na członków jego rodziny spadało prawo i obowiązek dokonania zemsty. Uruchamiało to niekończący się ciąg morderstw, ponieważ prawo zemsty przechodziło z ojca na syna. Jeżeli jednak zamordowana została kobieta, to prawo wendetty nie obowiązywało. Z drugiej jednak strony Kanun mówi o gościnności. Nawet największemu wrogowi nie mogła stać się krzywda pod dachem gospodarza. Albańczycy są gościnni i podobno w oddalonych od cywilizacji wioskach, można tej gościnności jeszcze doświadczyć.

Religia w Albanii.

Albania jest krajem w większości muzułmańskim (prawie 60% społeczeństwa), katolicy stanowią ok 10%. Należy więc pamiętać, że mimo iż nie jest to kraj radykalny i zgodnie z konstytucją — świecki, to należy mieć szacunek do wyznawanej tam religii. W nadmorskich kurortach czy w pobliżu atrakcji turystycznych skąpy strój, czy chodzenie za rękę nie będzie nikogo dziwić. Jednak w miejscach oddalonych od turystycznych szlaków skąpo ubrana kobieta może wzbudzać zainteresowanie.

Albanię dobrze poznawać znając jej trudną historię, bo tylko w kontekście jej komunistycznej przeszłości można zrozumieć tam pewne niuanse. Komunizm religii zakazał i uznał ją za „szkodliwy zabobon”. Dyktator Enver Hodża posunął się nawet do uznania Albanii za pierwszy ateistyczny kraj na świecie. Zabronione było wszystko: posiadanie Koranu czy Pisma Świętego, modlenie się, obchodzenie świąt… za rzeczy związane z religią można było otrzymać nawet karę śmiercią. Religia wróciła po upadku komunizmu i odnosi się wrażenie, że te trudne doświadczenia wykształciły w Albańczykach dużą tolerancję religijną.

Geografia czyli Albania ma wszystko:

Morza… (tak, dwa 🙂

Albania posiada 362 kilometry linii brzegowej, która w większości pokryta jest plażami. 270 km to Morze Adriatyckie, a 150 km to Morze Jońskie. Granicę dwóch mórz stanowi Przylądek Karaburun. Muszę Wam powiedzieć, że jest spora różnica pomiędzy tymi dwoma wybrzeżami. To na północy jest łagodniejsze, ma długie i szerokie plaże, ciemniejszy piasek i łagodne wejście do morza. Nie ma tu jednak tak spektakularnych kolorów wody, a wręcz można powiedzieć, że przyjmuje tu ona często mulisty kolor. To wina ciemniejszego piasku, który sprawia, że mamy wrażenie kąpieli w szarej kałuży. Za to południowa część wybrzeża to feria wszystkich odcieni błękitu. Woda wygląda na krystalicznie czystą i przejrzystą. Za to wybrzeże częściej jest skaliste (dzięki czemu piękniejsze), plaże mniejsze i czasami ukryte w małych zatoczkach. No bajka… dlatego tym, którzy chcą plażować i zależy im na pięknych widokach, polecamy południową część wybrzeża Albanii.

Góry

70% powierzchni Albanii stanowią góry i wzgórza. Średnia ich wysokość to 708 m n.p.m. Dzięki temu Albania jest jednym z wyżej położonych krajów Europy. Góry w Albanii są piękne i strasznie żałuję, że nie mieliśmy okazji poznać ich z bliska. Najwspanialszy wydaje mi się rejon północnej Albanii w okolicy Theth i Vermosh. Wiem już, że to właśnie będzie powód naszego powrotu w te okolice. Jeżeli jednak ktoś ma odwieczny dylemat czy wybrać morze, czy góry to powinien skierować się do Albanii. Można znaleźć tam miejsc, w których góry łączą się z morzem, co tworzy niesamowicie piękne krajobrazy.

Rzeki i jeziora

Albania ma cztery ważne jeziora: Szkoderskie, Ochrydzkie, Prespa i Butrint. Ma też jeziora stworzone przez człowieka jak na przykład piękne jezioro Koman. Nam udało się zobaczyć dwa z naturalnych jezior i jedno sztuczne. Nie jestem miłośnikiem jezior, ale muszę przyznać, że te, które zobaczyłam w Albanii, całkowicie mnie zachwyciły. Dlatego każdy, kto planuje ten kraj odwiedzić, powinien w swoim planie umieścić też oglądanie jezior (a najlepiej rejsy po nich).

Witaj Albanio…

Lądujemy na lotnisku w Tiranie nad ranem. Jest ciepło, pachnie wakacjami i po raz pierwszy od dawna nie martwimy się o transport. Czeka na nas rezydent i bus, który wiezie nas pod sam hotel. W hotelu pierwsze zaskoczenie… nie ma podjazdu dla wózków, za to są schody. Nigdy wcześniej nie zwracaliśmy na to uwagi. Zaskoczenie drugie: winda jest tak mała, że ledwo mieści wózek i jedną osobę. Kiedy już udaje nam się do niej dostać i zjechać na poziom -1 (na stołówkę) zaskakują nas… kolejne schody. Szybko przekonamy się, że Albania ma dużo ciekawych rozwiązań architektonicznych.

W ogóle winda to osobny temat… zdarzyło mi się czekać na nią po paręnaście minut, bo ciągle zatrzymywała się pełna ludzi (heheh trzech osób) i musiałyśmy z Liwką tak stać i czekać aż wszyscy nasi rodacy zjadą/wjadą na stołówkę/plażę/do pokoju. Pierwszego dnia mamy też spotkanie z rezydentem. Idziemy z ciekawości, żeby usłyszeć, co ma do powiedzenia i zobaczyć ceny wycieczek (opiszę Wam je niżej). Robimy krótki obchód wokół hotelu i po plaży i szybko dochodzimy do wniosku, że bez wynajmu samochodu się nie obejdzie.

Durres czy to tylko nadmorski kurort?

Nawet pierwszego dnia nie możemy wysiedzieć na miejscu. Wsiadamy więc w autobus, który jedzie do centrum Durres i ruszamy na spacer. Nasz rezydent oferował nam taką wycieczkę (plus zwiedzanie fabryki koniaku) za jedyne 40 Euro od osoby. My płacimy po 40 ALL (1,4 zł) za bilet w jedną stronę. Wysiadamy przy dworcu i robimy sobie spacer aż do portu.

Na pierwszy rzut oka Durres wydaje się ładnym, nadmorskim miastem pełnym okwieconych drzew i mieszkańców siedzących przy kawiarnianych stolikach. Nie widać żadnych turystów. Faktycznie jest to jedno ze starszych miast w Albanii. Pomiędzy współczesnymi budynkami widać starożytne budowle. Mijamy korynckie kolumny z białego marmuru, które w czasach rzymskich otaczały forum. Trafiamy też na śliczną małą uliczkę pokrytą muralami.

Amfiteatr w Durres

Zależy mi na tym, aby w Durres zobaczyć amfiteatr rzymski. Zjawiamy się pod nim kwadrans przed zamknięciem. Wstęp kosztuje 200 ALL (7 zł). Jest to największy rzymski amfiteatr na Bałkanach. Zaskakuje mnie jego lokalizacja z tego powodu, że położony jest niżej niż okoliczne budynki, jakby w dole, do tego ściśle otaczają go zabudowania. Podobno odkryto go przypadkiem, kiedy jeden z mieszkańców chciał wykopać w ogrodzie studnię i część jego podwórka (z całym drzewem) zapadła się. Odkopano jedną część trybun i trzeba przyznać, że nie najgorzej się ona zachowała.

Zwiedzając amfiteatr, można przejść korytarzami pod trybunami i zobaczyć sklepione pomieszczenia dla gladiatorów. Pomiędzy tymi przejściami zachowały się piękne mozaiki z X wieku. Kiedy zakazano walk gladiatorów, wówczas budynek stracił swoje znaczenie powstała w nim bizantyjska kaplica św. Szczepana oraz cmentarz.

Mury, pomniki i pustostany.

Idziemy dalej, przechodząc przez pozostałość murów obronnych i kierujemy się w stronę portu. Zahaczamy o meczet Fatih (zwany też małym lub starym), ale zza ogrodzenia niewiele widać. Dochodzimy do wieży weneckiej, która stanowiła fragment murów obronnych i trafiamy na plac Mujo Ulqinaku. Stajemy pod jego pomnikiem i patrzymy na pustostan, który bohater ma za sobą. Jeszcze wtedy nie wiemy, że to budynek zbudowany przez włoskiego okupanta. Wojtek śmieje się później, że to z tego powodu nie jest on wyremontowany. A sam Mujo? W 1939 roku z garstką żołnierzy wystąpił przeciwko włoskiemu okupantowi. Niestety szybko przegrał tę nierówną walkę, zostając bohaterem narodowym.

Szwendamy się tak bez większego celu. Zahaczamy o promenadę na której stoi Pomnik Nieznanego Żołnierza i Pomnik Partyzantów. Wokół gromadzi się albańska młodzież, grająca w piłkę lub zwyczajnie przesiadująca bez celu. W tle majaczy podstarzałe wesołe miasteczko. Wracamy w stronę amfiteatru ulicą pełną okwieconych drzew i wychodzimy na chyba najbardziej reprezentacyjną ulicę Durres – Bulevardi Epidamn. Piękne fasady budynków, zieleń palm, kawiarnie… można byłoby pomyśleć, że jest się na Lazurowym Wybrzeżu… a to tylko Albania. Dochodzimy do odnowionego placu Wolności (Shesi Liria) otoczony budynkami Nowego Meczetu (Xhamia e Re), Ratusza Miejskiego i Pałacu Kultury.

Plac Wolności i wszechobecne wagi.

Shesi Liria to serce Durres, mieszkańcy siedzą na placu, schodach meczetu i pod palmami. Co parę kroków widać sprzedawców orzechów, kukurydzy i wagowych. Tak, na ulicy można się zważyć. Nie wiem, czy wynika to z powszechnego braku wag w Albanii, czy z przywiązania Albańczyków do swojej figury, ale co krok stoi ktoś z wagą i zachęca do sprawdzenia ilości kilogramów. Pamiętam, jak takie samoobsługowe wagi można było spotkać w Krakowie… może to relikt komunizmu?

Kierujemy się w stronę przystanku autobusowego i dworca, coraz bardziej przekonani, że Albania robi wszystko, aby dorównać do innych krajów Europy. Jest ładnie, względnie czysto, przyjaźnie i gwarno. Nie dajemy się jednak zwieźć tej wizytówce, bo wiemy, że Durres jest kurortem i to najbliższym stolicy więc musi tu być trochę na pokaz. Czy jest na pewno? Tam, gdzie mieści się nasz hotel, czyli 7 km od centrum Durres jest już trochę inny świat. Podobno jeszcze gorzej jest na południe od Durres, w Gollem, która jest typowym kurortem.

Plaża w Durres czyli okolice Hotelu Sun

Albańczycy nie są głupi, wiedzą, że plaża i słońce to najlepszy wabik na turystów. A tego akurat Albania ma pod dostatkiem. Centrum Durres, o którym pisałam wyżej, nie jest miejscem do plażowania. Na plaże trzeba się dostać kilka kilometrów na południe tak, aby minąć port. Plaża ciągnie się piętnaście kilometrów w dół wybrzeża. Najpierw jest to plaża podlegająca pod Durres a niżej pod Gollem. W Gollem nie byliśmy, ale spotkałam się z różnymi (często negatywnymi) opisami tego miejsca. A jak jest u nas? Ciasna zabudowa miasta z wąskimi ulicami, plaża, chodnik i budynki. Nie ma tu za dużo zieleni.

Dużo betonu, mało zieleni i zależakowane plaże.

Miejsce naszego noclegu (Hotel Sun w Durres) to budynek pośród setek innych podobnych budynków i gdyby nie szyld to ciężko byłoby go uznać za hotel. Nie ma basenu, ale tak jest tu z większością hoteli. Od plaży odgradza go rząd kolejnych budynków i chodnik. Plaża zresztą nie jest naprzeciwko tylko paręnaście metrów w lewo. Pierwszego dnia obsługa idzie z każdym gościem i pokazuje mu, gdzie są hotelowe leżaki. Do najnowszych nie należą, ale widzimy, że nikomu to nie przeszkadza, bo niektórzy nawet przynoszą ręczniki, żeby sobie miejsce zając. Piasek nie przypomina tego, który znamy z Azji, ale to nie jest problem. Problemem jest to, że jest brudno. Widzimy co prawda, jak obsługa sprząta swoje kawałki wybrzeża, przesiewając pety i papierki, ale to syzyfowa praca. Dlaczego? Patrząc na naszych rodaków, zagrzebujących pety w piasku, wydaje mi się to oczywiste. I smutne.

Im drożej tym… ładniej.

Z udogodnień na plaży jest murowana budka z prysznicem i toaletą. Z toalety boję się skorzystać. Jedno trzeba przyznać: lepiej to wszystko wygląda przy droższych hotelach. Tam leżakowy bałagan jest ułożony równo jak od linijki, piasek przesiany i zamieciony, nowe leżaki i parasole aż zachęcają do odpoczynku. Jaki z tego morał? Im droższy i lepszy kurort wybierzecie, tym mniejsze może być Wasze rozczarowanie. My cieszymy się, że nie nastawialiśmy się na plażowanie. Zadowoleni zostawiamy naszych Januszy i Grażynki, którzy smażąc swoje ciała na albańskim słońcu, zagrzebują w piasku kolejne śmieci, dyskutując o tym, że czystość albańskich plaż pozostawia wiele do życzenia.

Pożyczyć samochód w Albanii…

Budzimy się na hotelowym łóżku, a w zasadzie budzi nas hałas z budowy obok. Wojtek zaczyna dzwonić po wypożyczalniach samochodów, ale z nikim nie może dogadać po angielsku. Idziemy więc do recepcji. Pani chętnie załatwi nam samochód, ale… na jutro. Nie ma szans — mówimy. Wiemy, że spędzając tu cały dzień, umrzemy z nudów. Wojtek idzie „na miasto” z nastawieniem, że aby znaleźć wypożyczalnie będzie musiał pojechać aż do Centrum. Wraca po 30 minutach i mówi, że wszystko ogarnięte; wszedł do pierwszego lepszego biura podróży (agencji turystycznej) i tam Pan powiedział, że za 30 minut będzie samochód. Pakujemy więc nasz majdan, wózek i Liwkę i idziemy po nasze auto.

Czeka na nas Opel Corsa, zaczynam się zastanawiać, jak się spisze na tych albańskich drogach, ale pan mówi nam, że ten samochód jest lepszy i będzie nam wygodniej. Jest nawet fotelik dla Liwii. Za to nie podpisujemy żadnej umowy, nic… zero kaucji, ubezpieczeń, formalności. Dostajemy kluczyki i numer telefonu do pośrednika i tyle. Za pożyczenie samochodu płacimy 15000 Lek za cztery dni (520 zł), czyli 3750 Lek za dobę (130 zł). Nie wybrzydzamy, bierzemy samochód i jedziemy zobaczyć Albanię.

Trasa 1: Lezha – Szkodra – Jezioro Koman

Ruszamy przekonani, że zajrzymy najpierw do Kruji, ale po drodze mówię Wojtkowi, aby jechał prosto na Szkodrę. Kruja jest na tyle blisko, że bez problemu możemy tam zajrzeć każdego dnia. Po raz pierwszy nie czuję się pewni, nie znam Albanii, nie wiem, co warte jest zobaczenia, nie mam przygotowanego planu zwiedzania. Nie zdążyłam przejrzeć przewodników, nie wspominając już o przeczytaniu blogów. Nasz plan zobaczenia Albanii i wykorzystania wypożyczonego auta zaczynam przygotowywać w drodze do Szkodry.

Lezha i zamek na wzgórzu.

Kiedy jedziemy w stronę Szkodry widzimy wzgórze z murami obronnymi. To twierdza w Lezhy, w zasadzie pozostałości ogromnej fortecy. Postanawiamy zobaczyć je z bliska. Krętą drogą wjeżdżamy na parking pod zamkiem. Stoi na nim tylko jeden samochód. Wstęp do zamku kosztuje 100 Lek (3,5 zł). Uprzejmy pan sprzedający bilety zgadza się popilnować wózka Liwii, naładować nam baterię w aparacie (okazało się, że nie wyłączyłam go na noc) i jeszcze proponuje nam wodę mineralną.

Zamek górujący nad Lezhy został wybudowany w VIII wieku w miejscu, w którym znajdował się Akropol. Władali nim wszyscy (jak to już w historii Albanii bywa): Rzymianie, Wenecjanie, Turcy… Jego lokalizacja plus mury obronne sprawiały, że był on nie do zdobycia. Do tego, co najważniejsze, rozpościerał się z niego widok aż po samo wybrzeże Morza Adriatyckiego. Niestety do dziś zachowało się niewiele… można zobaczyć mury obronne i pozostałości tureckich budynków. Wychodząc, pytamy miłego pana, ile osób dziennie odwiedza zamek? Mówi nam, że nie więcej niż 10 osób… Robi mi się trochę smutno…

Lezha odegrała ważną rolę w dziejach Albanii: była centralnym ośrodkiem dowodzenia Skanderberga w wojnie przeciwko Turcji i miejscem, w którym ten albański bohater narodowy zginął i został pochowany. Niestety, kiedy Turkom udało się zdobyć miasto, zdewastowali katedrę, a zwłoki bohatera zbezcześcili. Dziś można zobaczyć pozostałości katedry i mauzoleum, które ma niestety tylko symboliczny charakter.

Jezioro Szkoderskie

Nie wyobrażałam sobie, aby zajechać do Szkodry i nie zajrzeć nad to jedno z piękniejszych jezior, które posiada Albania. Wszyscy twierdzą, że jezioro prezentuje się lepiej od strony Czarnogóry, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że albańska część też jest piękna. Jezioro jest parkiem narodowym i domem dla wielu gatunków ptaków. Nam udaje się dostrzec m.in. czaplę. Nie ma tu nadbrzeżnej infrastruktury poza niewielką promenadą i kilkoma restauracjami i małą plażą za miejscowością Shiroka. Za to jest piękny widok na albańskie Alpy. My stajemy na parkingu jednej z restauracji i wypuszczamy drona. Dzięki temu udaje się nam zobaczyć więcej niż widać z brzegu…

Szkodra czyli najlepsze jedzenie w Albanii.

Dojeżdżamy do niej tak głodni, że nie myślimy o niczym innym jak o jedzeniu. I już chyba Szkodra zawsze będzie mi się z tym kojarzyć. Idziemy do restauracji, która nazywa się Elita. W kilku miejscach trafiłam na opinie o niej i postanawiamy się przekonać czy faktycznie zasługuje na miano jednego z lepszych lokali w Szkodrze. Szybko przekonujemy się, że tak.

Wojtek zamawia lokalny specjał: wołowinę wolno pieczoną i zupę cytrynową. Ja jakiś rodzaj kurczaka. To, co jest nam podane, smakuje wyśmienicie. Do tego pierwszy raz spotykamy się, z tym że kelner proponuje nam, że na czas jedzenia zajmie się dzieckiem. Liwka jednak woli zostać przy stole z nadzieją, że i jej się coś dostanie. Za trzy dania i napoje płacimy około 80 zł. Wychodzimy najedzeni i tak rozleniwieni, że nie mamy siły na zwiedzanie.

Sacer po Szkodrze.

Na pierwszy rzut oka Szkodra wydaje się mało ciekawa. Ociężali od jedzenia i zmęczeni upałem postanawiamy zobaczyć, choć kawałek miasta. Idziemy więc przed siebie, mijając potężny Meczet zwany Wielkim (Xhamia e Madhe). Zaskakuje mnie trochę jego średnio zadbane podwórko, ale szybko przekonam się, że taki widok to w Albanii norma. Meczet nie jest wiekowym budynkiem, gdyż powstał w 1990 roku.

Zahaczamy o kościół prawosławny ze stojącą osobno strzelistą wieżą — dzwonnicą, który jak się okazuje, został wybudowany w 2000 roku, czyli jest także stosunkowo młody. Spacerujemy uliczką Rruga Kolë Idromeno, która jest deptakiem otoczonym wiekowymi, niewysokimi kamienicami. Na końcu zaglądamy do katolickiego kościoła franciszkanów, który w czasach komunistycznych był zamieniony na salę kinową. Albania to przykład miejsca, w którym bez konfliktu trwają obok siebie różne religie.

Za Szkodą majaczą Przeklęte Góry… miejsce, które bardzo chciałabym zobaczyć. Wiem, że nie jest to tym razem możliwe ze względu na odległość i trudność trasy, która do nich prowadzi. Ze smutkiem w oczach patrzę na te albańskie alpy i wsiadam do samochodu. Postanawiamy, że nie jest to dla nas osiągalne w czasie tego wyjazdu. Nie wszystko da się zrobić za jednym razem… W Szkodrze nie zwiedzamy jeszcze dwóch ważnych miejsc: Ołowianego Meczetu i Zamku Rozafa. Musimy z nich zrezygnować aby zobaczyć jezioro Koman. Tych, którzy ciekawi są tych miejsc, jeszcze raz odsyłam do bloga Album z podróży.

W stronę Jeziora Koman…

Mapa pokazuje, że mamy do przejechania 50 kilometrów co powinno nam zająć jakieś… dwie godziny. Długo, ale szybko orientujemy się, że tak właśnie jeździ się po albańskich drogach. Przemieszczając się w takim tempie, nie mamy szans załapać się na żaden rejs po jeziorze, ale dochodzimy do wniosku, że chociaż chcemy je zobaczyć i przekonać się, czy naprawdę jest tak piękne, jak wszyscy mówią.

Droga jest wąska i kręta. Z jednej strony mamy przepaść, z drugiej sypiące się z góry skały. Szybko rozumiemy skąd taki długi czas na nawigacji, zwyczajnie nie da się jechać szybko. Częściej niż inne samochody mijamy krowy, osiołki i kozy. Czasami z pasterzami, czasami pasące się tylko pod opieką psów. Widoki po drodze są niesamowite, ale nawet z nimi droga wydaje się ciągnąć w nieskończoność.

W końcu dojeżdżamy do Komani, przejeżdżamy obok zapory i niewielkiej osady ludzkiej. Miejscowi siedzący w małym barze wskazują nam drogę przez tunel. Kiedy z niego wyjeżdżamy, znajdujemy się na małym parkingu na czymś, co nawet trudno nazwać przystanią. Przed nami stoi wysoka barka, pewnie ta, którą pływają turyści i kilka małych łódek, które wyglądają mało zachęcająco. 

Rejsy po Jeziorze Koman.

Jeżeli chodzi o komercyjne rejsy po Jeziorze Koman to jest kilka opcji zależnych od organizatora:

  • Mario Molla u którego cała wycieczka trwa nawet do 6 godzin. 15 Euro kosztuje sam rejs, 25 Euro rejs z lunchem lub 35 Euro rejs z transferem ze Szkodry. 
  • Berisha, który prócz wycieczek przewozi także samochody i motocykle (ponoć nawet kampery). Cena rejsu wycieczkowego to 26 Euro za osobę.
  • Alpin, który pływa chyba najnowocześniejszym promem. Zabiera do 250 osób. Koszt to 1000 Lek od osoby i 3000 Lek od samochodu.
  • Komani Lake Rozafa, który przewozi osoby i pojazdy na trasie z Komani do Fierze. Cena 5 Euro od osoby.

Jak to? My nie popłyniemy?

Słońce powoli kładzie się na otaczających jezioro wzgórzach, a ja dochodzę do wniosku, że tak naprawdę niewiele zobaczyliśmy, bo jezioro zaczyna się w miejscu, w którym stoimy, ale znika za pierwszym zakrętem. Podchodzi do nas chłopak, który zaczyna nas namawiać na wykupienie rejsu na następny dzień. Tłumaczymy mu, że musimy wracać do Durres, że nie możemy wziąć hotelu, bo mamy małe dziecko, a nie byliśmy nastawieni na nocowanie. W końcu pyta nas, czy chcemy w takim razie zrobić sobie taki krótki, godzinny rejs małą łódką za jedyne 40 EURO. W porównaniu do panującego cennika cena dość wywindowana, ale… ale przyjechać tu i nie zobaczyć ani kawałka jeziora? Odjechać z takim niedosytem? No przecież nie może być.

Zgadzamy się po nieudolnej próbie negocjacji i pakujemy się do małej łódki. Niesamowite jest to, że jesteśmy sami w niej i prawie sami na jeziorze. Mijają nas może dwie łodzie z garstką turystów. Wokół nas cisza i przepiękne widoki. Jeżeli patrzy się w górę… bo gdy tylko popatrzy się na tafle wody, to niestety serce zaczyna pękać. Śmieci, śmieci i jeszcze raz śmieci. Miałam ochotę zacząć je wyławiać. Nie mogliśmy zrozumieć, jak one Albańczykom nie przeszkadzają. 

Po ponad godzinnym rejsie wsiadamy do samochodu i ruszamy w podróż powrotną. Przed nami 130 km drogi do Durres, prawie trzy godziny jazdy, a jutro kolejny dzień zwiedzania…

Na koniec: Albania i nasza trasa z pierwszego dnia zwiedzania:

26 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA


Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial