Malta stolica Valletta
Europa,  Malta

Malta – perła Morza Śródziemnego.

Malta – wyspa na której przez 300 dni w roku świeci słońce. Raj na wyciągnięcie ręki. Wspaniałe miejsce na wakacje. Wyspa, która zachwyci zarówno miłośników architektury  jak i pięknych krajobrazów i nurkowania. Przygotowaliśmy dla Was pierwszą część relacji z Malty – przewodnik, plan zwiedzania, wskazówki i porady praktyczne. Zapraszamy do lektury.

MALTA…

Mamy to szczęście, że z Krakowa w 2,5 godziny można znaleźć się na Malcie. Wyspie, która jest 990 razy mniejszy niż Polska, a cała jej powierzchnia zmieściłaby się na terenie Wrocławia. Gdzie prawie wszyscy wyznają katolicyzm, a na większości domów widnieją święte obrazy lub figury, gdzie nie ma żadnych rzek ani jezior, ale do zwiedzania jest tyle miejsc, że spokojnie można tam spędzić cały miesiąc i nie zaznać nudy…

Wszystko to dzięki bezpośrednim lotom linii Ryanair i częstym promocjom, jakie firma ta nam serwuje. Bilety kupić można już za niewielkie pieniądze, w promocjach można je trafić, za 100 – 200 zł w dwie strony. Niestety w jedynym pasującym nam terminie, który do tego zahaczał o długi weekend, bilety były w nieco wyższych cenach. Za lot w dwie strony zapłaciliśmy 320 zł od osoby. Kiedy najlepiej lecieć na Maltę? O każdej porze roku! Średnie temperatury wynoszą tam 19 stopni Celsiusza i są najwyższe w Europie, a co najważniejsze, zawsze jest cieplej niż w Polsce.

LOT

Lot z Krakowa na Maltę trwa około 2,5 godziny, to naprawdę bardzo przyjemna trasa, którą spokojnie można przeżyć na pokładzie małego samolotu tanich linii lotniczych. O ile lot w tamtą stronę przebiegł nam bezproblemowo, to lot powrotny był dla nas (a zwłaszcza dla mnie) nie lada przeżyciem. Najpierw zaliczyliśmy problemy przy starcie i zgłoszenie przez pilota awarii, a na końcu lotu, kiedy widać było już lotnisko w Balicach, kłopoty przy lądowaniu i odchodzenie na „drugi krąg”.

Kiedy siedzieliśmy w samolocie, startując z krakowskiego lotniska w Balicach, przypięci pasami, uświadomiliśmy sobie jedna okropna rzecz: my nie lubimy latać! Wojtek z poważną miną stwierdził, że z każdym kolejnym lotem jest coraz gorzej. A ja, że jestem przekonana, że tym razem samolot się rozbije. Szczerze: przed każdym startem zastanawiam się, czy przypadkiem nie powinnam zakończyć wszystkich spraw i napisać testament. Dziwne? Nie wydaje mi się.

Latanie jest rzeczą nienaturalną i gdyby nie to, że w zasadzie jest to jedyna możliwość spełniania marzeń o podróżach, to zdecydowanie wolałabym wszędzie chodzić pieszo. Większość osób, które znam czuje przed lotem dyskomfort, niepokój lub strach. Mimo to prawie każda z tych osób wsiada do samolotu. Zapewne duże znaczenie ma świadomość, że latanie jest statystycznie najbezpieczniejszym środkiem transportu, a uczestnictwo w katastrofie lotniczej jest bliskie trafienia szóstki w totolotka.

Strach przed lataniem…

Nie ma dla mnie żadnej rzeczy, która odwróciłaby moja uwagę od tego lęku. Mogę czytać, słuchać muzyki, pisać, grać, rozmawiać, ale niezależnie od tego, jak ciekawe będą to czynności, mam w głowie wizję nieuchronnej katastrofy. Koleżanka kiedyś zapytała mnie jak sobie radze z tym uczuciem i jak to robię, że mimo tego lęku wsiadam do samolotu. Próbowałam się nad tym zastanowić i ja chyba po prostu traktuje latanie jak chodzenie do dentysty: boje się, ale idę, bo wiem, że innego wyjścia nie mam. Nie znam sposobu na zagłuszenie tego strachu.

Podobno pomaga nieduża ilość alkoholu lub leki uspokajające, ale jakoś nie stosuje tych metod. No dobra… zdarzyło mi się, czekając na lot wypić piwo lub drinka w samolocie, ale zmniejszenia swojego lęku nie zauważyłam, a jedyna różnica była taka, że chciało mi się w czasie lotu do toalety. Cały dyskomfort związany z lotem rekompensuje mi jednak zapach powietrza, który czuć zaraz po opuszczeniu samolotu. Tak też było tym razem, zaraz po wyjściu z samolotu czuje się ciepło, przyjemne promienie przebijające się przez chmury i zapach, który kojarzy się z wakacjami.

AUTOBUSY

Zaraz po wylądowaniu na Maltańskim lotnisku udaliśmy się na poszukiwania miejsca, w którym można zakupić bilety na lokalne linie autobusowe. Lotnisko jest na tyle małe, że obejść je można w kilka minut. Dzięki temu błyskawicznie lokalizujemy budkę, w której sprzedawane są karty Tallinja, oferowane przez maltańskiego przewoźnika Malta Public Transport. Karta ważna przez 7 dni od pierwszego użycia, dająca nam nielimitowane przejazdy na Malcie oraz Gozo, kosztuje 21 EURO dla osoby dorosłej (karta niebieska) lub 15 EURO dla dziecka poniżej 10 roku życia (karta pomarańczowa).

Jest jeszcze jeden rodzaj karty, która daje nam dwanaście przejazdów i jej koszt to 15 EURO (karta biała). Pojedynczy bilet kosztuje 1,5 EURO w zimie i 2 EURO w lecie. Szybko więc przeliczyliśmy, że opłaca nam się zainwestować w kartę tygodniową. Pamiętajcie, aby wraz z kartą zaopatrzyć się w bezpłatną mapkę, która ułatwia rozeznanie się z trasami autobusów (można ją też pobrać ze strony przewoźnika).

Nie wyrzucaj paragonu…

I jeszcze jedna rada: kupując kartę, nie zapomnijcie zabrać paragonu (lub paragonów przy zakupie kilku kart) i schować je w bezpiecznym miejscu. Jeżeli coś stanie się z kartą, to jedynie przy okazaniu paragonu można wymienić ją na nową. Dodatkowo, na każdym paragonie znajduje się indywidualny numer danej karty, tak więc należy zachować dokładnie swój wydruk potwierdzający dokonanie transakcji. Nam po dwóch dniach całkowicie przestała działać karta Wojtka. Okazało się, że tylko punkty sprzedaży w Valletcie oraz na Lotnisku mogą cokolwiek z tym zrobić, ale konieczne jest okazanie paragonu, który akurat tak dobrze schowaliśmy, że nie mogliśmy go znaleźć.

Nieważne, że obsługa ma w komputerze dane zakupu, wie gdzie i kiedy kartę sprzedano, wie, że nie działa i ile czasu jeszcze powinna działać — jeżeli nie masz paragonu, to radź sobie sam, a najlepiej kup kolejną kartę lub bilet. Na szczęście kierowcy widząc niedziałającą kartę (nie mylić z nieważną), wpuszczali Wojtka zawsze do autobusu. Dodatkowa rada — kart nie należy nosić blisko telefonów komórkowych, gdyż (zdaniem obsługi) mogą one powodować rozmagnesowanie się kart.

Komunikacja na Malcie

Kiedy udało nam się zakupić nasze tygodniowe bilety, udaliśmy się na poszukiwanie przystanku autobusowego. Cały ich ciąg znajduje się na wprost budynku lotniska i ciągnie, aż po jego kraniec. Każde stanowisko jest opisane, więc łatwo zorientować się, z którego punktu jedzie która linia. Dodatkowo na wyświetlaczach podane są godziny najbliższych odjazdów wraz z punktami docelowymi.

… i panujące w niej zasady.

Zasad panujących w maltańskich autobusach jest kilka. Po pierwsze: wchodzimy tylko przednimi drzwiami, u kierowcy odbijamy kartę lub kupujemy bilet. Następnie przesuwamy się jak najbliżej końca pojazdu. Kierowcy często wykrzykują „back, back” i proszą, aby pasażerowie przesunęli się na sam tył pojazdu. Jeżeli na przodzie autobusu nie ma miejsca, pojazd nie zatrzyma się na przystanku, aby zabrać kolejnych pasażerów. Dlatego tak ważne jest, aby stać jak najbliżej końca autobusu lub zajmować miejsca siedzące tak, aby zostawiać trochę przestrzeni od strony kierowcy.

Jeżeli jedziecie w dalszą trasę lub do samego końca danej linii, to starajcie się zajmować miejsca z tyłu pojazdów. W większości autobusów środkowa ich część jest oznaczona jako “priority” i przeznaczona dla osób starszych, matek z dziećmi, wózków i osób chorych.

STOP

Jeżeli widzicie, że autobus, którym podróżujecie, zbliża się do waszego przystanku, to należy wcisnąć przycisk „STOP”, wówczas kierowca się zatrzyma. Gdy na przystanku nikt nie stoi, a żaden z pasażerów nie zasygnalizuje, że chce wysiąść, to kierowca pojedzie dalej. Podobnie, jeżeli stoicie na przystanku i widzicie nadjeżdżający autobus waszej linii, to należy pomachać kierowcy i dać mu sygnał, że chcecie wsiąść. Inaczej autobus przejedzie bez zatrzymywania się, no, chyba że ktoś z pasażerów chce akurat wysiąść. Zauważyliśmy też, że maltańczycy wstają z miejsc, dopiero kiedy pojazd się zatrzyma. Jeżeli wciśniesz przycisk„STOP”, to kierowca zaczeka, aż spokojnie opuścisz autobus.

Rzuć okiem na rozkład…

Prawdą jest, że sieć autobusów na Malcie i Gozo jest rewelacyjnie rozwinięta. W zasadzie zawsze i wszędzie można nimi dojechać. Kursują według rozkładów, od godzin wczesnorannych do późnej nocy. Dobrze jest pamiętać, że kierowcy nie do końca trzymają się godzin widniejących na rozkładach jazdy, nie raz zdarzyło się nam, że autobus był przed czasem. Równie często autobusy się spóźniały (zwłaszcza te jadące ze stolicy). Pamiętajcie też, że na rozkładach nie są opisane wszystkie przystanki.

Czasami warto zapytać kierowcy gdzie najlepiej wysiąść, aby było jak najbliżej do interesującej Was atrakcji. Kierowcy na Malcie są naprawdę uprzejmi i pomocni. Świetnie rozwinięta sieć komunikacyjna sprawia, że podróżowanie po Malcie jest naprawdę przyjemne. Dzięki temu wyspa ta jest bardzo dobrym miejscem dla osób, które wybierają się na pierwsze samodzielne wakacje bez biura podróży.

HOTEL

Zadecydowaliśmy, że skoro Malta jest prawie wielkości Wrocławia, to najbardziej opłacalny będzie dla nas wyjazd stacjonarny. Pozwoli nam to zaoszczędzić czas, który musielibyśmy przeznaczyć na przenoszenie się, pakowanie, rozpakowywanie, meldowanie i inne zawracające głowę rzeczy. Wszędzie przecież da się dojechać szybko i sprawnie. Wybór padł na Hotel: Paradise Bay Resort położony na samym północno — zachodnim krańcu wyspy, przy porcie promowym Cirkewwa.

Ważna jest lokalizacja…

Hotel ma cztery gwizdki i całkiem dobre recenzje, z których spora większość rozmija się ze stanem faktycznym. Nasza rada: przy wyjazdach na niewielkie wyspy warto jest wybrać jako nocleg miejsce znajdujące się w centrum atrakcji, które chcemy odwiedzić. Ważne jest, aby w niedalekiej odległości znajdował się choć jeden przystanek komunikacji publicznej. My wybierając Hotel w Cirkewwa, blisko mieliśmy tylko na Gozo i Comino. Droga do Valletty zajmowała nam około godziny. Oczywiście przy świetnie rozwiniętej sieci komunikacji publicznej przejazdy nie stanowiły problemu, ale z tygodniowego pobytu przeszło 15 godzin spędziliśmy w autobusach.

Paradise Bay Resort

Kiedy już szczęśliwie dotarliśmy do hotelu, pani na recepcji wręczyła nam klucz do naszego pokoju. No i tu zaczęły się schody… Hotel dzieli się na dwie części: starą i nową. Teoretycznie, gdy rezerwowaliśmy nocleg to cena naszego pokoju była dość mocno przeceniona. Ktoś mógłby pomyśleć, że należał nam się więc apartament w super okazyjnej cenie. Na takie luksusy nie liczyliśmy, ale to, co ukazało się naszym oczom przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.

Pokój robił wrażenie nory, z dwoma małymi łóżkami, balkonem wychodzącym na dach stołówki i umeblowaniem jak za późnego Gierka. Na piętro prowadziła dość rozklekotana winda, która lata swojej świetności miała już dawno za sobą. Szybko zorientowaliśmy się, o co chodziło tym, którzy w opiniach pisali, aby wystrzegać się starej części hotelu. Nie pozostało nam nic innego jak wrócić do recepcji i poprosić o zmianę pokoju na taki, który ostatni remont przechodził już za mojego życia.

Pani zgodzić się nie chciała, twierdząc, że to właśnie jest standard, za jaki zapłaciliśmy. Dopiero na wspomnienie, że w pokoju unosi się dziwy zapach, a do tego zamawialiśmy jedno łóżko, zmieniła nasze lokum na takie o podobnym standardzie, ale przynajmniej w nowej części hotelu.

bed & breakfast

Na następny dzień rano, kiedy zjawiliśmy się na śniadaniu, okazało się, że nie ma nas na liście. Pani w recepcji znowu była wielce zdziwiona, gdyż zapłaciliśmy (jej zdaniem) za sam pokój i mowy nie było tam o żadnych śniadaniach. Dopiero skan rezerwacji przekonał ją, że wybrana i zapłacona przez nas opcja to bed & breakfast. I tak w efekcie okazało się, że śniadania są tak paskudne, że jedyne co nadawało się do zjedzenia to chleb, jajka (i to tylko te na twardo) i gorąca czekolada.

Tak więc przez cały tydzień wypiłam hektolitry gorącej czekolady, a Wojtek zjadł tyle jajek, że stwierdził, iż następne przełknie dopiero na Wielkanoc. Niezmiernie cieszyliśmy się z tego, że nie jadamy w hotelach kolacji, o all inclusive nawet nie wspominając. Utwierdziło nas to w przekonaniu, że zdecydowanie lepiej wybierać mniejsze hotele, gdyż rośnie tam szansa, że na śniadanie będzie coś, co nada się do zjedzenia. W każdym razie, po dwóch dniach zaczęłam zjawiać się w tym punkcie zbiorowego żywienia ze swoim serem lub puszką tuńczyka, na którą wszyscy sąsiedzi patrzyli z ogromną zazdrością. Nic tylko współczuć tym, którzy całe swoje wakacje spędzają w takim hotelu.

Minusy…

Hotel miał jeszcze jeden minus — brak bezpłatnego Internetu w pokojach. Nie przestanie nas to zadziwiać, jak to możliwe, że w Azji problemu z dostępem do sieci nie ma, a w Europie, albo jest to dodatkowo płatna usługa, albo ma niezmiernie słaby zasięg. Ale hotel jak to hotel, ma dla nas być dobrą bazą wypadową, miejscem na wzięcie prysznica i przespanie się i czasami miejscem, w którym wieczorem można usiąść na balkonie i popatrzeć na piękny widok. Na widok na pewno nie można było narzekać, z naszego balkonu widać było morze Comino i Gozo.

PLAN ZWIEDZANIA 

Kształtował się on codziennie rano. Nie planowaliśmy, nie zakładaliśmy celów, nie śpieszyliśmy się nigdzie… Mając tygodniowy bilet jedyne, o co mogliśmy się martwić, to to, że braknie nam czasu. Krótka rozpiska przykładowego planu na tygodniowe poznanie Malty i Gozo? Proszę bardzo.

1. Stolica

Dzień pierwszy: Valletta i Sliema. Nie mogliśmy nie zacząć od zwiedzania stolicy Malty i Wielkiego Portu, który jest chyba najbardziej imponującym portem całego basenu Morza Śródziemnego. Valletta jest piękna, można zagubić się w jej uliczkach i nieskończonej ilości wspaniałych punktów widokowych, uroczych kawiarniach i restauracjach. Nie mona też nie wejść do Konkatedry św. Jana, która olśniewa barokowym przepychem i bogactwem form. No i nacieszyć oczy widokiem obrazów Caravaggia. Trzeba też obowiązkowo zajrzeć do Pałacu Wielkiego Mistrza. Nie można odmówić sobie wypicia kawy w jednej z ulicznych kawiarni i zjedzenia chyba najlepszych lodów na całej Malcie. Vallettę trzeba zobaczyć zarówno w dzień, jak i w nocy i należy pamiętać, że czas w tym mieście biegnie trochę inaczej. Aby obejrzeć wspaniałą panoramę Valletty, trzeba udać się do Sliemy, gdzie można oddać się leniwym spacerom po deptaku biegnącym wzdłuż zatoki. O naszych spacerach po stolicy Malty można przeczytać w poście: Valletta czyli co trzeba zobaczyć w stolicy Malty.

2. Gozo

Dzień drugi: Gozo, czyli mniejsza i spokojniejsza siostra Malty. Tam oczywiście trzeba zobaczyć punkt obowiązkowy – Azure Window. Lazurowe Okno jest naprawdę malownicze i warto poświęcić chwilę na znalezienie miejsca z dala od zgiełku turystów, tak aby spokojnie usiąść i napatrzeć się na ten cud natury oraz piękno otaczających go klifów.

Jako kolejne miejsce warte zobaczenia wybraliśmy wybrzeże w Qbajjar z niesamowitą piaskową formacją, u której stóp rozpościerają się saliny, istniejące tam już od czasów rzymskich. Na koniec spędziliśmy popołudnie i wieczór w Rabacie (Victorii), gdzie obowiązkowo trzeba zobaczyć średniowieczną cytadelę, z której murów widać panoramę prawie całej wyspy. Na końcu warto usiąść na jednym z placów miasta, zamówić coś do picia i posłuchać rozmów lokalnych mieszkańców.

3. Comino

Dzień trzeci: Comino — najmniejsza z wysp archipelagu maltańskiego, gdzie trzeba zobaczyć Błękitną Lagunę. Ci, którzy pragną spokoju powinni się udać na spacer po wyspie. Przy odrobinie szczęścia spotkamy tam tylko jaszczurki. Spacer będzie obfitował w ogromną ilość przepięknych i malowniczych widoków zatoczek i klifów. Wracając z Comino można zostać na chwilę w Bugibbie, która jest jednym z większych kompleksów turystycznych na Malcie. O tym dniu można przeczytać w poście: Comino – wyspa z widokiem na Blue Lagoon.

4. Popeye Village

Dzień czwarty: Dla nas to dzień, który w sporej części spędziliśmy wylegując się przy basenie. Kiedy już odpoczywanie się nam znudziło ruszyliśmy zobaczyć słynne: Popeye Village, czyli miasteczko, które było scenografią dla filmu o pożerającym szpinak Popeyu. Warto też zajrzeć do pobliskiej miejscowości – Mellieha, nad którą góruje przepiękny neobarokowy kościół.

5. Mdina i Rabat

Dzień piąty: Postanowiliśmy odwiedzić imponujące, warowne miasto Mdina — dawną stolicę Malty. Miasto z niesamowitą duszą, otoczone złotymi murami, zamknięte dla ruchu samochodowego, z wąskimi uliczkami i barokowymi kościołami sprawia wrażenie, że czas się w nim zatrzymał. Odwiedziliśmy też pobliski Rabat, w którym zwiedziliśmy m.in. Grotę św. Pawła i Katakumby. Później racząc się świeżym pieczywem z pobliskiej piekarni spędziliśmy czas na placu przed kościołem św. Pawła. Na końcu ruszyliśmy autobusem na południowe wybrzeże wyspy, aby zobaczyć kolejną piękną formację — Blue Grotto.

6. Birgu i Valletta na bis

Dzień szósty: Tym razem zdecydowaliśmy się odwiedzić ufortyfikowaną Birgu (Vittoriosa), z której rozpościera się wspaniały widok na Vallettę. Wiedząc, że to nasz ostatni dzień zwiedzania, nie mogliśmy sobie odmówić powrotu do Valletty.

Trzeba tu wrócić…

Tak naprawdę mamy poczucie, że na Malcie pozostało wiele miejsc, których nie zdążyliśmy zobaczyć. Miejsca, które udało nam się odwiedzić utwierdziły nas w przekonaniu, że ta wyspa ma naprawdę wiele do zaoferowania. Nasz plan zwiedzania jest tylko przykładem tego, co można zwiedzić w czasie tygodniowego pobytu na wyspie. Zostało dużo do zobaczenia i jest powód, aby wybrać się tam kolejny raz. Na pewno spokojnie starczy nam atrakcji na kolejne siedem dni. Jedno jest pewne – Malta to wyśmienite miejsce na krótkie wakacje.

O tym, co dokładnie zwiedziliśmy, jak wyglądały kolejne dni pobytu na Malcie, czy wszystkie wybrane przez nas miejsca były warte obejrzenia, co koniecznie trzeba zwiedzić (lub zrobić), a co można sobie odpuścić oraz ile to wszystko kosztowało, będzie można przeczytać w kolejnych wpisach – przewodnikach na temat Malty.

41 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial