Azja,  Tajlandia

Koh Phangan

Po kilku wspaniałych dniach spędzonych w Bangkoku przyszła pora na to, aby ruszyć dalej w drogę… nie mogliśmy ominąć jednego z obowiązkowych punktów zwiedzania Tajlandii czyli wysp Zatoki Tajlandzkiej, a dokładnie małego kawałka raju – Koh Phangan. Dlaczego akurat ta wyspa, czy znaleźliśmy na niej rajskie plaże i czy to na pewno był trafiony wybór?

Wstępny plan był taki, aby udać się do Kanchanaburi i zobaczyć słynny most na rzece Kwai, symbol japońskich zbrodni wojennych. W czasie II Wojny Światowej Kanchanaburi znalazło się na trasie Kolei Śmierci łączącej Bangkok z Ranburi w Birmie. Przy budowie kolei pracowało około 60 tysięcy jeńców alianckich wziętych do niewoli podczas walk w Azji i na Pacyfiku. To właśnie oni, w czasie morderczej pracy i zabójczych warunków panujących w dżungli budowali 415 kilometrów torów. Na trasie miało znaleźć się 300 wiaduktów, estakad i mostów. Najsłynniejszym z nich jest właśnie most w Kanchanaburi, most o numerze 277 i długości 346 metrów. Legenda i symbol „kolei śmierci” znany z dramatu wojennego w reżyserii Davida Leana „Most na rzece Kwai”.

W Kanchanaburi mieliśmy zostać jedną noc, resztę czasu chcieliśmy spędzić w Parku Narodowym Erewan. Zależało nam na tym, aby zobaczyć dżunglę i wspaniałe wodospady, których jest siedem i każdy znajduje się na innym poziomie lasu. Marzyła nam się ta wspaniała wyprawa i kąpiel w błękitnych wodach ukrytych w zieleni lasów. Dzień przed wyjazdem dostaliśmy jednak wiadomość, że poziom wody w rzece jest tak niski, że wodospady zmieniły się w małe potoczki. Po burzliwej dyskusji zdecydowaliśmy się na rezygnacje z wyprawy na zachód i postanowiliśmy ruszczyć na południe, na wyspy.

Jeszcze przed wyjazdem z Polski tworząc plan podróży, zastanawialiśmy się, czy powinniśmy wybrać się na Ko Samui, czy na sąsiednią Koh Phangan. Obie wyspy leżą w Zatoce Tajlandzkiej, Ko Samui jest większa i lepiej rozwinięta, Koh Phangan spokojniejsza mimo odbywających się na niej Full Moon Party. Zdawaliśmy sobie sprawę, że lepiej spędzić kilka dni na jednej z wysp niż przenosić się co dwie doby. Zdecydowaliśmy się na miejsce dzikie, mniej turystyczne i spokojniejsze. Wybór padł na Koh Phangan. Czy słusznie?

Jak dostać się z Bangkoku na wyspy? Jest kilka możliwości. Pierwsza najszybsza, ale i najdroższa to samolot ze stolicy Tajlandii (z lotniska Suvarnabhumi) na Ko Samui i dalej prom na Koh Phangan. Lotnisko na wyspie jest prywatną własnością Bangkok Airways i w związku z tym latają tam tylko samoloty Thai Airways i Bangkok Airways. Wiąże się z tym niestety wysoka cena biletów, średnio jest to 4000 THB. Za to lot trwa tylko półtorej godziny. Taniej jest dolecieć z Bangkoku na lotnisko w Surat Thani znajdujące się na stałym lądzie, koszt tej podróży to średnio 800 THB. Następnie trzeba dotrzeć do przystani i dopłynąć na wyspę, a to koszt kolejnych 350 THB. Można kupić bilet łączony za kwotę około 1500 THB. Podróż ze stolicy trwa jakieś 6 godzin.

Kolejna możliwość to pociąg z Bangkoku do Surat Thani (pociąg jedzie dalej do Malezji). Poleca się kupić bilet łączony na pociąg, autobus do przystani i prom. Cena zależy od klasy: w pierwszej płacimy około 1200 THB (za cały pakiet) w drugiej 800 THB. Całość podróży trwa około piętnastu godzin. My wybraliśmy jeszcze inną opcję: autokar + prom na Koh Phangan. Bilety kupiliśmy u pani, która w naszym hotelu miała stoisko z wycieczkami. Udało nam się wytargować cenę 650 THB przy kupnie pięciu biletów. Wieczorem zostaliśmy odebrani z hotelu i ulicami Bangkoku odprowadzono nas w miejsce, w którym czekały wygodne, klimatyzowane i dwupiętrowe autobusy. Zajęliśmy cały dół (jest tam mniej miejsc, ale są stoliki) i w ten sposób komfortowo spędziliśmy całą noc.

Nad ranem wysiedliśmy w pierwszym punkcie przeładunkowym (rozdzielono nas na tych jadących na wyspy Zatoki Tajlandzkiej i tych jadących na Krabi). Już, gdy wsiadaliśmy do autokaru, każdy z nas otrzymał kolorowe naklejki. Jedna oznaczała którym autokarem jedziemy, a druga, na jaką wyspę chcemy się dostać. Ważne, aby umieścić je w widocznym dla obsługi miejscu. W ten sposób jednym rzutem oka Tajowie wiedzieli kto jedzie na Ko Samui, kto na Koh Phangan a kto dalej, na Krabi. Ta prosta metoda sprawdza się w Tajlandii idealnie.

Czekając w okolicy Surat Thani na dalszą część podróży podszedł do nas Taj i zaproponował nocleg na Koh Phangan. Za jedyne 600 THB od pary (ok. 30 zł za osobę) zaoferował nam wspaniały, drewniany bungalow z widokiem na morze. Pokazane foldery wyglądały zachęcająco, obok miała być rajska plaża i cisza, do dyspozycji basen i knajpa. Istny raj na ziemi. Oczywiście, kiedy zdecydowalibyśmy się na ten nocleg, to w porcie czekałby na nas transport. Nie znając wyspy i nie mając żadnych planów, ulegliśmy namową Taja. W ten sposób odpadło nam szukanie noclegu. Minus był taki, że Taj zażądał zaliczki, uznaliśmy, że zaryzykujemy. On wziął od nas pieniądze, za to zostawił nam folder i odręcznie wypisany voucher na jeden nocleg. Faktycznie, kiedy przypłynęliśmy na Koh Phangan, zaraz po opuszczeniu promu czekał na nas pickup, który zawiózł nas z Thong Sala do hotelu.

Tak trafiliśmy do Haad Gruad Beach Resort & Spa, znanego też pod nazwą West Coast Beach Resort. Jak widać ceny na portalach rezerwacyjnych są o wiele wyższe niż to, co można zastać na miejscu. Jest to kolejny powód, który powinien przekonać nas, że warto nocleg wybrać bez pośrednictwa portali rezerwacyjnych. W każdym razie trafiliśmy do bardzo ładnego miejsca, małe bungalowy stały w otoczeniu bujnej zieleni przy niewielkiej plaży o nazwie Kruat Beach. Niestety okazało się, że widok na morze jest tylko z domków o najwyższym standardzie, ale i tak uważaliśmy, że jest wspaniale. Zaraz po rozpakowaniu się i kąpieli w basenie udaliśmy się do sąsiadów, którzy mieli wypożyczalnie skuterów. Niestety nocleg w zacisznym miejscu ma to do siebie, że najbliższa cywilizacja jest na tyle daleko, że aby do niej dotrzeć, potrzebny jest skuter.

W każdym razie okazało się, że u sąsiadów są bardzo ładne bungalowy z czteroosobowymi pokojami, które znajdują się na samej plaży, a duże okna sprawiają, że nawet leżąc w łóżku można patrzeć na morze. Tak właśnie następnego dnia zamieszkaliśmy w domkach obok. Za czteroosobowy pokój z tarasem i widokiem na szumiące morze zapłaciliśmy 800 THB, czyli całe 20 zł za osobę. Standard był jeszcze lepszy niż w Haad Gruad, do tego na miejscu można było taniej zjeść, pożyczyć skuter czy zrobić pranie.

Wyposażeni w środek lokomocji ruszyliśmy na podbój wyspy. Koh Phangan ma 168 km2, jej środkowa część to dżungla, przy brzegu zaś wyspa ma wiele wspaniałych i pięknych plaż. Północna część wyspy jest spokojniejsza, bardziej sielankowa i mniej turystyczna, południowa to raj dla imprezowiczów zwłaszcza w okresie pełni księżyca, kiedy to na wyspie odbywa się słynne Full Moon Party. Ta cykliczna impreza jest organizowana na plaży i ściąga całe tłumy ludzi, którzy ubrani w neonowe ciuchy, racząc się hektolitrami taniego alkoholu, który przegryzają grzybkami halucynogennymi, tańczą do białego rana pozostawiając po sobie tony śmieci. Tak głosi legenda… ile w tym prawdy niestety nie wiem, gdyż trafiliśmy na wyspę kilka dni po pełni i życie toczyło się w oczekiwaniu na kolejną imprezę. Na pewno nieprzesadzone są opowieści o zdewastowanej i brudnej plaży. Niestety takie widoki zdarzają się tam niezależnie od kwadry księżyca.

Planując wypożyczenie najpopularniejszego środka transportu należy pamiętać o ruchu lewostronnym. Na wyspie jest stosunkowo niewiele samochodów więc jest to dobre miejsce, aby poćwiczyć jazdę na skuterze (w przeciwieństwie do Phuket, na którym jest to prawie jak samobójstwo). Drogi są podobne do tych w Polsce, jest dużo dziur i momentami brakuje asfaltu. Należy też pamiętać, że Koh Phangan nie jest płaskie i kilka razy trzeba skuterkiem wjechać kawałek pod górkę i to górkę dość sporą. Do Tajskich skuterów, a zwłaszcza ich hamulców należy mieć ograniczone zaufanie.

Zanim trafiliśmy na północ wyspy, gdzie znaleźliśmy piękne plaże i wydaliśmy z siebie dźwięk zachwytu byliśmy odrobinę… zniechęceni. Wszystko to przez fakt, że w pierwszej kolejności udaliśmy się na poszukiwanie raju w południowej części Koh Phangan. No cóż… raju tam nie znaleźliśmy. Plaże jak plaże ani nic wyjątkowego, ani dzikiego, ani nawet urokliwego. Ani Haad Rin Beach, ani Leela Beach nie spełniły naszych oczekiwań (o tak! karmionych widokami z reklamy Bounty i folderów biur podróży). Za każdym razem Wojtek wkraczał na piasek i powtarzał: „Nie, to jeszcze nie to, czego szukam! Miał być biały i miękki jak mąka”.

Na szczęście później ruszyliśmy na przeciwległy kraniec wyspy. Tam w północny zachodniej części Koh Phangan znaleźliśmy Mae Haad Beach z małą wyspą Ko Ma. Ponieważ obie wyspy łączy mielizna to przy odpływie da się pokonać dzielącą je odległość suchą stopą. My nie trafiliśmy na odpływ i woda sięgała nam do pasa, ale zachęceni widokiem dzikiej wysepki zapragnęliśmy się na niej znaleźć. Pamiętajcie, że jeżeli zdecydujecie się tam plażować należy zabrać ze sobą picie, jedzenie i wszystko inne czego możecie zapragnąć z dala od punktów handlowych. Czy warto iść na tą malutką, uroczą (z daleka) wysepkę? Plaża na Ko Ma jest wąziutka, w zasadzie w ogóle jej nie ma, zieleń wyspy wdziera się tam w morze, zejście do wody nie jest piaszczyste, a sama woda nie tak przejrzysta, jak nam się wydawało. No i niestety nie jest tam zbyt czysto (turyści zdecydowanie zapominają zabrać ze sobą śmieci).

W centralnej części północnego wybrzeża znajduje się plaża, która mnie urzekła i stała się ulubionym miejscem na Koh Phangan. Mowa tu o Chalok Lam Beach. Piasek jak mąka, woda przejrzysta, plaża szeroka, a przy niej wspaniała budka z tanim jedzeniem i zimnym piwem. Na wodzie leniwie przycumowane łódki przypominają nam, że jesteśmy w Tajlandii. Do tego cisza i spokój. Czego chcieć więcej?

Koh Phangan słynie jeszcze z jednej plaży: Bottle Beach. Można się na nią dostać łódką lub trekingiem przez dżunglę. My wybraliśmy łódkę z Chalok Lam Beach, koszt to 100 THB w dwie strony (przy cenie dla sześciu osób i po długim targowaniu się). Aby dostać się drogą lądową trzeba przejść spory kawałek przez niewykarczowaną ścieżkę w samym środku dżungli, tak przynajmniej niesie wieść gminna. Spacer jest dość długi i wyczerpujący. Za to łódką dostaliśmy się tam w jakieś dziesięć minut. Kiedy stanęliśmy na słynnej Bottle Beach znowu padło pytanie, czy warto? Sama nie wybrałabym tej plaży na wypoczynek dłuższy niż kilka godzin. Niby jesteśmy odcięci od cywilizacji, ale co z tego skoro przy plaży znajdują się „kurorty” i bary, a problem z transportem pozbawia nas swobodnego korzystania z uroków wyspy. My pospacerowaliśmy, zjedliśmy obiad i wróciliśmy na piękne Chalok Lam Beach.

Plaże, plażami, ale co jeszcze robić na Koh Phangan? Odpowiedź jest prosta: odpoczywać. Zwiedzać za bardzo nie ma co, jest podobno kilka świątyń, wodospady w centralnej części wyspy, małe wioski, w których leniwie płynie czas. Co do wodospadów to nie polecam ich zwiedzania w porze suchej. Wybraliśmy się zobaczyć jedno z takich miejsc i zamiast huku wody ujrzeliśmy tylko maleńki strumyczek i sadzawkę, w której taplało się kilka żab.

Aby ułatwić Wam planowanie zwiedzania wyspy znalazłam dla Was bardzo fajną i dokładną mapkę z zaznaczonymi wszystkimi najważniejszymi na Koh Phangan miejscami.

Koh Phangan to spokojna wyspa, na której czas pozornie biegnie wolno, mimo to całe jej funkcjonowanie nastawione jest na turystów. W końcu jesteśmy ich głównym źródłem utrzymania (obok rybołówstwa). Kiedy wysiada się z promu w Tong Sala trzeba przebić się przez masę Tajów reklamujących swoje noclegi. Zdają sobie oni sprawę, że jeżeli nie upolują klienta w porcie to jest mała szansa, że turysta sam do nich trafi. Dlatego właśnie „nasz” Taj znalazł nas jeszcze zanim wsiedliśmy na prom. Wyspa jest relatywnie tania, obiad z napojami zjedzony w knajpie to koszt około 240 THB dla dwóch osób. Wypożyczenie dwuosobowego skutera to koszt 200 THB za dobę. Za benzynę, dzięki której przez ponad dwa dni się nim poruszaliśmy, płaciliśmy 150 THB (sporo jeszcze jej zostało w baku). Kawa kosztowała 20 lub 30 THB, a pranie 70 THB.

Wnioski: Koh Phangan jest ładne, ale nie zachwycające. Nie zostało moją ulubioną częścią Tajlandii. Nie uplasowało się też na końcu listy. Gdybym teraz planowała wyjazd zrezygnowałabym z tej wyspy na rzecz dłuższego pobytu na Krabi. Gdybym miała wrócić w ten region, to następnym razem wybrałabym Ko Samui. Jeżeli jednak nastawiamy się na stacjonarny pobyt z dala od zgiełku i nie mamy ochoty zwiedzać okolicy to zdecydowanie Koh Phangan spełni nasze oczekiwania. My po czterech dniach pobytu ruszyliśmy w dalszą drogę… przed nami najpiękniejsza część Tajlandii…

Ps. Czytając ten wpis doszłam do wniosku, że całkowicie nie oddaje on ani naszej podróży z Bangkoku na Koh Phangan ani pobytu tam. Pomyślałam wiec, że korzystając z materiałów nakręconych przez Wojtka skręcę Wam z tego filmik… chcecie? 🙂

 

EDIT: film z Koh Phangan można zobaczyć pod tym linkiem. Zapraszam 🙂

34 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CAPTCHA


Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial