Sri Lanka czyli pierwsze zetknięcie z Azją

Zawsze zazdrościłam ludziom, którzy podróżują, a zwłaszcza tym, którzy zwiedzają miejsca dalekie, orientalne, te mniej dostępne. Kiedyś wydawało mi się, że dużo widziałam, ale gdy ktoś opowiadał o Azji czy Ameryce Południowej, to ja słuchałam z szeroko otwartymi oczami i wiedziałam, że nie mam się co chwalić swoimi skromnymi podbojami Europy. Słuchałam wtedy i marzyłam, a jednocześnie wiedziałam, że i tak nigdy się nie odważę na to, aby zapakować plecak i ruszyć w ciemno na drugi koniec świata. No, chyba że uzbieram dużo pieniędzy i polecę na zorganizowane wczasy w jakimś *****hotelu z opcją all, a miły rezydent będzie mnie trzymał za rękę i obwoził po zorganizowanych wycieczkach fakultatywnych.

Ponieważ nie mam bogatych krewnych ani szans na spadek, a w totolotka nie grywam, to jasne było, że realizacja tego typu marzeń jest równie prawdopodobna, jak to, że polecę na księżyc. Kilka lat temu moi znajomi wybrali się sporą ekipą na Sri Lankę, mogłam z nimi jechać, wystarczyło zaciągnąć szybki kredyt, załatwić miesiąc urlopu, kupić bilety i zapakować się w plecak. Nie zdecydowałam się… lęk przed nieznanym mi na to nie pozwolił. Zostałam w domu i podlewając ich kwiatki, słuchałam przez Skype opowieść o tym, jak jest pięknie i cudownie. Chciało mi się płakać… Wtedy nie uwierzyłabym, że za kilka lat zrobię to samo i to pakując się w bagaż podręczny. A jednak…

Dlaczego Sri Lanka? Bo na trasie Kolombo — Warszawa znaleźliśmy bilety za 500 zł. Żal było nie kupić. Co z tego, że powrotne? Ktoś mądry i bardziej obeznany w podróżowaniu powiedział nam, że zrobiliśmy błąd, bo biletów nie kupuje się „od końca”. Dementujemy! Chcesz latać tanio, kupuj to, co jest w okazyjnej cenie. Resztę się jakoś później „doskłada”. Tak naprawdę, kiedy kupowaliśmy te bilety, byłam przerażona, przerażona tym, że nie wiem, jak i za ile się tam dostaniemy (istniało ryzyko, że bilety do Kolombo będą kosztować majątek), jak zapakuje się tylko do małego plecaka, jak będziemy podróżować sami i to bez zarezerwowanych wcześniej noclegów. Bałam się nawet tego, że jedzenie tam będzie bardzo ostre, a ja ostrych rzeczy nie jadam. Miałam wizję, że na tej pięknej wyspie umrę z głodu, brudu lub z wycieńczenia, szukając całymi dniami tanich noclegów, z tym małym, okropnym plecakiem, w którym nic się nie mieści…

Rzeczywistość okazała się jednak nie taka straszna. Lot do Kolombo znaleźliśmy z przesiadką w Dubaju. Lecieliśmy na trasie: Warszawa — Budapeszt (1 noc), Budapeszt — Dubaj (5 nocy) i Dubaj — Kolombo. Koszt tych przelotów był niższy niż 1000 zł, tak więc całość opłat za bilety zamknęliśmy w 1500 zł na osobę. Do Warszawy jechaliśmy w dniu, w którym w Polsce spadł śnieg (w październiku), nikt nie był na to przygotowany, zwłaszcza PKP. Mieliśmy około dwugodzinny zapas czasu, który miał nam pozwolić spokojnie dostać się z dworca PKP na Lotnisko Chopina. Wszystko szło dobrze… siedzieliśmy szczęśliwi w przedziale, licząc godziny, które dzieliły nas od zaciągnięcia się dubajskim, gorącym powietrzem, kiedy nasz pociąg stanął w szczerych polach…

I tu można stworzyć osobny post o tytule: dlaczego Polacy nienawidzą PKP. Od Warszawy dzieliła nas godzina drogi, nikt nie był nam w stanie powiedzieć, co się stało i ile tak będziemy stać… Opóźnienie trwało półtorej godziny. Do stolicy dojechaliśmy jakieś 30 minut przed zamknięciem bramek. Do dziś mam zadyszkę na samo wspomnienie biegania po dworcu w poszukiwaniu taksówki, szaleńczą jazdę kierowcy i ulgę, kiedy udało nam się zdążyć w ostatniej chwili…

Do Dubaju dotarliśmy bez problemów, o tym, jak wyglądał pobyt tam, możecie poczytać tutaj. Po pięciu dniach wspaniałego pobytu w tym mieście, liniami AirAsia mieliśmy polecieć do Kolombo. Kiedy siedzieliśmy w autobusie na płycie lotniska w Dubaju i zażarcie kłóciliśmy się o to, że przez moją kobiecą logikę, mało brakło, a spóźnilibyśmy się na kolejny samolot, moją uwagę zwróciła dziewczyna z plecakiem znanej nam marki 4F. Głupio wyszło, bo byliśmy pewni, że w autobusie pełnym Lankijczyków nikt nie rozumie naszego języka, a tu okazało się, że nie jesteśmy sami. Po pięciu godzinach lotu stanęliśmy na lotnisku w Kolombo, po kolejnych pięciu minutach poznaliśmy właścicielkę plecaka z 4F – Gosię i Tomka. Po następnych pięciu dniach wiedzieliśmy, że poznaliśmy naprawdę wspaniałych ludzi, którzy zostaną w naszym życiu na dłużej.

I znowu muszę zacząć od tego, jaki był plan na Sri Lankę, a plan był i to ułożony co do dnia. Ponieważ mieliśmy relatywnie mało czasu, a chcieliśmy zarówno dużo zobaczyć, jak i odpocząć na plażach i naładować akumulatory przed powrotem do domu, po przeliczeniu wszystkiego okazało się, że albo padniemy z wycieńczenia, albo wyspę zobaczymy tylko na kartkach przewodnika. Chcieliśmy (a raczej ja chciałam) zobaczyć tak zwany lankijski „złoty trójkąt”, czyli centralną część wyspy, w której mieszczą się wszystkie najstarsze i najważniejsze miejsca religijne, historyczne i kulturowe.

Tak więc mieliśmy zwiedzić Anuradhapure — historyczną stolicę syngaleskiego buddyjskiego państwa i najważniejsze centrum religijne Sri Lanki, Polonnaruwę — dawne królewskie miasto, Dambulę — ze wspaniałym zespołem skalnych świątyń, Sigiriję — ze słynną „Lwią Skałą”, Kandy — kulturalną stolicę wyspy z piękną świątynią „Zęba Buddy”, sierociniec słoni w Pinnawali, herbaciane pola w okolicy Nuwara Elija, wodospady w okolicy Eliji, Równinę Hortona ze znajdującym się tam „Końcem Świata”, Park Narodowy w Yale, południowe wybrzeże wyspy z plażami Tangalli, Mirissy, Weligamy, UnawatunyGalle

To wtedy, przy planowaniu trasy zwiedzania, po przewertowaniu ogromnej ilości stron i for o Sri Lance, zrodził się pomysł wynajęcia kierowcy z samochodem. Jest to bardzo popularny sposób zwiedzania wyspy, pozwala on zaoszczędzić czas i siły, co przy naszym planie miało ogromne znaczenie. Pośród różnych rekomendowanych kierowców i sporej ilości wysłanych maili, wybraliśmy jako naszego przewodnika Mailtha, który już od pierwszej wiadomości okazał się człowiekiem bardzo sympatycznym i bezproblemowym (każdą moją fanaberię kwitował zdaniem: it is not problem!). Zgodnie z ustaleniami Malith miał odebrać nas na lotnisku i w przeciągu pierwszych pięciu dni przejechać z nami około 800 kilometrów, zwiedzając najważniejsze miejsca wyspy. Malith czekał na nas w hali przylotów, w ręce trzymał kartkę z moim przekręconym imieniem.

Tu czekała też na nas pierwsza niespodzianka — z uwagi na fakt przechodzenia ciężkiego przeziębienia zagrażającego życiu (choroba ta nazywa się u nas potocznie „katarem”) Malith nie mógł z nami jechać, ale jako zastępstwo znalazł dla nas najwspanialszego kierowcę na całej Sri Lance. Był tylko jeden problem — jego zastępca nie znał w ogóle języka angielskiego. Przekonaliśmy sami siebie, że to w sumie dobrze, no bo przecież nasz angielski daleki jest od perfekcyjnego, więc przynajmniej nie będziemy się martwili o to, że nie rozumiemy tego, co mówi nasz przewodnik.

Nie mieliśmy innego wyjścia jak tylko zaakceptować nową sytuację i ruszyć na podbój Sri Lanki. Zapakowaliśmy się w szóstkę do Toyoty i odwieźliśmy Gosię i Tomka do wynajętego przez nich hotelu w Negombo, a sami ruszyliśmy do Anuradhapury. Plan był taki, że na następny dzień Gosia z Tomkiem dojadą do nas i dalej będziemy zwiedzać  wyspę razem, dzieląc się kosztami wynajęcia samochodu i kierowcy.

Jakie pierwsze wrażenie zrobiła na mnie Sri Lanka? Niestety złe. Siedziałam w klimatyzowanej Toyocie i patrzyłam z przerażeniem na to, co za oknem. Otaczająca mnie rzeczywistość nie miała, przynajmniej na pierwszy rzut oka, wiele wspólnego z tym, co widziałam na pięknych zdjęciach ze Sri Lanki. Pierwsze uczucie po postawieniu stopy na lankijskiej ziemi — uderzenie niebywale gorącego i dusznego powietrza, które oblepiało swoją wilgocią. Malith chyba widział moją minę, bo przy pierwszej nadarzającej się okazji stanął przy jakimś sklepie i zakupił dla nas po piwie.

Za oknem mijaliśmy mniejsze i większe miejscowości, ogromne ilości biegających dzieciaków i stada bezpańskich psów, które nic sobie nie robiły z przejeżdżających samochodów. Sklepy i stragany umieszczone w blaszanych garażach lub domkach z palm i „wylewające” swoje towary na ulice, ogromny gwar i kolorowy chaos. Do tego po parunastu minutach rozpętała się potężna burza. Zrobiło się ciemno, a cały świat zniknął za ścianą wody. Jechałam w głąb wyspy i myślałam sobie, że Azja nie jest tak piękna, jak to sobie wyobrażałam, że ten nasz pierwszy tak daleki wyjazd może okazać się katastrofą i, że to jednak był głupi pomysł, aby jechać w porze deszczowej.

Do Anuradhapury dojechaliśmy po czterech godzinach (odległość wynosiła około 160 km). Już po drodze Malith pytał nas, jaki standard noclegów nas interesuje. Dał nam do wyboru dwie opcje: standard europejski, czyli w miarę czysto, z Internetem, ze świeżą pościelą, moskitierami, ciepłą wodą i nawet czasami ręcznikami, za to bez robactwa lub standard lankijski, czyli bez niczego, ale z dużą szansą na to, że trafią się jakieś pochodne karaluchów. Jak się później okazało oba standardy różniły się od siebie głównie ceną, reszta była bardzo podobna.

Trudno wymagać w takim klimacie, aby po pokoju nie spacerowały różnego rodzaju żyjątka, począwszy od sporadycznie pojawiających się karaluchów (w Kandy było ich multum na każdej ulicy i trzeba było uważać w nocy, aby na nie nie stanąć), pająków czy jaszczurek. Szybko nauczyłam się, że najbardziej pożądanym wyposażeniem pokoju są właśnie jaszczurki. W każdym razie na pierwszą noc wybraliśmy standard europejski i Malith zawiózł nas do Hotelu Miano, gdzie za dość wygórowaną cenę 60 zł za osobę dostaliśmy ogromny pokój z dwoma podwójnymi łóżkami, ręczniki, moskitiery i lankijskie śniadanie. W pokoju była ciepła woda, Internet i żadnych robaków.

Zaraz po zrzuceniu plecaków stwierdziliśmy, że pójdziemy zobaczyć okolicę. Moja rada jest taka: jeżeli jesteś na Sri Lance, dopiero co przyjechałeś, a okolica jest nieoświetlona to odpuść sobie spacerowanie. To za duży szok dla organizmu i niepotrzebnie można się tylko zniechęcić. My doszliśmy do pierwszego skrzyżowania, otoczyła nas sfora bezpańskich psów (wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy o tym, że są one niegroźne), dotarliśmy do sklepu znajdującego się w jakimś szałasie, ale ogrom i różnorodność dostępnych tam artykułów, z których większość była dla nas całkowicie obca, sprawił, że szybko stamtąd uciekliśmy i wróciliśmy do naszego bezpiecznego hotelu. Tam miły kucharz przygotował dla nas wspaniałą kolację i pokazał nam jak smakuje lokalny alkohol, czyli arrak, wytwarzany z soku sfermentowanego todi — soku z kwiatów palmy kokosowej. Szczęśliwi i potwornie zmęczeni poszliśmy spać, a rano, w promieniach słońca zobaczyliśmy jak wygląda prawdziwa, piękna Sri Lanka.

Pierwsze lankijskie, regionalne śniadanie podano nam na zewnątrz, powietrze pachniało oszałamiająco deszczem i kwiatami, które rosły dosłownie wszędzie. Wokół nas po dachach domów biegały małpki. Pierwsze prawdziwe, wolne i żyjące w swoim naturalnym środowisku małpki, jakie w życiu widziałam. No i od razu poczuliśmy co to jest lankijskie jedzenie, talerze były pełne czegoś, czego żadne z nas nie zjadłoby na śniadanie z własnego wyboru. To, że podstawą diety na Sri Lance jest ryż wiedzieliśmy, podobnie jak to, że jadają oni curry pod setką różnych postaci.

Na śniadanie dostaliśmy trzy miseczki z papką curry, jedna ostrzejsza od drugiej, roti — placek z mąki pszennej lub ryżowej, z domieszką mąki kokosowej, Egg Hoppers — naleśnik z mąki pszennej, proszku do pieczenia, mleka kokosowego, drożdży i kilku jajek, wypiekany w specjalnych żeliwnych miskach na pełnym ogniu z jajkiem w środku czy String Hoppers — makaron z mąki ryżowej. Ogólnie rzecz biorąc na podane śniadanie popatrzyliśmy prawie tak, jakby na stole wylądowało UFO. Jedyne czego byłam pewna to sok pomarańczowy. Ostrość curry powalała. Wojtek był zachwycony — ja głodna.

Na szczęście rano nie padało, zza chmur przygrzewało słońce, zapowiadał się wspaniały, ciepły dzień. Jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że za kilka godzin będziemy dziękować naszemu kierowcy za to, że podczas naszego zwiedzania dbał o to, aby w samochodzie było chłodno. Klimatyzacja w Toyocie okazała się naszym zbawieniem. Tak właśnie, po mało przyjaznym pierwszym wrażeniu, rozpoczęliśmy zwiedzanie Sri Lanki, która okazała się miejscem pięknym, pełnym niespodzianek, wspaniałych ludzi, cudownych krajobrazów i przepysznego jedzenia.

Już niedługo postaram się Wam opowiedzieć o tym, jak spotkaliśmy pierwszego słonia, co biega w nocy po dachach, kto dostał zawału pod prysznicem, jak znaleźć rajskie plaże, ile osób mieści się do Tuk-Tuka, czy można wysiąść z jadącego pociągu, jak smakuje rekin, co to jest tak naprawdę pora deszczowa, dlaczego nie jeździmy na słoniach, o co chodzi z polowaniem na leoparda i dlaczego herbata jest najsmutniejszą rośliną na świecie…

Do zobaczenia w następnym poście o Sri Lance…

    • Grzegorz, Kwiecień 10, 2017, 6:05 pm

    Odpowiedz

    Hej, mega fajny wpis! Wybieramy sie pod koniec Czerwca ze znajomymi na Sri Lanke i strasznie sie jaramy :), tym bardziej po przeczytaniu waszego bloga. Jest szansa na reszte opowieści ze Sri Lanki?

    Pozdrawiam

    Grzegorz

    • Łukasz, Kwiecień 8, 2017, 10:38 am

    Odpowiedz

    Bardzo fajny wpis, ja dodałem do wyjazdu Malediwy, jakby kogoś interesowały szczegóły zapraszam do mojej relacji – http://www.zyczpasja.pl/sri-lanka-i-malediwy-raj-na-ziemi-cz-2/ – mam nadzieję, że wskazówki się przydadzą:)

  1. Odpowiedz

    Dokładnie tak jest, z ciekawością przeczytałam wpis. Serdeczności ślę.

  2. Odpowiedz

    Marzy mi się żeby kiedyś zwiedzić Sri Lankę. Piękne zdjęcia.

    • Jolka-fasolka, Grudzień 12, 2016, 6:47 pm

    Odpowiedz

    Tak przez przypadek lece na Sri Lanke. Czy podróżowanie w 1 kobietę jest niebezpieczne?
    Jaki jest koszt wynajmu samochodu z kierowcą?

    1. Odpowiedz

      Ja nie odniosłam wrażenia aby Sri Lanka była niebezpieczna. Przy czym nie podróżowałam sama. Uważam, że zachowując podstawowe zasady bezpieczeństwa spokojnie będąc kobietą można podróżować samemu. Zasady obowiązują jak wszędzie: nie chodzić po ciemku w nieoświetlonych miejscach (a jest ich trochę na wyspie), omijać podejrzane noclegi, wybierać transport publiczny etc. Ludzie na Sri Lance są bardzo mili i pomocni. Co do ceny za transport to dzień wynajmu samochodu z kierowcą kosztował nas około 50$ za dzień co przy naszej czwórce dawało jakieś 50 zł dziennie. Cena jest jednak zależna od wielu czynników: trasy, ilości osób, długości wynajmu. Najlepiej dopytać o wszystko. Nasz organizator: https://www.facebook.com/DriverSriLanka/?ref=ts&fref=

    2. Odpowiedz

      Sri Lanka znajduje się na szczycie mojej listy TOP NAJBEZPIECZNIEJSZYCH państw do tułaczki z plecakiem. Polecam 🙂

    • Barbara, Grudzień 6, 2016, 9:08 pm

    Odpowiedz

    Sri Lanka to moje marzenie. Mam nadzieję, że uda mi się zwiedzić ją w przyszłym roku 🙂

  3. Odpowiedz

    Nam Sri Lanka także ogromnie się podobała. Nie zdążyliśmy zobaczyć północy, ani wschodniego wybrzeża tak więc jest powód aby wrócić. Faktycznie szaleńcze jeżdżenie autobusami przyprawia mnie nadal o nudności, ale było to niesamowite doświadczenie. Cejlon to wyspa uśmiechniętych ludzi, pysznego jedzenia i przepięknych krajobrazów. To też wspaniałe miejsce na początek poznawania Azji.

    • Maciek, Październik 24, 2016, 11:32 am

    Odpowiedz

    Achhhhhhhhhhhhhhhhhhhhh. Tylko tyle chce się powiedzieć, jak się patrzy na te zdjęcia, transport publiczny, wszystkie uśmiechnięte twarze i „jaja” podczas podróży (typu kierowca jest chory). Myślę, że wiele osób ma podobne przeżycia co do Sri Lanki, ale jakoś tak się składa, że ja wiem, że tam wrócę – bo kocham zarówno tych ludzi, klimat i wszystko co dookoła. O jedzeniu nie wspominając.

    Dzięki za przeniesienie mnie z zimnej Polski z powrotem do tego pięknego kraju 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

CAPTCHA